Wokół kwestii technologii cyfrowych w trzecim sektorze

2010/03/18, czwartek

Wczoraj uczestniczyłem w spotkaniu Foresightu obywatelskiego prowadzonego przez Pracownię Stocznia, w ramach którego opowiadałem o technologiach cyfrowych, ich wykorzystaniu i wyzwaniach z nimi związanych dla trzeciego sektora.

Razem ze mną wystąpiła Agata Nowotny, która opowiadała o wnioskach z badania “Młodzi i media” - i opowiadając o różnicach pokoleniowych użyła ciekawego terminu “kultura instrukcji obsługi”: podczas gdy dziecko w miarę swobodnie dobiera sobie narzędzia i eksploruje ich funkcje, to rodzic używa internetu “sztywno” - robiąc tyle, ile “nauczył się z instrukcji obsługi”. Jak powiedział ktoś z sali, to co dla młodego internauty jest przestrzenią swobodnego działania, dla osoby starszej jest drogą, po której potrafi przejść od ściśle wytyczonego punktu A do punktu B, według instrukcji.

Szymon Surmacz z Obywatela kontrował, że czytanie instrukcji jest pożytne i wynika z etyki hakerskiej, stawiającej na rozwiązania wydajne, nie obciążające indywidualnie innych. To oczywiście inny rodzaj czytania instrukcji - zapewniający dogłębną wiedzę (którą hakerzy tak lubią), a nie pozwalającą dać sobie radę, trzymając się sztywno wytycznych.

Oczywiście pojawia się pytanie, skąd młodzi się uczą, jeśli nie z instrukcji? Z badania wynika, że uczą się wzajemnie od siebie.

*

Drugi - i dla mnie chyba najciekawszy - wątek dotyczył tego, co w badaniu nazwano “deinstytucjonalizacją” - malejącą rolą instytucji jako pośredników. W badaniu chodzi przede wszystkim o udział w kulturze, ale w naszej dyskusji Kuba Wygnański ze Stoczni zaproponował, żeby potraktować tę tezę ogólniej. Chodzi o to, że w niektórych przypadkach coraz mniej potrzebujemy organizacji, bo wyręcza je niejako internet (a bardziej precyzyjnie usługi internetowe lub ludzie, z którymi poprzez internet mamy kontakt).

Działacze z organizacji mówili, że coraz bardziej działają jako jednostki związane z organizacją; że nie wiadomo do końca, jak umieścić organizację w serwisie społecznościowym - czy zasługuje na konto tak samo jak ludzie; i że młodzież taką sytuację traktuje jako sztuczną - chcą się kontaktować na przykład przez Facebook, ale z konkretnymi osobami - a nie z organizacją.

Wątek jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, pośrednicy nie zanikają - tylko zmieniają się. Pośrednikiem online bardzo często jest dziś jakaś platforma społecznościowa / Web 2.0 - a ta niemal zawsze (z chlubnymi wyjątkami takimi jak Archive.org czy Wikipedia) jest platformą komercyjną: Facebook, Youtube, Wrzuta, Garnek, Wykop, Flickr.

Wydaje mi się, że kluczowym zadaniem powinno więc być tworzenie tego rodzaju pośredników, ale społecznych, obywatelskich. Można to traktować jako kontynuację tworzenia wolnego oprogramowania (obsługuje ono dużo platform społecznościowych, także tych komercyjnych) - ale zadanie polega na stworzeniu silnych serwisów, a nie tylko narzędzi do ich tworzenia. Na rynku przeglądarek otwarty Firefox konkuruje skutecznie z komercyjnym Explorerem - czy da się stworzyć podobnie otwarty serwis społecznościowy? Ja znam jeden taki przykład - jest nim system mikroblogowy Status.net. Otwarty od góry do dołu w ramach swojej “technology stack” - ale jednak będący w rękach komercyjnego podmiotu. A wzorem jest oczywiście Wikipedia, w przypadku której nawet serwery są zarządzane przez Fundację Wikimedia.

Zaintrygowała mnie też sprawa niedopasowania instytucji do mechanizmu kont indywidualnych na Facebooku (choć wiele instytucji je posiada, to sprawia to wrażenie oddolnej innowacji i twórczego wykorzystania narzędzia wymyślonego dla osobistego użytku). Ciekawe, jak wyglądałby serwis społecznościowy stworzony z myślą nie o pojedynczych osobach, tylko o grupach / instytucjach jako użytkownikach?

e-pisanie, e-czytanie

2010/03/18, czwartek

Medioznawcy spierają się, czy młodzi ludzie są jeszcze w stanie pisać wywody dłuższe, niż akapit. W tym samym czasie bibliotekarze mają kłopot, co zrobić z laptopem Salmana Rushdie.

Wspomniany spór to komentarz Henry’ego Jenkinsa do wypowiedzi Sherry Turkle ze słynnego już filmu PBS Digital Nation (który jest zresztą doskonałym przykładem, jak łączyć treści telewizyjne z serwisem internetowym - strona projektu jest imponująca). W filmie Turkle, odwołując się do doświadczenia 30 lat pracy akademickiej, narzeka, mówiąc: “Każdy wykładowca, który patrzy dziś na studentów wie, że jest tam poczta elektroniczna, Facebook, googlowanie siebie, googlowanie ich, googlowanie sąsiadów - to wszystko dzieje się w klasie.” Nie jest tym zachwycona, bo “są pewne rzeczy, których nie da się przemyśleć w połączeniu z 15 innymi”. W filmie pokazani są też studenci MIT, którzy opowiadają, że pisząc prace zaliczeniowe mają kłopot z prowadzeniem wywodu dłuższego niż akapit - to efekt przerw na zasadzie “ok, napisałem już trochę, teraz zajrzę na Facebooka”. W efekcie powstają mozaikowe prace, w których sporo jest dobrych fragmentów, ale które nie łączą się ze sobą w logiczny sposób.

Na te sceny i wypowiedź Turkle ostro reaguje Jenkins, który pracował na MIT, gdzie wykłada Turkle, przez 14 lat i ma zupełnie inną ocenę sytuacji. Osobiście mam wrażenie, że tradycyjnie broniąc użytkowników nowych technologii, tym razem wylewa dziecko z kąpielą - bo odpowiedź na pytanie, czy media cyfrowe bardziej pomagają, czy silniej rozpraszają podczas nauki, nie jest aż tak oczywista. Przede wszystkim chyba jednak warto chyba śledzić te zmiany, o których kiedyś tak przekonująco pisał Nicholas Carr. Dominacja struktury hipertekstu na pewno zmienia sposób, w jaki myślimy. Także wzrost dostępności treści sprawia, że czytamy (przeglądamy?) inaczej. Piszemy także.

Ciekawym rewersem historii o uczeniu się i pisaniu w dobie mediów cyfrowych (a może po prostu zupełnie inną historią, która nie łączy się logicznie z poprzednią - tak, zrobiłem sobie przerwę na Facebooka) jest dylemat, przed jakim stanęli ostatnio bibliotekarze z Uniwersytetu Emory w Atlancie. Swoje archiwum ofiarował im Salman Rushdie - pisarz nie przekazał jednak wyłącznie stosu maszynopisów i notatek, ale też cztery komputery (w tym jeden uszkodzony przez zalanie Colą), łącznie 18GB danych. To kapitalne zasoby dla badaczy, ale też kłopot dla biblioteki - bo jak głęboko powinna odsłonić dla czytelników proces tworzenia? Jasne, że warto zachować i udostępnić pliki tekstowe, ale przecież można dotrzeć dalej, zerkając np. do historii przeglądarki internetowej i zestawiając odwiedzane strony z edycjami tekstu dokonywanymi w tym samym czasie. To z jednej strony fascynujące, z drugiej - wszelkie repozytoria “dziedzictwa” mają chyba kolejny problem do rozwiązania. Więcej przeczytacie tutaj.

A na koniec - żeby nie wpakować się w kategorię “tldr” - zainteresowanych tematyką ”okołoksiążkową” odsyłam do mini-debaty, jaka miała miejsce na łamach i blogu “NY Timesa”. Jej temat brzmi: “Czy biblioteki szkolne potrzebują księżek?” Wszyscy poproszeni o wypowiedź eksperci twierdzą, że tak - ale znaczący jest już sam fakt stawiania jak najbardziej serio takich pytań. Tego typu dyskusje będą pojawiać się coraz częściej - bo dotykają sedna medialnych przemian, które musimy stopniowo oswajać.

O!

2010/03/10, środa

Firma StatusNet, która stworzyła platformę mikroblogową Identi.ca (moją ulubioną - bo w pełni otwartą) opublikowała właśnie nowy protokół sieciowy o nazwie OStatus. Protokoły to serce internetu - albo raczej jego krwiobieg, bez dobrego protokołu poszczególne elementy sieci nie będą się bowiem komunikować.

OStatus brzmi dość skomplikowanie:

OStatus isn’t a new protocol; it applies some great protocols in a natural and reasonable way to make distributed social networking possible: Activity Streams encode social events in standard Atom or RSS feeds, PubSubHubbub pushes those feeds in realtime to subscribers across the Web, Salmon notifies people of responses to their status updates, Webfinger makes it easy to find people across social sites.

Ale jego twórcy potrafią też ująć to w prostszy sposób: “OStatus pozwala ludziom korzystających z różnych sieci społecznościowych komunikować się ze sobą”. Czyli coś, co doceni każdy Polak rozkraczony między Twitterem, Identiką i Blipem.

Najlepsza jednak we wszystkim jest nazwa, OStatus, i wykorzystanie “o” jako przedrostka dla otwartych projeków. Ciekawe, czemu nikt na to wcześniej nie wpadł, w czasach e-wszystkiego lub i-kwestii. OEdukacja, onauka, okultura, orząd - wydają mi się całkiem dobrymi nazwami. Wyjaśniającymi pewnie więcej niż np. OA, OER czy OZE. Tylko okultura jest już zajęta, i oznacza coś zupełnie innego.

*

Na marginesie: Karolina Grodecka z CELu napisała świetny “Przewodnik po otwartych zasobach edukacyjnych” (PDF, 2,4MB).

I zastanawiam się, co jeszcze poza protokołem sieciowym mogłoby się nazywać PubSubHubBub, bo nazwa jest świetna.

Konstrukcje dla kulturowej kornukopii - moje wystąpienie na TedxWarsaw

2010/03/8, poniedziałek

W ostatni piątek miałem zaszczyt i przyjemność wystąpić na TedxWarsaw - pierwszym w Polsce spotkaniu typu tedx, poświęconym tematowi współpracy. Tedx to formuła globalnych spotkań opartych na formacie oryginalnego cyklu spotkań TED (związek taki sam jak “BrzydUli” z “Yo soy Betty, la fea”). W trakcie warszawskiego spotkania około 20 osób opowiadało przez cały dzień ciekawe i inspirujące historie (w praktyce oczywiście jedne mniej, drugie bardziej).

Trudno opisywać spotkanie nie mogąc się odnieść do nagrań wideo, których jeszcze w Sieci nie ma (kilka lat temu pewnie bym nie umiał sobie wyobrazić, że coś takiego napiszę!).

Na razie wrzucam do sieci swoje slajdy, jako rodzaj trailera - “żywa” prezentacja powinna być dostępna wkrótce. Opowiadałem o rzeczach, o których wcześniej pisałem tu (i tu)

Młodzi i media raz jeszcze

2010/02/22, poniedziałek

Polecam materiały związane z raportem Młodzi i media, które trafiły już do sieci.

Raport będzie do ściągnięcia od środy, pojawi się na stronie www.wyborcza.pl/mlodziimedia. Już teraz można obejrzeć tam krótki film Pauliny Jędrzejewskiej, zrealizowany podczas projektu oraz zdjęcia Tomka Rattera.

Polecam też dwa artykuły - poświęcony naszemu przedsięwzięciu tekst Mateusza Halawy z “Gazety Świątecznej” oraz tekst Edwina Bendyka z ostatniej “Polityki”. Poświęcona raportowi mini-konferencja będzie rejestrowana, do sieci powinien trafić też jej zapis.

Jeśli będziecie chcieli w jakiś sposób podyskutować o wynikach naszego badania, to ten blog pewnie jest dobrym miejscem - będziemy wdzięczni za wszelkie komentarze.

Twórcy chcą, żeby im płacić! (Użytkownicy chcą płacić twórcom!!)

2010/02/14, niedziela

W weekendowej “Gazecie wyborczej” przeczytałem o serwisie Flattr, który ma umożliwić płacenie dobrowolnych mikro-opłat twórcom online. Flattr jest nowym projektem Petera Sunde, jednego z twórców Pirate Bay.

Dramatyczny tytuł - “Twórca Pirate Bay: Internauci zapłacą za muzykę” - sugeruje gwałtowną zmianę ideologii, od “bierz co chcesz” do “jeszcze zapłacisz”. W rzeczywistości idea dobrowolnych opłat już od dawna jest promowana przez członków środowiska pirackiego, który najwyraźniej nie sądzą, że wszystko ma być dostępne za darmo - tylko że wszystko ma być dostępne swobodnie, a jeśli da się przy tym zarobić, to tym lepiej.

Flattr to nie jedyny tego rodzaju projekt. Już od conajmniej dwóch lat słychać o Vodo - a na blogu tego projektu przeczytałem jeszcze o VRM, Contingency Market, 1p2u oraz Kachingle. Założenie jest zawsze podobne: internauci mogą dobrowolnie przekazywać drobne sumy członkom wirtualnej organizacji twórców współpracujących z daną platformą techniczną. Organizacja ta następnie dystrybuuje środki swoim członkom - czyli coś w rodzaju organizacji zbiorowego zarządu, tylko nie korzystającej z mechanizmu praw autorskich.

Rozwiązania takie są ciekawe dlatego, że są oszczędne - nie wymagają kupienia czegokolwiek (zbędnego): płyty, koszulki, itd., pozwalają po prostu zapłacić twórcy (teoretycznie za treści konsumowane online, ale w praktyce można komuś zapłacić wyłącznie za to, że się go lubi).

Wszystkie projekty są ciągle w głębokiej fazie beta, więc kwestia, czy da się przekonać internautów do mikropłatności (próby trwają od lat, bez skutku) pozostaje otwarta. Myślę, że paradoksalnie może się to prędzej udać piratom niż “zwykłym” biznesom sieciowym - mogą oni stosować argument długu wdzięczności, zaciągniętego przez ściąganie treści z sieci. Choć, jeśli dobrze rozumiem, systemy takie jak Flattr mogą też być podczepiane pod serwisy twórców, które dobrowolnie udostępniają treści (np. pod blogi).

Tu warto wspomnieć o projekcie Kickstarter - który pozwala finansować w rozproszony sposób twórczość (czyli coś na kształt Sellaband znanego w Polsce dzięki Julii Marcel, tylko nie ograniczonego do muzyki). Takich projektów było już wiele, i pewnie trzeba poczekać dłużej niż kilka miesięcy, by mieć pewność, czy idea chwyciła. Ale wystarczy chwilę poklikać, by poczuć siłę społeczności Kickstartera, która co i rusz funduje projekty na kilka lub kilkanaście tysięcy dolarów. Być może to wpływ kryzysu, który przycisnął wiele osób do ściany i uświadomił, że twórcy muszą z czegoś żyć? Lub też przybierającego na sile “makers movement”, ruchu opartego na rzemieślniczej produkcji dóbr w małych nakładach (a takie projekty finansują często inwestorzy na Kickstarterze).

Tak jakby uczestniczący w Kickstarterze internauci czuli intuicyjnie to samo, co mówią organizacje twórców - że twórczość, a w szczególności twórczość dostępną za darmo - trzeba jakoś finansować. Różnica polega oczywiście na tym, że wypracowywany w ramach Kickstartera model finansowania jest dużo lepiej skrojony do potrzeb dzisiejszych użytkowników.

*

Przy okazji, Nick Carr linkuje do dwóch tekstów, w New York Times i The Atlantic, które dowodzą, że płacimy coraz więcej za konsumpcję mediów. Pieniądze te jednak idą do pośredników zapewniających nam usługi telekomunikacyjne (czyli na abonamenty telewizji kablowej, internetu, itd.), a nie do twórców i pośredników dostarczających treści. (Chętnie poznałbym podobne dane dla Polski).

Na zdrowy rozum rozwiązanie jest więc proste - należy doprowadzić do redystrybucji środków pobieranych przez pośredników pierwszego rodzaju, lub ewentualnie dodać opłatę finansującą twórców i pośredników drugiego rodzaju, podłączoną pod opłaty dla tych pierwszych.

*

A Carr, naśmiewając się ze sloganu “Information wants to be free” zapomina, jak brzmiało pełne zdanie wypowiedziane przez Stewarta Branda:

On the one hand information wants to be expensive, because it’s so valuable. The right information in the right place just changes your life. On the other hand, information wants to be free, because the cost of getting it out is getting lower and lower all the time. So you have these two fighting against each other.

I tak cała powyższa historia po raz kolejny ilustruje spryt Branda, który w 1984 roku doszedł do wniosku, że rozwój Sieci będzie napędzać ambiwalentna natura informacji, która chce wolna / darmowa oraz cenna / droga zarazem.

Młodzi i media - premiera raportu

2010/02/9, wtorek

24 lutego odbędzie się premiera raportu “Młodzi i media”.

Raport jest owocem trwających już ponad rok (zaczęło się od wpisu na blogu) prac 10-osobowego (nie licząc poproszonych o pomoc ekspertów) zespołu nad etnografią młodych ludzi korzystających z nowych technologii komunikowania. Bardzo chciałbym, żeby stał się impulsem do dyskusji o kategoriach, w których opisujemy kulturę, ale też do odkłamania pewnych mitów, które w myśleniu o nowych mediach wciąż powracają.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na mini-konferencję, podczas której zaprezentowane zostaną główne tezy raportu, odbędą się też dwie dyskusje na jego temat - impreza będzie mieć miejsce w siedzibie Agory, a wszystkie szczegóły (ze względu na ograniczoną liczbę miejsc, trzeba się zarejestrować mailowo) znajdziecie tutaj.

Raport oczywiście będzie dostępny w całości do pobrania w sieci, planowana jest także publikacja dodatkowych materiałów związanych z projektem. Do tematu będę też wracać na blogu. Szczegóły wkrótce.

101% jest wrogiem 80%

2010/02/8, poniedziałek

Pisałem niedawno o malejących barierach dla tworzenia, i możliwości skutecznego tworzenia świetnej kultury przy minimalnych środkach - pytanie więc, skoro bariery się redukują, czy mamy do czynienia z rosnącą liczbą “garażowej” produkcji?

Twardych danych nie ma, ale są dobre inne przykłady: nagrywane w Paryżu przez Vincenta Moona w przestrzeni miejskiej koncerty z cyklu Blogotheque (od niedawna uzupełnione o projekt Les soirées de poches, w ramach którego koncerty są grane w mieszkaniach) czy projekt Daytrotter, w ramach którego coraz więcej muzyków jeździ do małego studia nagraniowego Horseshack w Illinois, USA by nagrać na żywo cztery piosenki. Sesje Daytrotter są porównywane do legendarnych Peel Sessions…

A jak sprawy mają się w Polsce? Nie znam przykładów na wzór Blogotheque czy Daytrottera, a odwiedziny na stronach polskiego Radia szybko dowodzą, że sama redukcja barier technicznych nie wystarczy. Może polskim radiowcom brak entuzjazmu?

Polskie Radio, podobnie jak NPR, regularnie organizuje lub transmituje koncerty - z jakiegoś powodu nie pojawiają się one jednak online.

Nie mówiąc już o takim projekcie jak prowadzone przez NPR “Exclusive First listen”, gdzie twórcy udostępniają utwory (lub całe płyty) przed ich premierą - by wyłączyć dostęp z chwilą oficjalnej premiery. Kontrolowane wycieki z pomocą publicznego nadawcy, coś niesamowitego! (Polecam np. płytę projektu Sparklehorse, która chyba długo będzie dostępna, bo wytwórnia zrezygnowała z jej promocji, a twórcy wybrali model, w którym sprzedają czyste płyty CD dołączone do albumu ze zdjęciami Davida Lyncha, w wiadomym celu).

W Polsce radio Roxy (z pomocą Nokii) regularnie promuje “najmniejsze koncerty świata” organizowane przez Nokia. Model biznesowy wydaje się niezły: słuchacze wysyłają płatne esemesy by wygrać jedno z 20 biletów na “najmniejszy koncert”.

Pytanie tylko, dlaczego po fakcie koncerty te nie zostają upublicznione? Podejrzewam, że ukrytą barierą są prawa autorskie. Albo też przeświadczenie organizatorów, że upublicznienie tych koncertów nie przyniesie szeroko pojętego zysku. Rzeczywiście, zdroworozsądkowo myśląc “najmniejszy” koncert powinien pozostać utajniony, by utrzymać aurę wyjątkowych zdarzeń, generującą zainteresowanie esemesujących uczestników.

“Zdrowy rozsądek 2.0″ sugeruje jednak zasadę odwrotną - rzeczy małe, ekskluzywne i prywatne powinny mieć swoje cyfrowe kopie, które są duże, powszechne i publiczne.

*

Jakiś czas temu pisałem o siatce (grid) jako sposobie wyobrażania sobie współpracy online. Teraz pora na rekursywność - ciągnący się pozornie w nieskończoność ciąg odbijających się od siebie echem elementów jako symbol masowej współpracy:

Maxine Swaby nagrała piosenkę “Pardon me”.

Benjamin Loka nagrał siebie i Maxine.

Kilkanaście powtórzeń później na pierwszym planie śpiewa jakaś dziewczynka, a przed ekranem siedzi królik.

Zabawa w online

2010/02/7, niedziela

Thesixtyone to serwis (platforma? społeczność? przestrzeń?) w której “nowi artyści tworzą muzykę, a słuchacze decydują, która jest dobra”. Serwis właśnie przeszedł przeprojektowanie i ma niesamowity, choć trochę nieczytelny, interfejs z dużą ilością grafiki na cały ekran, a małą ilością tekstu (czy przypadkiem nie jest to wpływ estetyki i wymogów urządzeń mobilnych z ekranami dotykowymi na Sieć?).

Thesixtyone ma też funkcję quests, która bardziej niż z serwisem muzycznym kojarzy się z World of Warcraft. “Featureama” - umieść na swoim profilu playlistę. “In the Mood” - posłuchaj co najmniej czterech różnych “nastrojów” muzyki oferowanych przez serwis (nastroje to rodzaj tagów stosowanych w serwisie). I tak dalej - za zrealizowane wyzwania otrzymujemy reputację, będącą “walutą serwisu”.

Serwis Dropbox, pozwalający przechowywać, synchronizować i dzielić się plikami online, ma dział “Getting started”, a w nim 6 podstawowych zadań, pozwalających się zaznajomić z funkcjami serwisu. Po wypełnieniu wszystkich otrzymujemy dodatkowe 250MB miejsca na wirtualnym dysku.

Podejrzewam, że jest takich przykładów dużo więcej.

W 2008 roku Justin Hall próbował stworzyć “Passive Multiplayer Online Game”, w którą internauci grają korzystając po prostu z internetu. Wydało mi się to wówczas mało ciekawe - rzeczywiście, po dwóch latach po PMOG została strona z napisem “It works!”.

Nie jesteśmy najwyraźniej traktować surfowania jako takiego jako gry. Ale dwa powyższe przykłady pokazują, że metafora grania może służyć zaznajamianiu użytkowników z serwisem. Zresztą dowolnemu serwisowi społecznościowemu, z mechanizmami budowania i mierzenia popularności i najróżniejszymi zadaniami do realizacji w ramach zobowiązań towarzyskich, jest naprawdę blisko do powyższych “questów” - tylko nagrody pozostają niewyrażone wprost.

50 lat temu (kto by pomyślał!) Erving Goffman w “Człowieku w teatrze życia codziennego” opisał życie społeczne metaforą dramaturgiczną. Pół wieku później warto może pomyśleć o podobnej metaforze ludologicznej.

*

“Our favorite Martians” to rewelacyjny tekst o więzi emocjonalnej, jaka przez lata powstała między naukowcami obsługującymi łaziki Spirit i Opprotunity, a samymi łazikami.

Vertesi takes it one step further. In her ??Seeing Like a Rover? ? paper, she claims the controllers not only have an anthropomorphic view of the rovers, but also a ?technomorphic? shift in their own behavior.

*

W piątek odbyła się debata Premiera z internautami i przedstawicielami trzeciego sektora dotycząca kwestii filtrowania internetu w Polsce (uczestniczyłem w niej jako przedstawiciel strony rządowej, jako członek Zespołu Doradców Strategicznych Premiera). Zgadzam się z opiniami, według których był to przełomowy moment, jeśli chodzi o budowanie w Polsce społeczeństwa informacyjnego.

Polecam teksty Wacława Iszkowskiego, prezesa PIIT:

Warto zapamiętać dla historii datę  - piątek 5 lutego 2010 roku - jako dzień, w którym powstało w Polsce Społeczeństwo Informacyjne, przy czym sam termin ?powstało” należy rozumieć dwojako - jako istotny dzień początku oraz jako akcję sprzeciwu.

oraz Jakuba Śpiewaka, prezesa fundacji Kid Protect:

Mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do nas dotarło, co tak naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Oto bowiem zadziałały, dzięki internetowi, mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego. [...] Minister Michał Boni mówił wręcz o ?opcji zerowej? w konsultacjach społecznych. W dodatku jest duża szansa, iż będą to konsultacje z obywatelami, a nie z organizacjami pozarządowymi czy branżowymi, które wszak do reprezentowania obywateli nie mają upoważnienia. To ogromne zmiany. Obyśmy ich nie zmarnowali.

Zbyt tanie ebooki?

2010/02/4, czwartek

Idąc w ślady Macmillan, należąca do Ruperta Murdocha News Corp. zażądało od Amazona zaprzestania sprzedaży ebooków z ich tytułami w cenie 9,99 USD za sztukę. Potężni wydawcy wycofują swoje pozycje z katalogu Amazona, bo uważają, że książki są zbyt tanie.

Macmillan domaga się, by ebooki kosztowały nie mniej, niż 15 USD, podobnie jak News Corp. wyciągając argumenty o psuciu rynku, braku poszanowania dla autorów, itp. Co ciekawe, wydawcy dostają od Amazona 12,99 USD za książkę - firma pokrywa różnicę z własnej kieszeni. Dla Macmillan i Murdocha to jednak zbyt mało.

Nie mam wątpliwości, że Amazonowi zależy, żeby ebooki były możliwie najtańsze - chodzi o promowanie Kindle’a, któremu część klientów (tę, której niestraszny podświetlany ekran) zapewne odbierze iPad. Dlatego dopłaca. Rozumiem też lęk wydawców przed hegemonem, który na rynku ebooków rządzi i dzieli. Jednak z perspektywy klienta średnio mnie to obchodzi - po prostu zaskakuje mnie, że wydawcy mają problem z niską ceną książek, których druk i dystrybucja, w odróżnieniu od wersji papierowych, nie kosztuje absolutnie nic. Dla mnie jest oczywiste, że książki w wersji elektronicznej powinny kosztować zdecydowanie mniej, niż edycje papierowe - nie widzę powodu, dlaczego wydawcy mieliby zarabiać ekstra na zmianie nośnika. Zwłaszcza, że w wypadku książek oferowanych przez Amazona ich użyteczność w niektórych aspektach jest mniejsza, niż wersji papierowej - nie można ich pożyczać ani odsprzedawać.

Oczywiście w chwili obecnej sprawa nie ma wielkiego znaczenia dla całego rynku, bo - przynajmniej jak na polskie warunki - czytniki ebooków wciąż są drogimi gadżetami, głównie dla miłośników nowinek. Równocześnie trudno mieć wątpliwości, że w ciągu kilku lat ich cena spadnie na tyle, że wyniki przepychanki na linii sprzedawcy ebooków - wydawcy będą mieć wpływ na całą branżę.