<

K vs K, część 2., czyli jeszcze o napięciach

2010/09/1, środa

W swoim wpisie Alek wywołał dwa problemy - napięć między teorią i praktyką, ale też fantazji o rozwiązywaniu problemów społecznych poprzez świadomych projektantów. Zacznę od drugiego.

Wg Alka działanie krytyczne ma być konstruktywną odpowiedzią na krytykę opartą na dekonstrukcji. Niestety, sam po dekonstrukcji nie wygląda już zbyt dobrze. Sprawa nie jest nowa - mnie kojarzy się przede wszystkim ze sporem Bakunina z Marksem, ale pewnie można znaleźć i starsze analogie. W skrócie: przywoływany projekt “H Design” wpisuje się w marzenia intelektualistów, by pomagać biednym. Choć intencje są szlachetne, na efekty można patrzeć różnie - krytykę takich działań jako “nowego imperializmu” przeprowadził w lipcu Bruce Nussbaum, wywołując w sieci prawdziwą burzę (linki do tekstu i odpowiedzi znajdziecie tutaj). To prowadzi nas do problemu nr 1 - o którym też pisał Alek. Otóż zawsze znajdzie się ktoś, kto ustawi się jeszcze bardziej na lewo i stwierdzi, że konkretne działanie nie ma charakteru emancypacyjnego, lecz jest pułapką zastawioną przez przewrotny kapitalizm, który wciska nam naiwnym wolnościowy kit. Humanitarne przedsięwzięcie okazuje się przynosić więcej szkody, niż pożytku.

Na tej samej zasadzie działa rozwijająca się niezbyt prężnie - tu trudno nie zgodzić się z żalem Lovinka - krytyka wolnej kultury. Z jej perspektywy Open Source, choć bije w interesy producentów oprogramowania, w rzeczywistości wysługuje się sprzętowcom (darmowy software stymuluje popyt). Creative Commons próbuje okiełznać wywrotową energię prze-twórców i skierować ją na legalistyczne tory, przy okazji dbając o to, by darmowy dostęp czy możliwość remiksu stanowiły przede wszystkim reklamę wersji oryginalnej i komercyjnej. Takie idee produkują przede wszystkim (jasne, upraszczam) Holendrzy (wspomniany przez Alka Lovink jest tu postacią ikoniczną) oraz Włosi, a dokładniej czerpiący z tradycji Autonomia Operaia intelektualni spadkobiercy Negriego i Lazzarato (m.in. Terranova czy Pasquinelli). Obiektem ataku są najczęściej autorzy amerykańscy (np. Jenkins), krytykowani za współpracę z korporacjami i budowanie romantycznych wizji nowego medialnego porządku. I oczywiście na jakimś poziomie ja się z nimi wszystkimi zgadzam - nowe media zawsze były średnioklasową fantazją, w której dziwnym trafem te “właściwe” użycia środków przekazu były tymi, na które mogą sobie pozwolić ludzie dysponujący wiedzą, pieniędzmi i wolnym czasem. Problem w tym, że taka krytyka w pewnym momencie podkopuje wszystkie działania wykraczające poza ekstremalne, ale też i ekstremalnie niszowe przedsięwzięcia artystyczne (które zresztą też zazwyczaj wymagają - i to zarówno po stronie artysty, jak i publiczności - określonych kompetencji i wolnego czasu, czasem też pieniędzy). Czy więc warto stawiać na działania niszowe, albo - bojąc się niejednoznacznego uwikłania - nie robić nic?

Osobiście mam tu problem z pogodzeniem teorii z praktyką - to, co najciekawsze intelektualnie, nie bardzo daje się przełożyć na konkretne działania. Z drugiej strony to one wydają mi się szalenie ekscytujące - czego dobrym przykładem był MediaLab Chrzelice, o którym wciąż nie udało nam się tutaj niczego napisać, ale który przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania większości uczestników, a moje na pewno (kiedy pojawią się jakieś post-medialabowe materiały, na pewno je tutaj podlinkujemy). Tę ambiwalencję dobrze ilustruje inny medialabowy “kejs” - Kitchen Budapest, który utrzymywany jest przez wielki telekom i który za te pieniądze częściej niż innowacyjno-użyteczne robi rzeczy szalone i niezwykłe. Podczas warszawskiej prezentacji KiBu, członek medialabu był atakowany za “wysługiwanie się kapitalistom”. Ale czy takie działania można finansować w jakikolwiek inny sposób, czy skala nakładów i dziwaczności działań są do przełknięcia np. dla urzędników państwowych? Nie sądzę. Dlatego cieszę się, że takie działania mają miejsce. Na pytanie kto kogo wykorzystuje każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wydaje mi się jednak, że każda zero-jedynkowa odpowiedź będzie uproszczeniem. Jak kiedyś napisał Matthew Fuller (zdecydowanie po stronie Lovinka), przestrzeń mediów to kaskada pasożytów. Fajnie pisze o tym choćby Mirko Schafer, próbujący znaleźć jakiś kompromis pomiędzy skrajnymi stanowiskami. Chyba więc jesteśmy skazani na konstrukcyjno-dekonstrukcyjną huśtawkę - równowaga nie wydaje mi się możliwa do osiągnięcia.

A na koniec jeszcze o edukacji medialnej, o której wspomniał Alek - i która też nie jest odporna na krytykę w rodzaju “chcemy, żeby wszyscy korzystali z mediów tak, jak my”. Niedawno wpadła mi w ręce (dzięki, Mateusz) książka “Shop Class as Soul Craft” Matthew B. Crawforda, która jest przesycona tęsknotą za czasami, kiedy ludzie wiedzieli, jak działają urządzenia, z których korzystają, i potrafili je naprawiać. Choć to bardzo anty-elektroniczne (bo erę domowego majsterkowania w dużej mierze pogrzebała właśnie tania elektronika), to równocześnie bardzo w duchu “makers”. Może więc zamiast wałkować temat edukacji medialnej albo designu, powinniśmy domagać się większej ilości zajęć technicznych, choćby w ich najbardziej tradycyjnym wcieleniu? Tak, wiem, też nie sądziłem, że kiedyś coś takiego napiszę.

Krytyka kontra konstrukcja

2010/08/31, wtorek

New York Times opublikował artykuł o projekcie H Design, który wykorzystuje wzornictwo jako narzędzie rozwiązywania problemów społecznych - wierząc, że metody wzięte ze świata designu, przeniesione do edukacji, dają szansę wykluczonej młodzieży.

Project H Design connects the power of design to the people who need it most, and the places where it can make a real and lasting difference.

We believe design can change the world.

Artykuł opisuje działania członków projektu w biednej społeczności wiejskiej w Północnej Karolinie. Tam, w jednej ze szkół, uczniowie w ramach zajęć z designu projektują plansze do lokalnej gry cornhole, potem kurniki, a na koniec lokalny targ.

Pewnie najpierw musimy sobie poradzić z edukacją medialną, ale w szkołach przydałyby się również lekcje designu - które kojarzą mi się z ZPT w wersji 2.0, i wydają się dobrym połączeniem elementów twórczych i inżynieryjnych

*

Temat designu pojawił się podczas panelu Practice to Policy 2010: Barriers to Transformation, zorganizowanym przez holenderską organizację Virtueel Platform w ramach zjazdu ISEA 2010 w Zagłębiu Ruhry (w którym miałem przyjemność uczestniczyć jako panelista).

W trakcie panelu Geert Lovink opowiadał o kryzysie myśli krytycznej, zastanawiając się, czy polityka kulturowa takiej myśli potrzebuje, i czy może jakoś wesprzeć jej trwanie. Lovink, który sam należy do czołowych krytycznych teoretyków nowych mediów, opowiadał o tym, że studenci nie chcą dziś studiować teorii społecznej, która pozwoliłaby im wypracować takie krytyczne spojrzenie. Widać też, że wśród myślicieli zajmujących się nowymi mediami mało jest tych umiejących mądrze krytykować (szybko dochodzimy do Andrew Keena) - a wielcy myśliciele krytyczni nie radzą sobie z analizą nowych mediów (choćby Žižek, który zatrzymał się na poziomie filmu).

Wydaje mi się, że ta sytuacja po części wynika z istnienia dziś innych sposobów “krytycznego” ustosunkowania się do rzeczywistości, niż myślenie krytyczne i związane z tym pisanie długich tekstów teoretycznych. Może współcześni krytycy wyrażają się kodem lub urządzeniami? W takiej sytuacji myśl krytyczną może zastąpić myślenie designerskie - ślady takiego podejścia widać np. u Kazysa Varnelisa, który w teorię społeczną wplata dużo namysłu architektonicznego. Które osobiście wolę od tradycyjnej myśli krytycznej. Bowiem gdy ta druga skupia się na krytyce - kiedyś powiedzielibyśmy dekonstrukcji - to design krytykuje przez konstrukcje.

Nauki społeczne przestają być ubogimi krewnymi “twardych” nauk

2010/08/25, środa

Poniższy wpis jest wpisem gościnnym, autorstwa prof. Kazimierza Krzysztofka oraz Andrzeja Lemańskiego.

*

“Social Networks. The Great Tipping Point Test” to tytuł artykułu Marka Buchanana, który ukazał się w najnowszym NewScientist. Autor, fizyk i  pisarz s-f,pokusił się o analizę aktualnych osiągnięć nauk społecznych. W tym celu przywołał kilka znaczących eksperymentów, między innymi ? czołowego przedstawiciela nowej nauki sieci, Alberta-Lászl? Barábasi’ego oraz Duncana Wattsa i Matthew Salganika. Badania te były możliwe dzięki zastosowaniu najnowszych osiągnięć technologii sieciowych (np. tracking), które umożliwiają w czasie rzeczywistym śledzenie działań obiektów (czytaj ludzi) omawianych badań.

Wszyscy wiemy, że zostawiamy za sobą miliony elektronicznych śladów wtłaczanych i gromadzonych gdzieś w czeluściach setek tysięcy serwerowni na całym świecie. Wpisy na blogach i forach, twiterze, komentarze pod artykułami, zakupy w sklepach internetowych, upload zdjęć, udział w portalach społecznościowych to tylko ułamek z pozostawianych przez nas cyfrowych odcisków palców.

Treść to nie wszystko. Nie mniej istotne czynniki to: częstotliwość używania poszczególnych mediów, ilość posiadanych znajomych - gęstość siatki interakcyjnej i systematyczność używania jej oraz co pewnie wielu się nie spodoba ? zmiany naszej lokalizacji ustalane dzięki telefonom komórkowym. Świadomość gromadzenia przez ?operatorów? tego typu danych powszednieje. Ale czy zastanawialiśmy się, co będzie, gdy ktoś z tych danych wyprowadzi uniwersalne wzory na ludzkie zachowania? Watts i Salganik zmęczeni niemożnością przetestowania rosnącej liczby teorii socjologicznych stwierdzili, że najwyższa pora to zmienić, a technologia, która to umożliwia jest w zasięgu ręki (patrz wyżej). Stworzyli więc projekt www o nazwie Music Lab, który pokazał jak duży wpływ na nasze wybory mają inni ludzie. Wystarczyło grupie stosunkowo niezależnie oceniającej muzykę podsunąć sztucznie skonstruowane oceny, aby znacząco zmienić ich wynik. Niby nic niezwykłego, ale postać rzeczy zmienia fakt, że w eksperymencie wzięło udział ponad 14.000 osób! Badacze zaś zamiast użyć klasycznej nazwy grup badawczych woleli poszczególne elementy próby nazwać światami społecznymi. Z kolei Barábasi woli badać zachowania korzystając z danych pozatreściowych - takich jak współrzędne telefonu komórkowego. Można się pokusić o nowe rozumienie podział nauk społecznych na jakościowe i ilościowe. Pojęcie eksploracji jakościowych odnosiłoby się do badań zawartości, jaki tworzą badani z pomocą nowych mediów (tak jak to robi Watts), zaś pojęcie badań ilościowych odnosiłoby się do przetwarzania wszystkich innych danych generowanych przez infrastrukturę (tak jak to robi).

Buńczuczne zapowiedzi Barábasi’ego

Nauki społeczne rozwijały badania empiryczne, ilościowe i jakościowe, gromadziły dane o ludzkich zachowaniach i interakcjach, aby weryfikować swe teorie, ale dochodziły do ustaleń raczej pewnych wzorców niż praw. Era cyfrowa to zmienia - ludzie nie przestają być ludźmi, ale zostawiają ocean danych o sobie ? ich ruchliwości, ale także świadomości.

Barábasi ma nadzieje odkryć ścisłe, matematyczne prawa opisujące ludzkie zachowania, które można użyć do prognozowania ludzkiego behawioru. Socjolodzy ?polowali? na te prawa przez całe dekady, ale dalekosiężne implikacje ich teorii były faktycznie niemożliwe do zweryfikowania; technologie ścisłego pomiaru po prostu nie istniały. Teraz się to zmienia. Milionów ludzi nie da się umieścić w laboratorium, ale ślady przez nich pozostawione, w tym ślady świadomości, można już badać laboratoryjnie.

Zapewnienia Barabasi?ego, że nowa nauka sieci odkrywa prawa matematyczne rządzące ludzkim behawiorem i interakcjami społecznymi brzmią nieco buńczucznie. Może bowiem chodzić tylko o  pewien wzorzec, który nie ma mocy uniwersalnego prawa, pozwala na rezultaty w przybliżeniu (weryfikuje się w ok. 90%).

Nasuwa się tu pewien komentarz do tych badań: analityka jest przydatna przy natłoku danych, a ich masa będzie przyrastać jak rafa koralowa, ale o wiele szybciej, takie są bowiem prawa redundancji. Jeśli wybieramy jedno z trzech dóbr, czy usług, to wybór jest racjonalny, nasze zachowania w małej grupie też, jeśli zaś tych dóbr jest 48 (filmów), a nie jest to szokująco wielka liczba, to mamy problem, dlatego zdajemy się na wpływ grupy. Kiedyś doradzali nam eksperci, ale ich zalew danych także przerasta, o czym świadczą choćby turbulencje na rynkach finansowych, z którymi sobie nie radzą.

Jeszcze bardziej precyzyjne rozeznanie w trendach informujących o popularności danego przedsięwzięcia - pozostańmy przy przykładzie filmu - może dać maszyna wirtualna, rodzaj wieloagentowej gry kreującej sztuczne rynki, zwane predyktywnymi albo prognostycznymi, powstającymi na wzór giełdy papierów wartościowych. Najbardziej znany jest Hollywood Stock Exchange (hsx.com), na którym handluje się za wirtualne pieniądze wirtualnymi rekwizytami, albo udziałami w tych rekwizytach (mogą to być udziały w reżyserach czy  aktorach-celebrytach grających w danym filmie), odnoszących się do konkretnych filmów już wyprodukowanych, albo dopiero w produkcji. Dzięki agregacji danych dotyczących wartości tych udziałów bardzo szybko wiadomo, który film osiągnie sukces kasowy. W ten sposób trafnie przewidziano, że 32 filmy zostaną nominowane do Oskara (na 39) a 7 z 8 - do głównych nagród.

Te predykcje są bardziej trafne, niż dokonane przez ekspertów. James Surowiecki w swej znanej książce “Wisdom of crowds” powiada, że skuteczność tych prognoz to efekt kolektywnej mądrości tłumu. Mamy w tej kwestii inne zdanie: prognozy są trafione nie dlatego, że tłum jest mądry (smart mob, jak go nazywa Howard Rheingold), a dlatego, że większość ma takie, a nie inne upodobania i preferencje, które składają się na ów tipping point.

Buchanan, Mark (2010). Social Networks. The Great Tipping Point Test, ?New Scientist?, Issue 2770,
26 lipca 2010.

W stronę większego zrozumienia

2010/08/10, wtorek

Podoba mi się felieton Olgi Walendziak, który znalazłem na stronie Gazety Wyborczej.

Młodzi polscy genetycy zajmują czołowe miejsce w prestiżowym konkursie na MIT, ale w mediach widzę tylko polityków zainteresowanych genetycznym… patriotyzmem. Prawa autorskie? Polityka innowacji? Granty dla młodych naukowców? Ogólnodostępne przedszkola?

Dobrze przeczytać coś, co nie dotyczy obecnego “momentu szaleństwa” (Aristide Zolberg tak nazwał wydarzenia polityczne, które przełamują przyjęte definicje normalności, w których dużo więcej  wydaje się nagle możliwe, i którym towarzyszy “potok słów”. Dla Zolberga klasycznym przykładem takiego momentu było obalenie Bastylii - mam wrażenie że dziś, zachowując wszelkie proporcje, też mamy do czynienia z takim momentem).

Walendziak przypomina, że są obszary, w przypadku których nie można się takiego momentu spodziewać - kwestie eksperckie i techniczne stają się przedmiotem gwałtownej debaty publicznej tylko w sytuacji paniki (jak to miało miejsce z AH1N1, SARS, itd.) - i zawsze wymagają skomplikowanego przekładania trudnych zagadnień na uproszczony język debaty. Rzetelna dyskusja na te tematy wymaga sporego wysiłku i przygotowania, które uniemożliwiają “potok słów”.

Internet miał być przestrzenią służącej debacie, o której marzy Walendziak. Popularna w pewnym momencie definicja blogosfery Williama Quicka opisywała sieć blogów jako schronienie Logosu:

I PROPOSE A NAME for the intellectual cyberspace we bloggers occupy: the Blogosphere. Simple enough; the root word is logos

Zawsze wydawało mi się to naciągane - Polska blogosfera jest tego dokładnym przeciwieństwem, blogów eksperckich jest jak na lekarstwo, a przynajmniej nie przebijają się one jako głosy w debacie publicznej.

Oczywiście Sieć w teorii redukuje koszty porozumienia się razem tej niewielkiej grupy, którą interesują te same tematy, co Walendziak. Ale trudno wyobrazić sobie, niestety, forum blogowego służące relatywnie niepolitycznej debacie o sprawach ważnych. Choć warto by było spróbować.

*

Olga Walendziak pisze, że nie rozumie trwającej debaty publicznej - zaś TVP Info nie rozumie sieciowych modeli koordynacji działań. Oglądałem wczoraj relację tej stacji z wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim i zaskoczyła mnie próba wciśnięcia w tradycyjny język opisu manifestacji politycznych skoordynowanego w dużej mierze przez Facebook, a zorganizowanego najprawdopodobniej przez jedną osobę, zgromadzenia. I tak na pasku pojawiła się informacja, że pod Pałacem zebrali się internauci - co było dość absurdalną próbą znalezienia wspólnego mianownika tam, gdzie ich nie ma. Albo raczej jest nim efemeryczna grupa na Facebooku, przynależność do której wymagało jednego kliknięcia. Rozmawiając z organizatorem dziennikarz pytał, kim jesteście - na co ten rezolutnie odpowiedział, za bardzo nie wiem, bo się nie znamy, skrzyknęliśmy się po prostu na Facebooku.

Wczorajsze zgromadzenie było zjawiskiem zachodzącym w świecie rzeczywistym, ale o wszystkich cechach zjawiska sieciowego: różnorodnego, zdecentralizowanego, złożonego z wielu odmiennych od siebie nisz - które nawet nie próbowały wypracować jakiegoś wspólnego planu, strategii, stanowiska.

Pokazywało też limity sieciowej koordynacji - Facebook ułatwił conajmniej tysiącu osób zebranie się w jednym miejscu, niemal z dnia na dzień. Ale nie dał żadnego mechanizmu wypracowania wspólnych działań grupowych.

Nowe instytucje, zaskakujące sojusze

2010/07/26, poniedziałek

Ostatnio z Alkiem coraz bardziej wkręcamy się w temat przemian starych instytucji kultury i rozwój nowych. Jak mają wyglądać te procesy? Dziś dwa przykłady.

Wydaje się, że jedną z podstawowych kwestii jest otwartość - w tym otwartość na udział użytkowników i nieoczywiste sojusze. Przestrzeń usieciowionej kultury wymyka się bowiem prostym opozycjom, jak profesjonalne-amatorskie, państwowe-prywatne, legalne-nielegalne. Gdy PirateBay uruchamia stronę poświęconą Bergmanowi, to jest to równocześnie serwis piracki, ale i strona działająca na zasadzie bliskiej misji oficjalnych instytucji. Kiedy Microsoft projektuje oprogramowanie do obsługi multimediów swojej konsoli, korzystając z nielegalnego oprogramowania dla jej poprzednika, to “amatorzy” i “przestępcy” wspierają innowacyjność i przyszłe zyski wielkiej korporacji. I tak dalej.

Ciekawym przykładem połączenia tych perspektyw przez instytucję państwową jest holenderska telewizja publiczna NPO. Przed miesiącem NPO do rozpowszechniania swoich programów w sieci zaczęło używać BitTorrenta. Stacja chce w ten sposób zwiększyć dostęp do swoich programów i równocześnie obniżyć własne koszty techniczne (w podobny sposób swój ostatni film zaczęli niedawno dystrybuować Yes Meni). Mała rzecz, a cieszy.

“Skoro nie możesz ich pokonać, dołącz do nich” - takie słowa padają z kolei w tekście w “NY Timesie” poświęconym akcji, jaką British Museum zorganizowała dla Wikipedystów. Wikipedyści zostali zaproszeni “za kulisy” muzeum, kuratorzy przekazywali im swoją wiedzę. Pracownicy BM doszli po prostu do wniosku, że skoro informacje o zbiorach internauci pozyskują głównie z Wikipedii, to warto zadbać o ich poziom, a nie złościć się, że ludzie nie wchodzą na stronę instytucji.

Oczywiście te przykłady nie są szczególnie spektakularne - zwłaszcza ten pierwszy, który nie dotyczy oddolnego tworzenia, a spraw wydawałoby się bardziej banalnych. Jestem jednak przekonany, że o ile grupa twórców dzięki nowym technologiom znacząco się poszerzyła, to wciąż jest to relatywnie niewielka część populacji. Mniej spektakularna, ale równie silnie oddziałująca na kulturę, jest zmiana dotycząca przejęcia takich funkcji jak katalogowanie, rekomendowanie czy redystrybucja przez “zwykłych” użytkowników. Ludzi, którzy często robią te wszystkie rzeczy “mimochodem” - np. udostępniają pliki tylko dlatego, że sami je ściągają, nie odwołując się do żadnego etosu. Sumarycznie jednak te prozaiczne działania mają sporą siłę. Tym bardziej cieszy, że państwowe instytucje zaczynają je dostrzegać. Bo jeśli celem jest dobro wspólne, a nie interesy poszczególnych grup, to dlaczego nie?

A na ile “u nas”? Chyba i tego się doczekamy. Byliśmy w ubiegłym tygodniu na warsztatach organizowanych przez Narodowe Centrum Kultury i trudno było się oprzeć wrażeniu, że poruszane tu przez nas tematy nie są już postrzegane jako tak marginalne, jak jeszcze 2-3 lata temu. Również w wypowiedziach Ministra Kultury można zauważyć, że coś się zmienia.

Na koniec za to link “od czapy” - po prostu nie mogłem się powstrzymać: wiedzieliście, że grupy “gold farmerów” z gier sieciowych działają na tych samych zasadach, co siatki dilerów narkotyków? :-)

Darmowe komputery przeszkadzają w nauce

2010/07/12, poniedziałek

“NY Times” publikuje ostatnio konsekwentnie teksty, które wskazują na te mniej pozytywne aspekty korzystania z mediów cyfrowych - po słynnym już artykule o multitaskingu, przyszedł czas na komputery w edukacji i tekst o wiele mówiącym tytule “Computers at Home: Educational Hope vs. Teenage Reality”.

To kolejna historia o komputerze, który miał być “Wielkim Wyrównywaczem Szans”, a dla młodych ludzi o niskim kapitale kulturowym jest raczej “Wielkim Pochłaniaczem Czasu, Który Można By Wykorzystać Lepiej”. Tekst przedstawia dwa projekty badawcze, które pokazują, że komputery mogą edukacji nastolatków nie tylko nie przynieść korzyści, ale wręcz szkody.

Pierwszym projektem jest badanie Ofera Malamuda, ekonomisty z University of Chicago, który przeanalizował postępy w szkole młodych Rumunów, którzy otrzymali komputery w ramach programu rządowego. Jak się okazuje, z wyjątkiem dość oczywistego rozwoju umiejętności obsługi komputera, darmowy sprzęt przyniósł edukacyjne straty - pogorszenie się ocen. Rumuńskie nastolatki z badania Malamuda przede wszystkim grają. Drugi opisywany przypadek to Badanie naukowców z Duke University, przeprowadzone na nastolatkach w USA. Dało podobne wyniki - na plusie rozwój kompetencji obsługi komputera, na minusie - w wypadku biedniejszych rodzin pogorszenie się wyników w nauce. Nie ma samodzielnego uczenia się - jeśli komputer jest impulsem do jakichś nowych aktywności, to przede wszystkim rozrywkowych, nie edukacyjnych.

To wszystko nie napawa optymizmem, także w kontekście debaty o edukacji medialnej - bo w świetle takich historii jak powyższe można spodziewać się, że kompetencje korzystania z mediów niektórzy i tak wyniosą z (”dobrego”) domu, a inni (ci z domów “gorszych”) nie nauczą się ich nawet w szkole. Problemem jest więc raczej niwelowanie w szkole różnic klasowych, a nie to, czy MEN wprowadzi do programu taki czy inny przedmiot.

Oczywiście niewiele tu nowego - w podobnym duchu pisałem już tutaj wiele razy (choćby tu i tu). Wydaje mi się jednak, że skoro w debacie politycznej, ale też i projektach organizacji pozarządowych wciąż powracają populistyczne argumenty o rozdawaniu sprzętu, warto do takich tematów wracać i przekłuwać balony pomysłów, którym teoretycznie trudno nie przyklasnąć. Ja nie klaszczę.

Jak dojrzeć Internety

2010/07/12, poniedziałek

Trafiłem na ciekawy tekst w Washington Monthly pt. The Agnostic Cartographer - na temat map Google i wyzwań z nim związanych. Najciekawsze z nich wynikają z faktu, że Google nie pokazuje światu jednej mapy - posiada kilkadziesiąt jej wersji, dostosowanych do lokalnych wymogów. To, co dla większości internautów jest hinduską prowincją Arunachal Pradesh, na terenie Chin jest Tybetem Południowym. I tak dalej.

Artykuł skupia się na potencjalnych konfliktach geopolitycznych i nowej roli Google jako mapowego “supermocarstwa”. Mnie interesuje co innego - przykład map Google to tylko jeden z wielu dowodów balkanizacji internetu. Innym jest napis “ta treść jest niedostępna na terenie państwa, w którym się znajdujesz”, wyskakująca na serwisach takich jak Hulu. Jeszcze innym jest niedostępność w Polsce takich serwisów jak iTunes - które w innych krajach są już podstawową infrastrukturą kulturową. Co prowadzi do paradoksalnej sytuacji, że wielu Polaków zna sklep iTunes, nie widziawszy go na oczy.

W badaniu Młodzi i media pojawia się wątek internetów i współdzielonych lokalnych lub nawet prywatnych internetów - określonych zestawów stron i serwisów, które dla danej grupy osób stanowią znaczącą część internetu, który znają. Pytanie, jak dać im wiedzę o innych internetach - unikając podziału na zamknięte, homogeniczne społeczności?

Dobrym przykładem jest rozwiązanie z Wikipedii, gdzie różne punkty widzenia, odpowiadające artykułom opracowanym przez narodowe lub etniczne grupy użytkowników, są przynajmniej ze sobą linkowane (choć nieznajomość języka pewnie utrudnia zazwyczaj poznanie odmiennych poglądów).

A podstawowy problem polega na tym, że przy natłoku informacji utrudniającym posiadanie jednego rozsądnego punktu widzenia trudno znaleźć czas, na poznawanie innych spojrzeń na świat.

Lepsze życie dzięki technologiom cyfrowym

2010/07/8, czwartek

Uczestniczyłem niedawno w rozmowie o nadmiarze technologii cyfrowych i sposobie, w jaki go wykorzystujemy - i będziemy wykorzystywać. W jej trakcie podałem przykład oddolnej parady i święta mojej ulicy, które niedawno pomagałem organizować. Organizatorzy święta - dobrze wykształceni, raczej młodzi mieszkańcy Warszawy (a więc z “targetu” teoretycznie będącego w awangardzie użytkowników) - bez przekonania i nieco niechętnie wykorzystywali we wspólnym działaniu nowe technologie. Maile na listę dyskusyjną pozostawały nieprzeczytane, mieliśmy trochę kłopotów z redagowaniem strony, grupę na Facebooku zrobiliśmy w ostatniej chwili i średnio się przydała. Nie mówiąc już o tym, że nie mieliśmy wspólnego iCal-owego kalendarza, nie ustalaliśmy terminów spotkań przez Doodle i nie mamy, już po święcie, własnego serwisu społecznego na Ning - ani nawet listy adresów mailowyc do zainteresowanych osób, do wykorzystania w przyszłym roku.

I ten fakt dał mi do myślenia - bo to ja byłem osobą, która próbowała przepychać niektóre nowinki technologiczne. I choć jestem przekonany, że zwiększyłyby one naszą efektywność, to po ostatniej rozmowie zdałem sobie sprawę, że to nieefektywność jest być może bardziej wskazana.

Technologie, w miarę jak się popularyzują, przelewają się przez społeczeństwo - zaczynając od awangardy early userów, a potem kolejno penetrując dalsze, coraz bardziej oporne grupy. W miarę tego procesu zmienia się sposób korzystania - nikt nie robi tego tak dobrze, tak ambitnie jak awangarda. Pytanie więc, jaki poziom wykorzystania różnych nowinek cyfrowych jest porządany - czy z czasem wszyscy mają robić to równie dobrze, jak pierwsi użytkownicy? I czy wszyscy mają korzystać z tych technologii równie intensywnie?

Myślenie o edukacji cyfrowej zmierza w tym kierunku - zakładając, że użytkownikom potrzebny jest wysoki poziom kompetencji, pozwalający rozsądnie i skutecznie korzystać z najróżniejszych narzędzi cyfrowych. A praktyka, którą mi zilustrowała przygoda ze świętem jest taka, że przeciętny użytkownik jest obiektywnie rzecz biorąc dość ułomny, a z technologii dających nam barokowe wręcz możliwości działania potrafi uszczknąć sobie tylko niewielką porcję funkcji.

Możliwe więc, że z czasem to awangarda powinna uczyć się od reszty użytkowników podejścia do nowych technologii. Bo ceną w gruncie rzeczy jest nasze człowieczeństwo - żyjąc de facto w swojej skrzynce emailowej, kalendarzu i liście to-do można się poczuć jak zalgorytmizowany robot.

Albo że istotne tak naprawdę nie są technologie, lecz modele działania i współdziałania, które umożliwiają - a które można wprowadzać w życie także w odcięciu od nich.

Do podobnych wniosków zmierza Nick Carr w ostatnim eseju dla “The Atlantic”, gdzie opisuje jak niezmiernie wygodna funkcja podpowiedzi w wyszukiwarce Google jednocześnie ogranicza naszą możliwość wyboru.

Możliwe też, że owa awangarda, owi tak zwani knowledge workers są skazani na symbiozę z technologiami, które są jedynym sposobem pozostania efektywnym wobec natłoku informacji, zdarzeń, zadań i współpracowników. Ale wtedy trzeba szukać jakiejś przeciwwagi - jest nią rosnące znaczenie pracy rąk ludzkich: majsterkowania, rzemiosła, robótek ręcznych, za które coraz cześciej chwytają internauci.

*

Wywiad z Paulem Kellerem z holenderskiego Creative Commons nt. prawa autorskiego / Wywiad z Douglasem Repetto z globalnego projektu Dorkbot, który jest niczym więcej jak motto, pod którym mogą podpisywać się ludzie “robiący dziwne rzeczy z elektrycznością” / William Gibson opowiada o pisaniu o przyszłości, tej przez duże P i małe p / Newcurator o byciu kuratorem: “selekcjonowanie treści nie czyni z filtra kuratora” / Rufus Pollock szacuje rozmiar brytyjskiej domeny publicznej przy krótszych okresach obowiązywania praw autorskich / “Remiksuj kulturę, podziel się twórczością!” - stowarzyszenie Kultura Miejska organizuje w Gdańsku od lipca cykl warsztatów remiksowych, kolejna medialabowa sprawa w najbliższym czasie / Open Street Map i okolice, polski blog o OSM

Skomentuj “Młodych i media”

2010/06/28, poniedziałek

Pod adresem http://www.mim.swps.pl uruchomiliśmy stronę, na której możecie podzielić się swoimi uwagami na temat raportu “Młodzi i media“.

Trwało to chwilę (tak, wiem, zapewne zbyt długą), ale wierzę, że na takie działania nigdy nie jest zbyt późno:

Zmiany, których próbą opisu i konceptualizacji są “Młodzi i media”, dotyczą również obszaru badania kultury. Dlatego uznaliśmy, że udostępniany od początku na wolnych licencjach raport powinien być otwarty nie tylko na poziomie dystrybucji. Wybierając taką formę publikacji liczymy na to, że ta strona stanie się miejscem dyskusji na temat kulturowego i społecznego znaczenia nowych technologii komunikowania.

Jeśli więc znajdziecie trochę czasu, czytaliście raport i zechcecie go skomentować, będziemy wdzięczni. Oczywiście przedsięwzięcie traktujemy też jako eksperyment - jesteśmy ciekawi, na ile skuteczne może być otwarcie tego typu opracowań na recenzje spoza obszaru akademickego. Jasne, sporo komentarzy znalazło się w sieci (także na tym blogu), chcemy jednak sprawdzić, czy uda się je jakoś uporządkować.

Hakując wszystko / warto działać ostrożnie

2010/06/20, niedziela

Marcin Wilkowski pisze w Historia i Media o projekcie Hacking the Academy, w ramach którego powstała zbiorowo napisana książka i zbiór tekstów opublikowanych online dotyczących wykorzystania technologii cyfrowych w środowisku akademickim. Jeden tydzień, 180 autorów, 329 wkładów, których część stanie się książką, a reszta zostanie opublikowana online.

Marcin zwraca uwagę na kontrowersyjny charakter użytego w nazwie projektu pojęcia “hacking” - odwołując się do krytyki tego projektu przez Elisabeth Losh - która zauważa, że “hacking” oznacza specyficzną formę reformy, opartą o wykorzystanie cyfrowych technologii. A te czasem mogą być drogą zbyt na skróty, która bardziej odpowiada na pewną modę niż rozwiązuje istniejące problemy środowisk akademickich.

To trochę jak z pojęciem open source, o którym właśnie pisałem - w tym wypadku podobnie łatwo zgubić sens pojęcia hacking, które jednak oznacza coś więcej, niż działanie z pomocą technologii cyfrowych. Chodzi raczej o spryt, który czasem może wręcz skłaniać do odstawienia ich na bok.

Marcin pisze:

Wydaje mi się, że największy potencjał działania na marginesie Akademii, hakowania jej tradycyjnych struktur, narzędzi i metod to nie perspektywa rewolucji, ale raczej pozytywistycznej ewolucji, oddziaływania na statyczną strukturę, wywoływania pozytywnych zmian bez kwestionowania jej podstaw.

Co moim zdaniem jest bardzo dobrym sformułowaniem podstawowej strategii nie tylko w sferze akademickiej - ale dla wszystkich działaczy na rzecz otwartości i wolnej kultury. Warto pamiętać, że to co dla nas, osób w cyfrowej awangardzie jest ewolucją, i tak okazuje się być rewolucyjne dla wszystkich dookoła. Wolna kultura jest ciągle niszą, nawet jeśli po latach osoby w nią zaangażowane czują się swojsko i komfortowo z jej postulatami.

Dlatego też idea hackowania, która zakłada “sprytną rewolucję systemu” może nie być modelem najlepszym, nawet jeśli jest to formuła dla nas samych atrakcyjna. Przypomina mi się  The Hacker Crackdown Bruce’a Sterlinga, w którym okazuje się, że najskuteczniejszą metodą jest “wetware hacking” - czyli hackowanie społeczne (tu warto przypomnieć też “Hakowanie człowieka” Nolana i Levesque, opublikowane w 2006 w Kulturze popularnej - gdyby jeszcze było dostępne w Sieci!).

Podobnie jest z wolną kulturą: żadne zmiany prawne czy rozwiązania nałożone na poziomie technicznym nic nie zmienią, jeśli nie będzie im towarzyszyć praca nad przeświadczeniami i postawami - a te zmieniać jest dużo trudniej niż kod (a może nawet też prawo?).

Może potrzebujemy więc koncepcji zrównoważonego hackowania?

*

Dobry wywiad nt. praw autorskich i wolnej kultury z Paulem Kellerem, koordynatorem holenderskiego Creative Commons. /  Jakie zdjęcia robią miejscowi, a jakie turyści? Locals and tourists: mapy miast wykonane z pomocą danych z Flickra. / Projekt biblioteki rozczłonkowanej na BLDG BLOG. / Dobry wywiad z Julianem Assange z WikiLeaks.