101% jest wrogiem 80%

2010/02/8, poniedziałek

Pisałem niedawno o malejących barierach dla tworzenia, i możliwości skutecznego tworzenia świetnej kultury przy minimalnych środkach - pytanie więc, skoro bariery się redukują, czy mamy do czynienia z rosnącą liczbą “garażowej” produkcji?

Twardych danych nie ma, ale są dobre inne przykłady: nagrywane w Paryżu przez Vincenta Moona w przestrzeni miejskiej koncerty z cyklu Blogotheque (od niedawna uzupełnione o projekt Les soirées de poches, w ramach którego koncerty są grane w mieszkaniach) czy projekt Daytrotter, w ramach którego coraz więcej muzyków jeździ do małego studia nagraniowego Horseshack w Illinois, USA by nagrać na żywo cztery piosenki. Sesje Daytrotter są porównywane do legendarnych Peel Sessions…

A jak sprawy mają się w Polsce? Nie znam przykładów na wzór Blogotheque czy Daytrottera, a odwiedziny na stronach polskiego Radia szybko dowodzą, że sama redukcja barier technicznych nie wystarczy. Może polskim radiowcom brak entuzjazmu?

Polskie Radio, podobnie jak NPR, regularnie organizuje lub transmituje koncerty - z jakiegoś powodu nie pojawiają się one jednak online.

Nie mówiąc już o takim projekcie jak prowadzone przez NPR “Exclusive First listen”, gdzie twórcy udostępniają utwory (lub całe płyty) przed ich premierą - by wyłączyć dostęp z chwilą oficjalnej premiery. Kontrolowane wycieki z pomocą publicznego nadawcy, coś niesamowitego! (Polecam np. płytę projektu Sparklehorse, która chyba długo będzie dostępna, bo wytwórnia zrezygnowała z jej promocji, a twórcy wybrali model, w którym sprzedają czyste płyty CD dołączone do albumu ze zdjęciami Davida Lyncha, w wiadomym celu).

W Polsce radio Roxy (z pomocą Nokii) regularnie promuje “najmniejsze koncerty świata” organizowane przez Nokia. Model biznesowy wydaje się niezły: słuchacze wysyłają płatne esemesy by wygrać jedno z 20 biletów na “najmniejszy koncert”.

Pytanie tylko, dlaczego po fakcie koncerty te nie zostają upublicznione? Podejrzewam, że ukrytą barierą są prawa autorskie. Albo też przeświadczenie organizatorów, że upublicznienie tych koncertów nie przyniesie szeroko pojętego zysku. Rzeczywiście, zdroworozsądkowo myśląc “najmniejszy” koncert powinien pozostać utajniony, by utrzymać aurę wyjątkowych zdarzeń, generującą zainteresowanie esemesujących uczestników.

“Zdrowy rozsądek 2.0″ sugeruje jednak zasadę odwrotną - rzeczy małe, ekskluzywne i prywatne powinny mieć swoje cyfrowe kopie, które są duże, powszechne i publiczne.

*

Jakiś czas temu pisałem o siatce (grid) jako sposobie wyobrażania sobie współpracy online. Teraz pora na rekursywność - ciągnący się pozornie w nieskończoność ciąg odbijających się od siebie echem elementów jako symbol masowej współpracy:

Maxine Swaby nagrała piosenkę “Pardon me”.

Benjamin Loka nagrał siebie i Maxine.

Kilkanaście powtórzeń później na pierwszym planie śpiewa jakaś dziewczynka, a przed ekranem siedzi królik.

Zabawa w online

2010/02/7, niedziela

Thesixtyone to serwis (platforma? społeczność? przestrzeń?) w której “nowi artyści tworzą muzykę, a słuchacze decydują, która jest dobra”. Serwis właśnie przeszedł przeprojektowanie i ma niesamowity, choć trochę nieczytelny, interfejs z dużą ilością grafiki na cały ekran, a małą ilością tekstu (czy przypadkiem nie jest to wpływ estetyki i wymogów urządzeń mobilnych z ekranami dotykowymi na Sieć?).

Thesixtyone ma też funkcję quests, która bardziej niż z serwisem muzycznym kojarzy się z World of Warcraft. “Featureama” - umieść na swoim profilu playlistę. “In the Mood” - posłuchaj co najmniej czterech różnych “nastrojów” muzyki oferowanych przez serwis (nastroje to rodzaj tagów stosowanych w serwisie). I tak dalej - za zrealizowane wyzwania otrzymujemy reputację, będącą “walutą serwisu”.

Serwis Dropbox, pozwalający przechowywać, synchronizować i dzielić się plikami online, ma dział “Getting started”, a w nim 6 podstawowych zadań, pozwalających się zaznajomić z funkcjami serwisu. Po wypełnieniu wszystkich otrzymujemy dodatkowe 250MB miejsca na wirtualnym dysku.

Podejrzewam, że jest takich przykładów dużo więcej.

W 2008 roku Justin Hall próbował stworzyć “Passive Multiplayer Online Game”, w którą internauci grają korzystając po prostu z internetu. Wydało mi się to wówczas mało ciekawe - rzeczywiście, po dwóch latach po PMOG została strona z napisem “It works!”.

Nie jesteśmy najwyraźniej traktować surfowania jako takiego jako gry. Ale dwa powyższe przykłady pokazują, że metafora grania może służyć zaznajamianiu użytkowników z serwisem. Zresztą dowolnemu serwisowi społecznościowemu, z mechanizmami budowania i mierzenia popularności i najróżniejszymi zadaniami do realizacji w ramach zobowiązań towarzyskich, jest naprawdę blisko do powyższych “questów” - tylko nagrody pozostają niewyrażone wprost.

50 lat temu (kto by pomyślał!) Erving Goffman w “Człowieku w teatrze życia codziennego” opisał życie społeczne metaforą dramaturgiczną. Pół wieku później warto może pomyśleć o podobnej metaforze ludologicznej.

*

“Our favorite Martians” to rewelacyjny tekst o więzi emocjonalnej, jaka przez lata powstała między naukowcami obsługującymi łaziki Spirit i Opprotunity, a samymi łazikami.

Vertesi takes it one step further. In her ??Seeing Like a Rover? ? paper, she claims the controllers not only have an anthropomorphic view of the rovers, but also a ?technomorphic? shift in their own behavior.

*

W piątek odbyła się debata Premiera z internautami i przedstawicielami trzeciego sektora dotycząca kwestii filtrowania internetu w Polsce (uczestniczyłem w niej jako przedstawiciel strony rządowej, jako członek Zespołu Doradców Strategicznych Premiera). Zgadzam się z opiniami, według których był to przełomowy moment, jeśli chodzi o budowanie w Polsce społeczeństwa informacyjnego.

Polecam teksty Wacława Iszkowskiego, prezesa PIIT:

Warto zapamiętać dla historii datę  - piątek 5 lutego 2010 roku - jako dzień, w którym powstało w Polsce Społeczeństwo Informacyjne, przy czym sam termin ?powstało” należy rozumieć dwojako - jako istotny dzień początku oraz jako akcję sprzeciwu.

oraz Jakuba Śpiewaka, prezesa fundacji Kid Protect:

Mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do nas dotarło, co tak naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Oto bowiem zadziałały, dzięki internetowi, mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego. [...] Minister Michał Boni mówił wręcz o ?opcji zerowej? w konsultacjach społecznych. W dodatku jest duża szansa, iż będą to konsultacje z obywatelami, a nie z organizacjami pozarządowymi czy branżowymi, które wszak do reprezentowania obywateli nie mają upoważnienia. To ogromne zmiany. Obyśmy ich nie zmarnowali.

Zbyt tanie ebooki?

2010/02/4, czwartek

Idąc w ślady Macmillan, należąca do Ruperta Murdocha News Corp. zażądało od Amazona zaprzestania sprzedaży ebooków z ich tytułami w cenie 9,99 USD za sztukę. Potężni wydawcy wycofują swoje pozycje z katalogu Amazona, bo uważają, że książki są zbyt tanie.

Macmillan domaga się, by ebooki kosztowały nie mniej, niż 15 USD, podobnie jak News Corp. wyciągając argumenty o psuciu rynku, braku poszanowania dla autorów, itp. Co ciekawe, wydawcy dostają od Amazona 12,99 USD za książkę - firma pokrywa różnicę z własnej kieszeni. Dla Macmillan i Murdocha to jednak zbyt mało.

Nie mam wątpliwości, że Amazonowi zależy, żeby ebooki były możliwie najtańsze - chodzi o promowanie Kindle’a, któremu część klientów (tę, której niestraszny podświetlany ekran) zapewne odbierze iPad. Dlatego dopłaca. Rozumiem też lęk wydawców przed hegemonem, który na rynku ebooków rządzi i dzieli. Jednak z perspektywy klienta średnio mnie to obchodzi - po prostu zaskakuje mnie, że wydawcy mają problem z niską ceną książek, których druk i dystrybucja, w odróżnieniu od wersji papierowych, nie kosztuje absolutnie nic. Dla mnie jest oczywiste, że książki w wersji elektronicznej powinny kosztować zdecydowanie mniej, niż edycje papierowe - nie widzę powodu, dlaczego wydawcy mieliby zarabiać ekstra na zmianie nośnika. Zwłaszcza, że w wypadku książek oferowanych przez Amazona ich użyteczność w niektórych aspektach jest mniejsza, niż wersji papierowej - nie można ich pożyczać ani odsprzedawać.

Oczywiście w chwili obecnej sprawa nie ma wielkiego znaczenia dla całego rynku, bo - przynajmniej jak na polskie warunki - czytniki ebooków wciąż są drogimi gadżetami, głównie dla miłośników nowinek. Równocześnie trudno mieć wątpliwości, że w ciągu kilku lat ich cena spadnie na tyle, że wyniki przepychanki na linii sprzedawcy ebooków - wydawcy będą mieć wpływ na całą branżę.

Potrzeba diety medialnej, żeby nie pęknąć

2010/01/31, niedziela

Kontynuując poprzedni wpis:

To, co w gruncie rzeczy przedstawia Stephen Worth, to pewna wizja medialnej diety: warto konsumować treści tworzone przez ludzi obdarzonych talentem, umiejętnościami i kreatywnością.

Najwyższa pora, by zacząć formułować tego rodzaju diety: wskazówki i przepisy, jak nie zwariować w świecie przepełnionym treściami.

Przekrój niedawno ogłosił 77 ważnych wydarzeń w 2010 (ponad jedno na tydzień); Gazeta Wyborcza opublikowała listę 31 filmów, które trzeba zobaczyć (trzy na miesiąc); wczoraj poznaliśmy 200 rzeczy związanych z Chopinem, które wydarzą się w roku 2010. Znając życie, organizatorzy festiwali Sputnik, Era Nowe Horyzonty czy Warszawskiego Festiwalu Filmowego ogłoszą wkrótce, że tegoroczne, jeszcze lepsze niż rok temu, festiwale będą miały o kolejne kilkadziesiąt filmów więcej niż poprzednio. Kultura puchnie, a nasze kalendarze już są pewnie całe wypełnione. A rok się dopiero zaczął.

Pora zacząć wymieniać się wskazówkami, co i w jakich ilościach konsumować. Oto dwa dalsze przykłady:

Momus niedawno zwierzył się, że czasem musi oglądać chłam:

“It seems that I need vulgarity. I’m fascinated by it. The things I disapprove of define me as much as the things I approve of. Sure, I could spend all my internet time reading my digital copy of The Wire, watching the films on (”all avant garde, all the time”) ubu.com, or listening to Arte Radio. But, even given the opportunity to be my own curator, my own programmer, I throw in some stuff that’s compellingly appalling, some stuff I love to hate. Otherwise, what would there be to rebel against?”

A Robin Sloan formułuje teorię “flow and stock”, zgodnie z którą każdy twórca musi dziś balansować między stałą produkcją sieciowych efemeraliów - tak by ludzie o nim nie zapomnieli (flow) oraz produkcją, raz na pewien czas, porcji solidnej treści (stack).

“Flow is the feed. It’s the posts and the tweets. It’s the stream of daily and sub-daily updates that remind people that you exist. Stock is the durable stuff. It’s the content you produce that’s as interesting in two months (or two years?) as it is today. It’s what people discover via search. It’s what spreads slowly but surely, building fans over time.”

Odwracając ten pomysł, dieta medialna wielu z nas powinna się składać zarówno z treści bieżących i płytkich, jak i z czegoś konkretnego skonsumowanego raz na pewien czas.

A dieta jako metafora stylu uczestnictwa w kulturze powinna zastąpić koncepcję kanonu - nie ma już jednego kanonu kultury, tak jak nie ma jednej diety dobrej dla wszystkich.

Stephena Wortha przygody z muzyką

2010/01/31, niedziela

Pod koniec stycznia Boing Boing opublikował cykl gościnnych wpisów pod tytułem “Adventures in Music”. Stephen Worth, dyrektor ASIFA-Hollywood Animation Archive (”muzeum, biblioteka i archiwum cyfrowe dla twórców profesjonalnych i studentów”) prezentuje w nim perełki muzyki z pierwszej połowy XX wieku (początek cyklu, lista wpisów).

Wśród 15. klipów, które Worth wrzucił na Youtube, są nagrania jazzowe i operowe, muzyka klasyczna, blues i folk amerykański. Jest Maria Callas, Louis Armstrong i Shirley Temple, czy niesamowite “Jammin the blues”.

Obejrzałem je niemal wszystkie, jednym ciągiem - chyba jeszcze nigdy nie oglądałem na Youtube tak “profesjonalnych” treści. Youtube kojarzy mi się z bootlegowymi nagraniami, archiwum popkultury końcówki XX wieku oraz chmarą amatorskich produkcji, w których gąszczu linków można utknąć na kilka godzin i zakończyć wieczór z kulturowym kacem.

“Adventures in Music” oferuje doświadczenie wyjątkowe, i taki chyba był zamysł Wortha - który wraz z klipami przemyca pewną filozofię “dobrej kultury”:

“When I share great old stuff with young people, inevitably someone in the crowd will pipe up with “How come only old stuff is good? New stuff is good too!” Well, it may be true that there is great new art being made here and there, but this kind of talent and artistry isn’t as common, and it isn’t in the mainstream media the way it was in the 30s, 40s and 50s”.

Wizje złotego kulturowego wieku budzą mój niepokój i sam zazwyczaj bardziej myślę o rzeczach przyszłych, niż przeszłych. Pewnie dobrze dobrany set 15 nagrań z ostatnich 20 lat mógłby być dowodem podobnej wirtuozerii. Ale, po pierwsze, podoba mi się, że Worth nie stosuje podziału na kulturę wysoką i niską (co nagminne w tego rodzaju sytuacjach) lecz ocenia kulturę w kategoriach talentu, umiejętności i kreatywności. W przygodzie nr 14 Worth mówi wprost: problem z nowszą kulturą zaczął się z chwilą, gdy Warhol spopularyzował sztukę opartą na zasadzie “pomysły bez umiejętności” (ideas without skill).

Pomijając kwestie upadku jakości twórczości, seria Wortha dobrze pokazuje potencjał tkwiący w dziedzictwie kulturowym. “Adventures in Music” są przedsmakiem tego, co się musi wydarzyć, gdy wreszcie zdigitalizujemy i upublicznimy nasze dziedzictwo kulturowe (np. w postaci archiwów telewizyjnych). Powszechna dostępność dawnej kultury wymusi na nas zainteresowanie się nią, a współczesną kulturę i jej uczestników czeka wielka przygoda (ponownego) odkrywania kultury przeszłej.

“The “good stuff” is all out there. You don’t need a fancy shmancy archive. All it takes is a “breadcrumb”, a clue, a YouTube video clip, an MP3, a name to Google- and this wonderful world opens up like a flower. It turns out that the world we live in isn’t such a drab and dreary place after all!”

Dostępna powszechnie, nie będzie już “dawną” kulturą” - tylko kulturą inną, ale współczesną. Być może staroświecką, dla wielu z nas przez to nudną lub mało ekscytującą, ale jednak kulturą żywą. Gdy przy okazji Kongresu Kultury Polskiej w prasie dyskutowano o “podatku na digitalizację”, pojawił się wówczas głos, że wszystko co cenne jest już zdigitalizowane i dostępne - nie chce mi się w to wierzyć. Takie myślenie zakłada, że kultura dawna to interesujący nas jeszcze kanon, a reszta to nieciekawy chłam. Myślę, że jest inaczej - że dziedzictwo, po udostępnieniu, okaże się równie pełne nisz, co kultura współczesna.

W pewnym momencie jeden z czytelników zarzuca Worthowi, że jest archiwistą zainteresowanym przeszłością, który nie rozumie teraźniejszości - i przyszłości. Na co Worth odpowiada:

I’m not an archivist who preserves the past. I have no interest in that. My purpose is to work with current artists to help them understand the history of their medium and gain the skills necessary to go further and create things even better than those of the past.

Wykorzystanie kultury zastanej, by tworzyć jeszcze lepszą kulturę współczesną, to oczywiście cel ruchu wolnej kultury. Przygody Wortha uświadomiły mi, że nie wystarczy uczynić dziedzictwo dostępne do ponownego wykorzystania - potrzebujemy też przewodników, którzy pokażą nam, jak to robić. A to wymaga budowania mostów między dwoma kulturami.

100% jest wrogiem 80%

2010/01/19, wtorek

W ostatnim czasie słucham dużo muzyki udostępnianej przez amerykańskiego nadawcę publicznego National Public Radio. Jedna z ciekawszych serii to “Tiny Desk Concerts” - koncerty muzyki organizowane w biurze NPR, obok biurka jednego z dziennikarzy muzycznych, Boba Boilena.

“Malutkie koncerty przy biurku” sprawiają dziwne wrażenie - szczególnie gdy gra orkiestra kameralna, która sama sprawia wrażenie lekko zszokowanej warunkami, w których się znalazła.

Równie ciekawie wyglądają zespoły, w których gra dziesięciu muzyków, wciśniętych między szafkę, biurko i półkę Boba.

Ale przede wszystkim są to strasznie dobre krótkie koncerty, a ich improwizowany, nieformalny charakter tylko nadaje im uroku.

Słuchając tych koncertów pomyślałem sobie, że skończyły się wymówki: że brakuje nam ekipy wideo z trzema kamerami, studia nagraniowego lub fotograficznego, czy innego profesjonalnego sprzętu lub zaplecza. NPR pokazuje, że można zrobić “koncert” w dowolnych warunkach - “garażowe” warunki są więc dziś wystarczające nie tylko dla pracy na zapleczu -  tworzenia muzyki (czy oprogramowania) - ale też do jej wykonywania.

Drugim przykładem (można ich pewnie znaleźć wiele), jest tymczasowe studio projektowe stworzone w Nowym Jorku przez twórcę bloga architektonicznego BLDGBLOG - który zaangażował kilkanaście osób w efemeryczny projekt badawczo-designerski na temat “krajobrazów kwarantanny”.

a design studio without any official institutional affiliation can manage to set itself up, using equipment as simple as cheap wine, PDFs, and Post-It notes, inside already existing spaces around the city.

Oczywiście internet tu niczego właściwie nie zmienia. Zawsze można było zorganizować nieformalny koncert (ruch DIY od zawsze organizował koncerty w prywatnych mieszkaniach) lub zorganizować seminarium naukowe.

Różnica, którą powoduje internet to po pierwsze możliwość skutecznej promocji i dystrybucji wyników swoich “garażowych” działań. Ale nie to jest najważniejsze - myślę, że internet powoduje zmianę mentalną: pokazuje, że rzeczy amatorskie nie musza być skromne i “amatorskie” - mogą być udane, popularne na niemal masową skalę, i “profesjonalne”.

Myśląc o tych sprawach trafiłem na najnowszy tekst Doctorowa dla Locus Magazine. Jak to często z Doctorowem bywa, udało mu się trafić w sedno:

The interesting bit isn’t what it costs to replicate some big, pre-Internet business or project.
The interesting bit is what it costs to do something half as well as some big, pre-Internet business or project.

Doctorow pisze, że sieciowe, “garażowe” produkcje są “good enough”. Jego argument dobrze widać na przykładzie prasy - pytanie nie brzmi, jak zastąpić pracę. Istotny jest fakt, że niewiele tylko gorsze treści można dziś produkować za wielokrotnie niższe sumy.

This is the pattern: doing something x percent as well with less-than-x percent of the resources. A blog may be 10 percent as good at covering the local news as the old, local paper was, but it costs less than 1 percent of what that old local paper cost to put out.

Istotna przy tym nie jest tylko oszczędność. Mniejsze, prostsze, bardziej amatorskie (w dobrym sensie) projekty mogą sobie pozwolić na większą innowacyjność (lub jak kto woli, szaleństwo).

But lurking in those 80 percent replacements are an infinitude of ideas too weird and too funky and implausible to try at full price.

Te przykłady - malejącej liczby dostępnych nam wymówek przed byciem twórczym - dowodzą, że bariery techniczne zostały już praktycznie zlikwidowane. Niezbędne narzędzia są dostępne za darmo lub bardzo tanio - albo też można bez kłopotu się bez nich obyć. Problemem jest już tylko 1) czas i 2) entuzjazm.

Grafika: cienkamila, CC BY

Zwrot komputerowy?

2010/01/5, wtorek

Uniwersytet Swansea organizuje 9 marca warsztaty Computational Turn, będące jedną z pierwszych akademickich imprez poświęconych badaniom kultury i tak otwarcie posługujących się terminem “zwrotu komputerowego”.

Podczas warsztatów, o których więcej tutaj, wykłady wygłoszą N. Katherine Hayles i Lev Manovich. Wśród proponowanych uczestnikom lektur (zgłoszenia przyjmowane są do 10 lutego), znajdują się przede wszystkim teksty redefiniujące pojęcie sprawczości i przyznające je także podmiotom technicznym - począwszy od teorii aktora-sieci Latoura, po Friedricha Kittlera, posługującego się pojęciem “tzw. człowiek” (w jego optyce ludzie są przedłużeniem maszyn). Wydarzenie zapowiada się ekscytująco, ale przyznam, że i tak największe wrażenie wywarł na mnie sam tytuł. Czy rzeczywiście często uważane za ekscentryczne podejście do badań kultury, w którym wiedza informatyczna jest ważniejsza od znajomości tradycyjnych zagadnień humanistycznych, zasługuje na miano zwrotu? Oczywiście, sama dyskusja o zwrotach to rozmowa tyle o najważniejszych sporach humanistyki, co i pewnych intelektualnych modach, a po zwrocie performatywnym i wizualnym “mniejszych” zwrotów namnożyło się tyle, że łatwo się pogubić. Niemniej uważam, że tytuł warsztatów ma swoją wagę.

A w ogóle to zabawne (sam łapię się na tym, pracując nad raportem z projektu badawczego, o którym mam nadzieję wkrótce więcej na blogu), że coraz częściej jako po prostu wygodne narzędzia badawcze przyjmuje się koncepcje, które jeszcze kilka lat temu z miejsca dostałyby dyskredytującą łatkę “technodeterminizmu”. Ale jak pisze Latour w Reassembling the Social(cytat przydługi, ale akurat mam pod ręką):

Jeśli jesteś w stanie zachowując powagę utrzymywać, że potrafisz wbić gwóźdź zarówno młotkiem, jak i bez niego, zagotować wodę z czajnikiem, lub bez, przynieść zakupy w koszyku, jak i bez, chodzić po ulicy w ubraniu, ale i bez niego, przełączać kanały telewizyjne pilotem lub bez pilota, ograniczyć szybkość samochodu na progu zwalniającym, ale i bez niego, kontrolować stan zapasów z listą, ale i bez niej, prowadzić firmę bez księgowości lub z nią, i że są to dokładnie te same aktywności, a wprowadzenie tych prozaicznych narzędzi nie zmienia w ich realizacji “niczego istotnego”, to jesteś gotowy na przeprowadzkę do Odległej Krainy Tego, Co Społeczne i zniknięcie z tego padołu. Pozostałym członkom społeczeństwa użycie tych narzędzi sprawia różnicę, toteż są one, według naszej definicji, aktorami, lub - bardziej precyzyjnie - uczestnikami nabierających kształtu działań. Oczywiście nie oznacza to, że jako uczestnicy “determinują” te działania - że koszyk “powoduje” przyniesienie zakupów, albo że młotki “wymuszają” wbijanie gwoździ. Takie odwrócenie wektora wpływu byłoby po prostu sposobem przekształcenia obiektów w przyczyny, których efekty byłyby przekazywane poprzez ludzkie działania, ograniczone w tym wypadku do roli łańcucha pośredników. Oznacza to raczej, że może istnieć wiele metafizycznych odcieni pomiędzy pełną sprawczością i całkowitym nieistnieniem.

Zainteresowanym tematem polecam poświęconą software studies “Kulturę Popularną” sprzed kilkunastu miesięcy.

Czytamy więcej?

2009/12/30, środa

Temat budzi wiele emocji, więc pewnie nie wszystkich to przekona, niemniej - “amerykańscy naukowcy zmierzyli”, że czytamy więcej, niż przed epoką internetu. No dobrze, nie my, tylko Amerykanie.

Badacze z Global Information Industry Center przygotowali nowy raport How Much Information?”. Wynika z niego, że Amerykanie, którzy od pojawienia się telewizji czytali mniej, niż wcześniej, teraz zmieniają swoje nawyki czytelnicze: czytają aż trzy razy więcej, niż w roku 1980!

Tekst o raporcie przygotował magazyn “Wired” - możecie przeczytać go tutaj. Oczywiście raport, koncentrujący się na liczbie przyswajanych przez nas słów (wyliczanych na podstawie czasu poświęcanego na czytanie) nie opisuje tego, co najtrudniejsze do zmierzenia: jak czytamy. Ale to już pewnie zadanie dla etnografii… Można się też zapewne czepiać metodologii. Ale przyznacie, że ten wykres wygląda bardzo efektownie.

Branża gier - dość nieoczekiwany rok

2009/12/29, wtorek

To nie będzie tekst o tym, ile miliardów zarobili producenci gier, lecz o pewnym zaskakującym trendzie, który się w tej branży ostatnio objawił.

Przymierzałem się do tego tematu już od dawna, zmobilizował mnie wreszcie ciekawy post na Mediafun. Chodzi o to, że ten rok w dużej mierze obnażył jednostronność dyskusji prowadzonej przez ludzi badających gry (sam też mam co nieco na sumieniu) - spojrzenie od strony, nazwijmy to, “hardcore/high-end”. Czyli: ciekawe gry to takie, które wyznaczają nowe trendy, poszerzają granice medium, a przy okazji mają kilkadziesiąt milionów dolarów budżetu i “fotorealistyczną” (słowo nadużywane od czasów Amigi) grafikę. W tym duchu pisała większość autorów zabierająca głos w growej dyskusji Dziennika. Ten rok był jednak bardzo “casual/low-end”.

Teraz pomieszam kilka wątków, bo gry na konsolę Wii to wciąż zupełnie inna półka, niż gierki na Facebooku, ale jak dla mnie skleja się to w pewną prawidłowość:

- Wii, najmniej zaawansowana technologicznie z obecnej na rynku trójki konsol stacjonarnych, wciąż sprzedaje się lepiej, niż PS3 i Xbox 360. Fakt, dla hardcore’owych graczy dziecko Nintendo nie ma, poza ekstrawagancjami w rodzaju “No More Heroes”, wiele do zaoferowania. Ale decydujący głos należy teraz do graczy niedzielnych, wydających krocie na kolejne odsłony “Guitar Hero”;

- iPhone - telefon Apple namieszał na rynku przenośnych konsol, podobnie jak Wii pokazując, że prostota dla wielu osób może być plusem (kolejnym są pewnie niskie ceny gier i brak konieczności zakupu dedykowanego grom urządzenia);

- niespodzianka największa - proste gry dla serwisów społecznościowych, jak “FarmVille”, w którą gra obecnie ponad 70 mln. osób miesięcznie. Tych liczb nie da się już lekceważyć. Zmiana sytuacji w branży jest na tyle drastyczna, że John Ricitello, szef Electronic Arts, największego na świecie wydawcy gier, powiedział niedawno, że rynek gier jest dziś połączeniem dwóch sektorów - sprzedaży detalicznej i treści oferowanych przez serwisy społecznościowe, jako treści do pobrania z sieci, oferowane w ramach mikrotransakcji itp. Nieoczekiwanie na rynku gier stało się to, co wcześniej w branży muzycznej - choć trzeba przyznać, że nastroje bossów są mniej apokaliptyczne (jak zażartował Ricitello “Choć nie ma już Tower Records, moje dzieci wciąż słuchają muzyki”). Pewnie jednak jeszcze nie raz usłyszymy narzekania, że postępująca “casualizacja” gier sprawi, że nie powstanie wiele arcydzieł, które mogłyby powstać w innej sytuacji. Wydaje mi się jednak, że równie dobrze może być dokładnie odwrotnie… Dla zainteresowanych: ciekawy tekst o grach dla serwisów społecznościowych opublikowało niedawno USA Today.

A dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że to zawsze zabawne, gdy badacze akademiccy i eksperci od rynku dostają policzek od rzeczywistości. Po drugie - bo nie ukrywam, że irytuje mnie dominujący wśród krytyki growej ironiczny stosunek do produkcji “dla każdego”. Po trzecie - i tu wracamy do inspiracji z Mediafun - jest to spora szansa dla polskich firm. Biorąc pod uwagę zadyszkę CD Projektu, mamy w Polsce teraz pewnie ze dwa studia, które są w stanie wyprodukować grę na poziomie zbliżonym do światowej pierwszej ligi. Żeby dobrze zarobić, nie trzeba jednak grać w ekstraklasie. Jak powiedział mi kiedyś na ojciec kolegi (o ile można mówić o kolegach w wypadku niemowlaków) mojego syna, snując wizje piłkarskiej kariery malca: “Nie chcę, żeby grał w reprezentacji, tylko w niemieckiej III lidze. Wymagania mniejsze, a na wygodne życie starczy”.

Lost Films - pomóż zaginionym filmom

2009/12/28, poniedziałek

Genialna inicjatywa berlińskiej Kinemateki, która umknęła mi wcześniej: serwis Lost Films, który pomaga w wypełnianiu białych plam historii kina.

Historycy szacują, że zaginęło około 80% filmów niemych, oraz znaczna część kina dźwiękowego do lat 50-tych. Rodzi to oczywiste problemy - badacze koncentrują się na tytułach, do których mają dostęp i tych, o których można zgromadzić stosunkowo bogate informacje. Historia kina pisana jest więc z perspektywy bardzo niekompletnej wiedzy. Lost Films to przedsięwzięcie, które ma tę wiedzę łatać, wykorzystując mechanizm Web 2.0. Na stronie inicjatywy możemy przeczytać: “Jej celem - realizowanym poprzez działanie jako platforma współpracy internautów, łączących swoją wiedzę i ocalałe dokumenty dotyczące Zagubionych Filmów - jest wydobycie na światło dzienne niewidocznej części historii filmu”.

Zamysł jest prosty: internauci po rejestracji mogą uzupełniać opisy poszczególnych rekordów, mogą też, jeśli dysponują niezidentyfikowanymi starymi filmami, umieszczać je na stronie. Projekt jest stopniowo rozwijany i od początku roku zanotował już kilka sukcesów. Do jednego z nich przyczyniła się Renata Wąsowska z Filmoteki Narodowej (będącej jednym z partnerów projektu), o czym pół roku temu informowała “Gazeta”.