Młodzież robi się nerwowa

2009/11/19, czwartek

(by zacytować klasyków)

Brałem udział przedwczoraj w debacie na temat mediów społecznych, zorganizowanej w Krakowie przez Stowarzyszenie Projekt:Polska.

Na marginesie, media społeczne to ciekawy temat - chodzi o trzecią kategorię, obok mediów komercyjnych i publicznych - uznawaną w ramach regulacji mediów nadawczych. Media społeczne to np. radia lokalne, rozgłośnie katolickie, itd. Z perspektywy tej regulacji, przykłada się do takich mediów dużą wagę - powstają oddolnie, w bliskim kontakcie ze społecznością; służą zapewnieniu różnorodności na rynku, itd. W Polsce takie media są praktycznie nieobecne - z wyjątkiem kilku nadawców kościelnych oraz pojedynczych radio akademickich.  To co dla mnie jest najciekawsze, to znaczenie i specyfika mediów społecznych w kontekście oddolnej aktywności kulturowej w sieci - która nie potrzebuje koncesji i regulacji, tylko po prostu ma miejsce. Przyznam, że nie mam do końca zdania - z jednej strony media społeczne wydają się anachronicznym rozwiązaniem kwestii demokratyzacji udziału w kulturze, osadzonym w modelu mediów nadawczych. Z drugiej zapewne lepiej pełnią funkcję np. edukacyjną niż oddolne projekty sieciowe, a tym bardziej indywidualna aktywność.

Wracając do młodzieży - w spotkaniu uczestniczyli niemal wyłącznie studenci, a sala sprawiała miejscami wrażenie umiarkowanie zainteresowanej tematem.

Do czasu. Wszyscy w pewnym momencie się ożywili, i jako prelegenci nie mieliśmy jasności czemu. Okazało się, że jeden ze studentów zaczął łączyć się przez Bluetooth z laptopem, z którego rzucano obraz na ekran za naszymi plecami. Powodowało to wyświetlanie się komunikatu z prośbą o zgodę na połączenie. Całkowicie nudnego, z wyjątkiem nazwy łączącego się urządzenia - która brzmiała “zjadłbym coś”, “zabić śledzika”, “kapustka”, itd. Ku wielkiej radości widowni.

Bardzo mi się cała sprawa spodobała, bo była doskonałą ilustracją omawianej sprawy, która często też pojawia się na tym blogu: aktywności kulturowej w świecie nowych mediów. “Kapustka” udowodniła, że każdy kanał do komunikacji jest dobry, że inwencja użytkowników nie ma granic, oraz że etyka hakerów zeszła pod strzechy. Oczywiście równie dobrze była to ilustracja faktów, że możliwości komunikacyjne Sieci są często wykorzystywane w sposób dość głupi - potrzeba edukacji medialnej, by sprytowi technologicznemy towarzyszyła też mądrość kulturowa.

*

Serwis książki.tv przygotowuje filmowe reklamówki książek. Znalazłem w nim zabawną reklamówkę “e-lementarza internetowego”. To w kontekście edukacji medialnej. Niestety o samym elementarzu trudno się coś z reklamówki dowiedzieć, dużo bardziej widoczne są nazwy sponsorów projektu… Ale sam model filmowych reklam książek wydaje mi się bardzo sprytny.

Konferencja “Konstytucja Polski cyfrowej”, 16 listopada 2009, Warszawa

2009/11/9, poniedziałek

16 listopada współorganizuję, razem z Igorem Ostrowskim z Projektu Polska oraz Edwinem Bendykiem konferencję pt. “Konstytucja Polski cyfrowej”.

Jej tematem mają być szeroko pojęte “digital rights” - prawa cyfrowe. Chcemy zastanowić się wspólnie nad stanem i sposobem zagwarantowania podstawowych praw -  takich jak wolność, otwartość, bezpieczeństwo i prywatność. Prawa te stają się szczególnie istotne w kontekście technologii cyfrowych i ich wpływu na społeczeństwo.

Z prawami tymi wiąże się też obecnie szereg istotnych dyskusji społecznych - na przykład odnośnie piractwa, dostępu i wykorzystania informacji publicznej, chamstwie w Sieci czy bezpieczeństwa dzieci w internecie (ale też ew. zagrożeń związanych z grami komputerowymi). Uważamy, że tym bardziej warto porozmawiać o tych prawach w jednym, wspólnym kontekście - w gronie zarówno ekspertów od poszczególnych zagadnień, jak i badaczy społecznych i myślicieli o bardziej ogólnych perspektywach.

Wierzymy bowiem, że najwyższa pora rozmawiać o interencie w gronie szerszym niż to, które uczestniczy w konferencjach branżowych czy naukowych.

Konferencja odbędzie się 16 listopada w godzinach 10.00-17.00 w redakcji “Polityki” przy ul Słupeckiej 6 w Warszawie. Konferencja jest organizowana przez Projekt: Polska, we współpracy z tygodnikiem ?Polityka? przy wsparciu Fundacji im. Friedricha-Naumanna - Fundacji na Rzecz Wolności

Szczegóły na stronie konferencji.

Seminarium badawcze o wolne kulturze: co jest przedmiotem badania? (oraz sporo o piractwie, co było do przewidzenia)

2009/11/7, sobota

Pod koniec października uczestniczyłem w międzynarodowych warsztatach naukowych dotyczących badania wolnej kultury. Forma warsztatów była otwarta i szybko okazało się, że problem badawczy jest już na samym początku: nie ma jasności, czym jest wolna kultura.

W trakcie debaty ujawniły się dwie ciekawe kwestie. Po pierwsze, nikt właściwie nie identyfikował sfery wolnej kultury z zakresem wykorzystania i działania wolnych licencji prawnych. A tak można rozumieć wolną kulturę opisaną przez Lawrence’a Lessiga i czerpiącą inspirację z ruchu wolnego oprogramowania (gdzie jeszcze silniej widać prawne podwaliny całego modelu). Większość obecnych badaczy definiowała wolną kulturę dużo szerzej - wiążąc ją przede wszystkim ze specyficznym modelem współpracy i dostępu do dóbr, który Yochai Benkler nazwał “produkcją partnerską w oparciu o dobro wspólne”. Co ciekawe, owo dobro wspólne nie musi być zagwarantowane prawnie. I tu pojawia się drugi wątek - część osób postulowała, by termin “wolnej kultury” stosować również do zachowań pirackich. Według nich “piractwo” opiera się na podobnych mechanizmach uwspólniania dóbr, wypracowuje także różnorodne mechanizmy współpracy i koordynacji działań.

Dla badaczy napięcie pomiędzy “stallmanowską” i “benklerowską” ideą wolnej kultury jest atrakcyjne intelektualnie. Natomiast w praktyce, jak twierdzi węgierski ekonomista i działacz Creative Commons Węgry Bodo Balazs, wąsko rozumiana wolna kultura traci na znaczeniu - bowiem kluczowym czynnikiem zmiany dzisiejszej kultury, a wraz z nią rynku, jest właśnie piractwo. Czyli model wolności zrywający z prawem autorskim, zamiast opierać się na jego poszanowaniu.

Można więc powiedzieć, że wypracowany w czasie seminarium model wolnej kultury zakłada istnienie dwóch biegunów; wąsko rozumianej wolnej kultury, “zachowawczo” wpisującej się w istniejący system własności intelektualnej (i postulujący jego reformę “od wewnątrz”) oraz biegun piracki (pozostający w warstwie tabu mimo powszechnego w nim uczestnictwa - stąd traktowanie go jako elementu wolnej kultury jest dla środowiska pewną herezją. Pomiędzy nimi rozpościera się “szara” (zupełnie mi tu ten kolor nie pasuje) strefa projektów w różnym stopniu wolnokulturowych.

Za wąską definicją wolnej kultury, podkreślającą rolę wolnego licencjonowania, opowiadał się natomiast zdecydowanie obecny na warsztatach Mike Linksvayer, wice-dyrektor Creative Commons. Słusznie moim zdaniem zauważał, że nawet jeśli obecnie ruch “legalnej wolnej kultury” sprawia wrażenie przypisu do zmieniającej reguły gry fali piractwa, to w dłuższej perspektywie czasowej wymiar prawny może być niezbędny dla zagwarantowania owej wolności kultury.

Drugą ciekawą sprawą są badania, które Yochai Benkler prowadzi ze swoim zespołem - będące próbą empirycznego przetestowania, a potem zastosowania modelu produkcji partnerskiej w oparciu o dobro wspólne. Zespół Benklera prowadzi przekrojową analizę setek projektów, które oparte są na tym modelu - w celu zidentyfikowania stosowanych mechanizmów współpracy i koordynacji. Celem jest wypracowanie praktycznych reguł tworzenia tego rodzaju wolnokulturowych projektów. Myślę, że to dość ciekawa koncepcja, wpisująca się w badania nad zarządzaniem dobrami wspólnymi (za które Elinor Ostrom dostała niedawno ekonomicznego Nobla).

*

A tymczasem:

W Wyborczej ciekawy wywiad z Jarosławem Lipszycem (jakby na marginesie sprawy serwisu OdSiebie). Lipszyc mówi, że prawo autorskie jest martwe, komentujący wywiad Jarosław Śliżewski (szef portalu wyborcza.pl) stwierdza, że ściąganie to kradzież. Tak więc nie słyszymy w gruncie rzeczy nic nowego, obie strony są mocno okopane na swoich pozycjach - zmiana, i powodująca nią rozmowa jest w takich warunkach trudna do osiągnięcia. Mam wrażenie, że istnieją silne interesy blokujące próby takiej debaty - bowiem o ile pozytywna reforma wymaga dialogu, to polityka twardej ręki już nie.

(Fakt, że Śliżewski, który w pierwszej części pisze tylko o złodziejach i paserach, w drugiej bardzo rozsądnie stwierdza:

Tę rzekę trzeba regulować. Tworzyć warunki dla współczesnych Borgiów - mecenasów płacących za dzieła wytworzone z pożytkiem dla ogółu, ale i dla altruistów, którzy tworzą treści pro bono. Szukać modeli biznesowych wzorem muzyków, którzy żyją z koncertów, na które przychodzą ci, którzy bezpłatnie lub prawie bezpłatnie wysłuchali darmowej piosenki w sieci.

Co pozwala mi sądzić, że w części pierwszej się po prostu zagalopował, bo przyjmując za punkt wyjścia założenie powszechnego złodziejstwa zamiast Borgiów wypadałoby błagać o nowego Lewiatana.)

Gdy słyszę “złodzieje”, to puszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że konsekwentnie należałoby udać się do liceów i uczelni i aresztować dobrą połowę, jeśli nie 90% uczniów i studentów. Przy takiej skali zjawiska może warto w ogóle zawiesić zasadę domniemania niewinności i wymagać dowodzenia faktu nie-ściągania? Idąc dalej należałoby równie surowo ukarać osoby niepłacące abonamentu telewizyjnego, które - nazwijmy rzecz po imieniu - także kradną (nie wiem wprawdzie do końca, co). Jakiś spiker telewizyjny mógłby ich w prime time trochę powyzywać.

Oczywiście żartuję (ha, ha), rozwiązanie na poważnie jednak istniej i jest w sumie proste - trzeba znaleźć mechanizm zalegalizowania tego, za co teraz się aresztuje, i generowania zysków z tego, co obecnie zysków nie przynosi. Pomysły jak to zrobić są, woli nie ma, analogowy wiek dwudziesty ciąży nam wszystkim jak kula u nogi.

Punktem startu powinna być debata (która mogła się odbyć np. w trakcie Kongresu Kultury Polskiej, ale się nie odbyła). Jeśli szacunki skali ściągania są słuszne, to albo mamy rewolucję w uczestnictwie w kulturze, albo totalny upadek moralności. Tak czy siak temat powinien zostać uznany jako priorytetowy. (Z debatą na temat własności intelektualnej jednak ogólnie jest ciężko - właśnie zakończyły się tajne negocjacje na temat nowego porozumienia ACTA, wyznaczające nowe standardy odnośnie niejawności procesu tworzenia regulacji).

Drugim prostym krokiem byłoby zorganizowanie na ten temat “panelu młodych” - pora wysłuchać ekspertów!

Odnośnie głosu młodych - na szczęście trzeci głos na stronie to bardzo fajna i rozsądna wypowiedź 21-letniej Olgi Walendziak (jeszcze w Sieci niedostępna) - która utwierdza mnie w przekonaniu, ze nowe pokolenia wszystko ułożą (jeśli tylko pokolenia obecnie u władzy im na to pozwolą). A pokolenia starsze, skażone przed-internetowymi nawykami, będą powoli ginąć w przysłowiowej zupie. (Olga, jeśli dobrze zgaduję, mieszka w Finlandii - może dlatego tak trzeźwo patrzy na sprawę?)

Do tego w “Polityce” Piotr Stasiak napisał świetny raport na powyższy temat*, odchodzący od pyskówek między artystami i piratami (”to nie piractwo, tylko d@rmocha!”, i rysujący szerszy i dłuższy kontekst sprawy.

* dla jasności zaznaczam, że znajdują się w nim moje wypowiedzi

*

Aktualizacja: Polecam (b. dobry) wpis Olgierda Rudaka wyjaśniający prawne tło aresztowania administratorów serwisu OdSiebie. W nim również (dziwna) informacja o usuwaniu obecnie z gazeta.pl artykułów chwalących OdSiebie rok temu. Autocenzura? Vagla pyta: “Czy taki pochlebny artykuł mógłby zostać uznany za podżeganie do popełnienia przestępstwa?” - po lekturze wpisu Olgierda nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś tak niedługo postulował.

Artyści vs Ściągacze, czyli kilka słów o dzisiejszej debacie

2009/10/22, czwartek

Brałem dziś udział w dość egzotycznym spotkaniu - debacie “Artyści vs Ściągacze”, którą zorganizował na Chłodnej 25 dziennik Metro.

Lista gości była imponująca (choć ta ilość uczestników była też przekleństwem dyskusji) - zjawili się m.in. Kazik, Jurek Owsiak, Sidney Polak, LUC i Hirek Wrona. Był też menadżer Kayah, prawnik Bussines Software Alliance oraz Sławek Pietrzak (SP Records) i Muniek Staszczyk (ale wyszedł, zanim zdążył się odezwać). Po drugiej stronie (choć pewnie nie do końca identyfikującej się z nazwą “Ściągacze”) zasiedliśmy Jarek Lipszyc i ja. Całość moderował Artur Kurasiński.

Zakładam, że nagrania ze spotkania pojawią się w sieci - spotkanie rejestrowało zarówno “Metro”, jak i Jarek Lipszyc. Relację zapowiada też na swoim blogu Artur. Mam też świadomość, że czytelnicy tego bloga nie dowiedzą się z tych relacji wiele nowego - bo rewolucyjnych ustaleń nie było, wszyscy dość dobrze grali swoje rozdzielone już przed spotkaniem role. Dlatego tylko kilka punktów mojego komentarza:

1. Na początek - pomimo ewidentnych uproszczeń i tęsknoty za jednozdaniowymi hasłami (rozumiem, taka estetyka) - podoba mi się inicjatywa “Metra”. Dziennik - co trzeba podkreślić - dopuszcza w dyskusji różne głosy (na ich stronie możecie znaleźć dzisiejszy numer, w którym znajduje się m.in. rozmowa z Alkiem), nie tylko tradycyjnie rozumianych środowisk twórczych. Cieszy mnie też, że całą akcją zainteresowało się Ministerstwo Kultury (i DN) - czas pokaże, na ile to zainteresowanie realne, ale miło, że na Chłodnej pojawili się pracownicy ministerstwa, a minister Zdrojewski mówi “Metru” o konieczności zmiany prawa autorskiego, podkreślając równocześnie, że zmiany nie powinny polegać na zaostrzaniu prawa karnego.

2. Podobało mi się również, że uczestnicy spotkania w trakcie jego trwania zaczęli się przychylać do tezy, że nie chodzi o wsadzanie internautów do więzienia, a także wątek, do którego bardzo fajnie zapalił się Jurek Owsiak - że w szkołach i mediach powinno się więcej rozmawiać o prawie autorskim.

Teraz to, co podobało mi się mniej - choć na swój sposób było ciekawe:

3. Nie podobała mi się wiara w magiczną moc prawa - Kazik opowiadał anegdotę o tym, że jako nastolatek próbował zwinąć winyl w londyńskim sklepie. Został złapany, przestraszył się i nigdy więcej niczego nie ukradł. Wniosek: straszmy młodych ludzi surowymi karami, to przestaną. Nie wierzę w to, nie ma też możliwości, by przy skali zjawiska straszyć sankcjami karnymi kogoś więcej, niż grupkę pechowców. Bliższa jest mi perspektywa Lawrence’a Lessiga, prezentowana choćby w jego najnowszej książce. Skoro nie da się egzekwować prawnych zakazów piractwa (10 lat batalii z piratami w USA pokazuje to aż zbyt dobrze), a efekt jest odwrotny od zamierzeń, bo kolejne pokolenie wzrasta w poczuciu, że łamanie prawa jest ok, to zdepenalizujmy ściąganie i pomyślmy nad rekompensatami dla twórców. Dodatkowy podatek, stała opłata - cokolwiek, co ma szansę działać, a nie po raz kolejny ośmieszy ustawodawców. Takie pomysły to jednak dla polskich gwiazd science-fiction.

4. Często podnoszonym argumentem było mówienie o Polakach jako “złodziejskim narodzie”, zdemoralizowanym przez komunę itp. Popatrzmy jednak na to, co dzieje się w Skandynawii, która ma piękną tradycję poszanowania prawa i dobra wspólnego. Kod wygrywa z prawem, czasy się zmieniły, płacenie za muzykę staje się wyjątkiem, nie regułą. Ja wiem, że mnie łatwo tak mówić, bo to nie moje potencjalne zyski topnieją przez p2p. Jednak obrażanie się na rzeczywistość chyba nie jest rozwiązaniem.

5. Po raz kolejny zmalała moja wiara w to, że doczekamy się w Polsce jakichś poważniejszych eksperymentów z nowymi modelami biznesowymi. Kto ma być polskim NIN czy Radiohead, jeśli nie największe gwiazdy polskiej sceny? Wrzucając ten wątek w rozmowie usłyszałem, że zachodni artyści zarobili już tyle, że teraz mogą rozdawać. Obecne na dyskusji gwiazdy pokazały, jak bardzo przywiązane są do tradycyjnego modelu handlu fizycznymi nośnikami i jak bardzo nie rozumieją, że na nowych też można próbować zarabiać.

To chyba tyle na gorąco, jeśli byliście dziś na spotkaniu napiszcie, jakie są Wasze wrażenia. A jeśli nie byliście, to śledźcie dyskusję w sieci i sami zabierzcie w niej głos. Bo dzisiejsze spotkanie pokazało też, że w debacie o prawie autorskim najsilniej brzmi głos twórców i prawników reprezentujących organizacje zbiorowego zarządu. A przecież ich perspektywa - choć ważna - nie jest jedyną możliwą.

Krzysztof Siewicz: walczmy z szarą strefą kultury przez wspieranie domeny publicznej

2009/10/20, wtorek

Krzysztof Siewicz (prawnik, który współprowadzi ze mną Creative Commons Polska jako koordynator prawny projektu) opublikował w Rzeczpospolitej świetny tekst pt. “Co łączy ?Dzienniczek św. Faustyny? z szarą strefą kultury”. Tekst nawiązuje do dwóch poprzednich artykułów - Michała Kosiarskiego i mec. Jana Błeszyńskiego.

Teza mec. Błeszyńskiego jest prosta - prawo autorskie działa w sposób bezwzględny, ustalanie statusu prawnego utworów potencjalnie znajdujących się w domenie publicznej jest praco- i czasochłonne (przy tym pewności nigdy nie ma) - należy więc przestać korzystać z tych utworów, bo groźba naruszenia praw autorskich jest duża.

Tekst Krzysztofa jest polemiką z artykułem mec. Błeszyńskiego. Takie podejście tworzy to, co Krzysztof nazywa “szarą strefą kultury”:

Prowadzenie sporów lub negocjacji w odniesieniu do utworów o niepewnym statusie prawnym wymaga kosztownych nakładów. Przepisy prawa autorskiego przerzucają ten koszt na osoby chcące skorzystać z domeny publicznej, tworząc tym samym rozległą szarą strefę na jej pograniczu.

Nie chcąc ryzykować, podmioty działające legalnie - na przykład biblioteki cyfrowe - nie digitalizują więc utworów z “szarej strefy kultury”. Te lądują powoli w Sieci, ale w sposób nieautoryzowany, chaotyczny i niezestandaryzowany.

Krzysztof proponuje następujące rozwiązanie:

Ustalenie, czy konkretne utwory są jeszcze chronione, powinno być łatwe i tanie. Można to osiągnąć przez umożliwienie każdemu zgłaszania wybranych utworów do ?rejestru domeny publicznej?. Jeżeli po upływie odpowiedniego terminu nikt nie zaprotestuje, takie utwory byłyby obejmowane rozszerzonym dozwolonym użytkiem lub domniemaniem wygaśnięcia ochrony. Protesty rozstrzygałby sąd, np. postulowany od dawna tzw. sąd własności intelektualnej. Na prawach stron występowałyby przed nim także organizacje twórców i użytkowników gromadzące środki na prowadzenie spraw oraz pilnujące terminów. Z kolei wpis rozstrzygnięcia sądu do rejestru (z obligatoryjnym wskazaniem daty wygaśnięcia praw) byłby powszechnie wiążący, podobnie jak wpis do księgi wieczystej.

Sedno problemu tkwi chyba w zaakceptowaniu przez szerokie środowisko osób i instytucji związanych z prawem autorskim, że celem tego mechanizmu może być “łatwy i tani” dostęp - a nie tylko bezwględna ochrona prawnoautorska, o której wspomina mec. Błeszyński. Ta nowa logika, mająca sens dzięki istnieniu internetu, jest sprzeczna w gruncie rzeczy z całą tradycją zarządzania prawami autorskimi w XX wieku - i dlatego pewne jest tak trudna do zaakceptowania przez wielu.

Trzymam w każdym razie kciuki za proponowany przez Krzysztofa “rejestr domeny publicznej”.

*

A teraz niespodzianka: w powyższym tekście zostało popełnione przestępstwo. Przynajmniej według firmy Presspublica, wydającej “Rzeczpospolitą”. Twierdzi ona bowiem pod każdym artykułem, że:

Będę się upierał, że cytowanie jest jednak formą dozwolonego użytku zagwarantowaną ustawowo. Powyższy zapis jest zresztą dziwny, bo drugi jego paragraf mnie nie dotyczy (gdyż nie naruszyłem prawa). Wygląda więc na to, że Presspublica zabrania mi cytować, ale zgadza się, że nie będę za to ścigany prawnie. Na sprawę wskazywał kilka miesięcy temu Maciek Lewandowski. Warto pamiętać, że podobne zapisy stosowane przez wydawców płyt DVD zakończyły się interwencją UOKiK (pisał o tym Vagla).

Konsultacje unijnej strategii post-i2010

2009/10/7, środa

Unia Europejska pracuje obecnie nad nową strategią rozwoju społeczeństwa informacyjnego na lata 2010-2015. W ramach prac prowadzi konsultacje społeczne, których wyniki zostaną uwzględnione podczas formułowania nowej strategii.

Co ciekawe w konsultacjach może wziąć udział każdy, także osoby prywatne. Kwestionariusz wypełnia się online, jest on dostępny po polsku i nie ma obowiązku wypełniać go w całości. Jednym słowem trudno znaleźć wymówkę, by nie wziąć w konsultacjach udziału - a czasu zostało mało, bo tylko do 9 października. Czytelnikom tego bloga polecam przyjrzenie się części szóstej, dotyczącej wspierania kreatywności.

Link do ankiety znajduje się na stronie konsultacji.

Może uda się powtórzyć sukces, jakim były kanadyjskie konsultacje reformy systemu prawa autorskiego - które pokazały, że większość społeczeństwa opowiada się za umiarkowanym i sprawiedliwym systemem, a nie wprowadzaniem obostrzeń.

Warsztaty o wolnej kulturze w instytucjach kultury, 16 października w Warszawie

2009/10/7, środa

W przyszły piątek (16 października) będę prowadził warsztaty dotyczące wolnej kultury w ramach cyklu spotkań Laboratorium Indeksu 73 - organizowanych przez kolektyw osób zajmujących się wolnością kultury i wolną kulturą, którego jestem członkiem.

Spotkanie będzie miało formułę warsztatu, a jego celem będzie analiza dostępnych współcześnie możliwości uwalniania kultury, w kontekście z jednej strony prawa, a drugiej możliwości oferowanych przez nowe media. Odniesiemy się do przebiegu wcześniejszych dyskusji wokół praw twórców i modeli zarządzania kulturą, w tym - do Kongresu Kultury Polskiej.

Ponieważ cykl jest skierowany przede wszystkim dla pracowników instytucji kultury, chciałbym zaprezentować i omówić różne sposoby “myślenia o” i “zarządzania” szeroko pojętą produkcją kulturową (kontrola prawnoautorska, model dobra wspólnego, model piracki), z perspektywy twórców, dystrybutorów i odbiorców kultury.

Jeśli jesteście zainteresowani wzięciem udziału w warsztatach, wyślijcie maila do Agnieszki Kaim (akaim@indeks73.pl). Spotkanie odbędzie się w godzinach 17-20.30 w Komunie Otwock (ul. Lubelska 30/32, Warszawa).

Laboratorium Indeksu 73 to cykl kursów w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku. Jego ideą jest szeroko rozumiana refleksja nad zagadnieniami wolności w kulturze w zakresie jej tworzenia, uczestnictwa i upowszechniania. Celem jest wypracowanie nowych metod badawczych i edukacyjnych, sprowokowanie namysłu nad mechanizmami funkcjonowania współczesnej kultury oraz podniesienie świadomości obywatelskiej w zakresie ograniczeń wolności i możliwości przeciwdziałania im.

Obecnie trwa rekrutacja na zajęcia w Poznaniu i Gdańsku, więcej informacji na stronie Laboratorium.

*

Przy okazji - skoro pojawiło się odwołanie do dyskusji o prawie autorskim na Kongresie Kultury Polskiej - polecam nagrania udostępnione przez Jarosława Lipszyca, który miał zresztą bardzo dobry referat wprowadzający do tej sesji tematycznej:

Ciekawe nagrania można też znaleźć na kanale Indeksu 73 na Youtube.

Ile prasy w prasie (i o czym my w ogóle mówimy?)

2009/10/4, niedziela

Clay Shirky trafił (po raz kolejny) w sedno - pokazując, jak mało “prawdziwej prasy” jest w prasie. W tym celu pociął na kawałki jeden numer “The Columbia Daily Tribune”, podzielił artykuły na newsy, opinie i resztę oraz materiały pisane przez redakcję i pobierane z zewnątrz (agencje informacyjne, itp.) - i wreszcie zważył poszczególne kupki. Newsy to 1/3 gazety, materiały własne to także 1/3, a własne newsy to 1/6 treści gazety (nie licząc reklam).

To oczywiście bardzo szacunkowy (choć efektownie anologowy - z użyciem wagi!) pomiar, ale Shirky słusznie zauważa, że proporcje mniej więcej będą prawdziwe dla większości tytułów.

Dalej Shirky przygląda się jeszcze redakcji - w której, znów, reporterzy stanowią około 10% pracowników. Dwa razy więcej osób zajmuje się sportem, a dominują autorzy felietonów.

Wniosek jest oczywisty - redakcja jako instytucja produkuje, a papier na której wydana jest gazeta zawiera bardzo różne treści. Tymczasem w debacie o przeszłości prasy wszyscy operują na poziomie uogólnień i zazwyczaj mówiąc “prasa” mają na myśli “prawdziwe newsy”. Tak jest na przykład z debatą pt. “czy internet (nie) może zastąpić prasy drukowanej?”. Shirky słusznie zauważa, że problem dotyczy tylko wycinka treści prasowych - z działami “kuchnia”, “recenzje kulturalne”, a może nawet “opinie polityczne” Sieć radzi sobie całkiem dobrze, lepiej niż wiele tytułów. (Jeden z blogerów naukowych zauważył, że wirtualna redakcja połączonych blogów akademickich ma wśród swoich “pracowników” kilku conajmniej noblistów - czym nie może się pochwalić żadna gazeta).

Z tej perspektywy, zdaniem Shirky’ego, trafionym pomysłem jest idea instytucji prasowych non-profit (pisał o tym kiedyś Mirek). Nie chodzi bowiem o finansowanie redakcyjnych molochów, tylko niewielkich zespołów tworzących te newsy, które są publicznie naprawdę potrzebne.

*

Na marginesie: w Polsce trwa debata o finansowaniu mediów bądź treści publicznych. Po Kongresie Kultury Polskiej (polecam krytyczno-konstruktywną recenzję Kongresu Aldony Machnowskiej Góry i Aliny Gałązki) w Krakowie zawiązał się Komitet Obywatelski Mediów Publicznych, który jako kolejny przymierzy się do stworzenia odpowiedniej ustawy. Przyjęło się, mówiąc o mediach publicznych, myśleć głównie o radio i telewizji- Shirky sugeruje, że warto też uwzględnić prasę.

*

Z terminem “kultura” jest podobnie, jak z terminem “prasa”. Ktoś powinien pociąć polską kulturę, podzielić na kupki i zważyć. Wspomniany powyżej Kongres pokazał to doskonale, że wszyscy mówią “kultura”, każdy myśli co innego, i wszyscy ugoólniają własną wizję na całą przestrzeń kultury. Skutki są zabawne / opłakane, szczególnie gdy pod terminem “kultura” rozumie się elitarną kulturę wysoką lub sztukę krytyczną.

Kultura w czasach kornukopii

2009/09/22, wtorek

W Dwutygodniku ukazał się mój tekst “Kultura w czasach kornukopii. Nowa agenda instytucji kultury”.

Traktuję go jako głos w dyskusji, albo czymś na jej kształt, poprzedzającej rozpoczynający się w najbliższą środę Kongres Kultury Polskiej. PIszę “czymś na jej kształt”, bo zaskakująco jest mało rozmowy o pomysłach na kulturę, mimo dobrej okazji. Nikt nie komentuje opracowanych raportów - poza tzw. raportem Hausnera (a właściwie jedną jego częścią), powołana w tym celu strona e-kongresu też nie stała się przestrzenią żywej dyskusji. Tak jakby nie było o czym rozmawiać?

Słowa “kornukopia” w odniesieniu do kultury chciałem użyć od dawna, i cieszę się, że wreszcie się udało. Moja teza jest prosta:

Punktem wspólnym dla zrozumienia tych napięć może być proste kryterium ilościowe: stały przyrost objętości, masy, wagi kultury. Wszystkiego mamy dziś więcej niż wczoraj: kanałów komunikacji i form medialnych w konwergentnym systemie mediów; podmiotów na zglobalizowanym rynku mediów i w sektorze kultury, twórców i odbiorców; treści krążących między nami wszystkimi. Każdy przyrost oznacza nowy stan ekosystemu, a te następują coraz częściej po sobie.

A w tekście staram się wyobrazić sobie, jak instytucje kultury mogą poradzić sobie z nadmiarem. Bo też jest też o nich - jak muszą się zmienić, albo czym powinny zostać zastąpione.

Pierwszy raz zacząłem się o tym zastanawiać, gdy w zeszłym roku miałem możliwość uczestniczyć w Mini Summit on Media Art Policy and Practice zorganizowanym przez ASEF i IFACCA. Wtedy wymyśliłem sobie, że zmieniająca się polityka kulturowa powinna spowodować czworaką zmianę:

  • od miejsc kultury do ludzi kultury i relacji (sieciowych), jakie między nimi powstają;
  • od kultury efemerycznej (choć może wyjątkowej) do kultury zarchiwizowanej;
  • od sztywno traktowanej własności do dobra wspólnego;
  • od bierności do twórczości.

W tekście dla Dwutygodnika ująłem to trochę inaczej:

  • od “2.0″ do “N+1″: jednorazowa zmiana na lepsze nie starczy, instytucje “odporne na przyszłość” muszą się zmieniać wraz z kulturą, której służą - a ta coraz bardziej jest w ciągłym stanie beta;
  • naprzód!: musimy dać zielone światło instytucjom zorientowanym na przyszłość, które będą zawsze marginalizowane w społeczeństwie tak zapatrzonym w przeszłość jak nasze (albo przynajmniej stosować technologie przyszłości do mówienia o przeszłości);
  • realne kontra wirtualne: pora skończyć raz na zawsze z tym podziałem, przez który instytucje kultury często pozostają nieobecne (lub nie dość obecne) w Sieci;
  • nowe dziedzictwo, nowy kanon: musimy zmienić myślenie o dziedzictwie i kanonie kultury - uznać wreszcie, że są to zbiory multi-medialne; oraz że kategorie te nie dają się już definiować jako “trzony wspólnej kultury” - w czasach długiego ogona może potrzebujemy kanonu sieciowego?;
  • wspólne dobro: to chyba nie wymaga tłumaczenia, jeśli czytasz tego bloga (jeśli jesteś tu pierwszy raz, zajrzyj do archiwum);
  • od instytucji do ludzi kultury - jak wyżej. Dziś bardzo dużo może zdziałać grupa ludzi z komórkami w ręku i laptopami pod pachą.

Dwutygodnik nie daje możliwości komentowania - nasz blog, na szczęście, tak. Zapraszam.

Czy grozi nam wstrzymanie produkcji rzeczy nowych?

2009/09/18, piątek

Czytam u Kazysa Varnelisa:

Moreover, there’s always the dark possibility that given the global continuum that the Internet has brought us, the production of the new has been inhibited.

Warto dodać, że Varnelis ma chyba na myśli “profesjonalną” kulturę: punktem wyjścia są dane pokazujące, że czasy sprzedaży muzyki mamy chyba za sobą.

Ograniczenie produkcji nowości na pierwszy rzut oka brzmi groźnie. Myślę, że eksperyment polegający na wyobrażeniu sobie końca produkcji treści (pomińmy na razie produkcję amatorską) jest całkiem ciekawy. Czy na pewno jest się czego bać?

Varnelis wspomina o badaniach rynku muzycznego - na 13 milionów dostępnych w USA w zeszłym roku 10 milionów nie znalazło nabywcy, a 80% zysku pochodzi z 52 000 utworów. Długi ogon ma się więc dobrze, ale za nim ciągnie się jeszcze dłuższa długi ciąg treści niechcianych.

Może więc zaczęlibyśmy sięgać głębiej w archiwa, każdy z nas uszczknąłby część z tych 10 milionów utworów. Dzisiejsza nadprodukcja kulturowa oznacza, że 400+ filmów pokazanych w tym roku w kilkanaście dni na Festiwalu Era Nowe Horyzonty przeciętny widz oglądałby pewnie z dwa lata. Na brak kultury chyba nie dałoby się narzekać (zakładając, że ktoś zdigitalizowałby dziedzictwo).

Może problemem byłaby archaiczność, niezdolność “starych” treści do opisania współczesnych czasów. Ale McLuhan kiedyś zauważył, że nasza “współczesna” kultura wcale nie jest taka nowa - najprostsze narzędzia mają tysiące lat, popularne media setki, style ubioru dekady, i tak dalej. Naprawdę nowe są tylko wpisy w czytniku RSS.

Do tego wszystkiego warto dodać produkcję amatorską, która mogłaby kwitnąć w najlepsze. Koniec produkcji nowego nie zostanie bowiem spowodowany przez zniszczenie narzędzi produkcji kultury, ani przez nagły uwiąd możliwości twórczych - tylko przez upadek model finansowania instytucji niezbędnych dla produkcji “profesjonalnych” lub jak kto woli, “wysokiej jakości”.

Może więc kultura oparta na przepastnym archiwum  (ogrom dziedzictwa kulturowego pomnożony przez setki państw, kultur, grup etnicznych i języków) ożywianym przez działalność amatorską toczącą się na jego powierzchni nie byłby taki zły?

*

Sprawa nie jest jedynie kwestią intelektualnej zabawy - dziś w Sopocie odbyła się konferencja “Media 2.0″ (organizowana przez MKiDN), a na niej często pojawiał się temat “rozwodnienia mediów”.

Rosnąca ilość treści i kanałów dystrybucji to nic nowego. Wyjątkowość obecnej sytuacji polega na tym, że stan mnogości dotknie lada moment telewizji. Po procesie jej cyfryzacji wzrośnie kilkukrotnie liczba programów dostępnych w skali kraju - a to spowoduje, żę rynek się jeszcze bardziej rozdrobni. Utracą przede wszystkim obecni duży gracze, dostępni w skali ogólnopolskiej lub niemal-ogólnopolskiej (TVP 1 i 2, Polsat, TVN, TV Puls) - a już dziś widać, że co roku duże kanały “uniwersalne” tracą na rzecz mniejszych kanałów tematycznych. Spadek oglądalności oznacza dla każdej stacji spadek zysków z reklam, a to z kolei oznacza mniejsze budżety. Dodać należy, że to duże stacje są w Polsce prodcentami treści - ich osłabienie oznacza, że nie będzie miał kto “produkować nowe”.

Co więcej, ponieważ stan pełnej digitalizacji dziedzictwa jest jak na razie marzeniem, i nie ma nawet solidnej oferty sprzedaży treści “rodzimych” online, rozwiązaniem nie będzie zagłębienie się w archiwum, lecz zamówienie treści zagranicznych (zapewne tych tańszych, a więc gorszej jakości).

Problem więc rzeczywiście istnieje, a alternatywa opisana powyżej w rzeczywistości się nie ziści. Choć kwestia wzrostu znaczenia twórczości amatorskiej pozostaje aktualna - na konferencji najwięksi gracze mówili o rosnącym znaczeniu tych treści, o poszukiwaniu sposobów poprawy ich jakości w hybrydalnym modelu amatorsko-profesjonalnym, itd. Nikt chyba tylko nie umie jeszcze złożyć do kupy układanki, w której po jednej stronie mamy zamkniety krąg spadających przychodów, wymuszających spadek profesjonalnej produkji - a z drugiej obietnicę produkcji amatorskiej.

*

Usłyszane na konferencji:

Tomasz Lis: “Zamiast digitalizacji mamy dziś do czynienia z debilizacją kultury”

Anonimowy menedżer portalu: “Content is king. Cash is King Kong”