Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

26.03.2008
środa

Wykład i koncert Pawła Janickiego: nagranie ze spotkania

26 marca 2008, środa,

Wpis ten miał być prostym załącznikiem do sprawozdania ze spotkania z Pawłem Janickim – zawierającym plik z nagraniem spotkania i krótkim improwizowanym koncertem. Ale w międzyczasie sprawa obrosła mi szeregiem skojarzeń.

Natrafiłem, poprzez tekst Piratbyran o roli kontekstu w kulturze, na projekt The 17, prowadzony przez Billa Drummonda, dawniej członka The KLF. The 17 to w największym uproszczeniu chór, a raczej recepta na stworzenie chóru w miejscu i czasie przez siebie wybranym. Zasady są proste: chór liczy siedemnaście osób (lub wielokrotność tej liczby). Utwory są wykonywane bądź odsłuchiwane na żywo – a jeśli powstaje nagranie, to w celu jednorazowego odsłuchania, wyłącznie przez członków chóru. Na stronie projektu można znaleźć libretta – co zabawne nie tylko Drummona, lecz w dużej mierze pisane przez licealistów. Są tam propozycje wsłuchiwania się w dźwięk morza; lub nagrania utworu (do jednorazowego odsłuchania), złożonego z odgłosów stu siedemnasto-osobowych grup reprezentujących sto różnych zawodów. I tak dalej.

Konstrukcja The 17 komentuje poprzez działanie masę przemian i kwestii kluczowych dla świata muzyki: zatarcie granicy między twórcą i odbiorcą; tworzenie własnej kultury; kryzys nagrań i renesans muzyki doświadczanej na żywo. To ostatnie jest chyba najważniejsze – w ostatnim roku dużo mówi się o przejściu od sprzedaży produktów (nagrań) do sprzedaży doświadczeń (koncertów). Jednak z takiej perspektywy udział w koncercie, za cenę rekompensującą artyście straty z tytułu sprzedaży płyt, jawi się jako jedyny możliwy sposób doświadczania muzyki. The 17 pokazuje alternatywę: jest nią tworzenie własnej muzyki, co zresztą nie musi oznaczać, że się ją komponuje bądź wykonuje. Chodzi raczej o jej definiowanie, wyłapywanie z bałaganu świata muzycznych wzorów. Pytanie oczywiście, czy wykonując libretto Drummonda będziemy się bawić równie dobrze, co na Open’erze, ale to już inna sprawa.

(Wspomniane wyżej Piratbyran efektownie reformułuje kwestię nagrań i koncertów w kategorii walki kopii i kontekstu).

Tym samym wracamy do Janickiego, który dowiódł na spotkaniu, że da się tworzyć własną muzykę (w wersji bardziej hi-tec niż chóry drummondowskie). Ale projekt The 17 zmusza też do myślenia o rejestracji zdarzeń. Nie ma co ukrywać, łatwość rejestracji tworzy – jak na razie przynajmniej – jej pokusę. Pojawia się też swego rodzaju przymus społeczny, każda dobra impreza powinna być rejestrowana. Normą stały się fotorelacje. Rejestracja audio/wideo okazuje się być dużo trudniejsza – mimo, że na brak sprzętu często nie można już narzekać.

Na koncertach rozkwita las komórek, a potem w sieci krążą strzępki klipów. Dźwięki skrzeczy i huczy, obraz maże się i prześwietla. Ale jest namacalny dowód, że się tam było – oraz kolejna treść dostępna powszechnie. Z klipów na Youtube dało się skompletować nową płytę Radiohead przed uruchomieniem serwisu „In Rainbows” (o ile znało się odpowiednią receptę, czyli kolejność utworów). Na razie przykład Radiohead zachwyca, dowodzi mocy oddolnej rejestracji. Ale może już niedługo przyjdzie nam wyłączać komórki – i to nie w imię ochrony własności intelektualnej, wymuszanej przez strażników na bramkach, tylko kulturowej normy uszanowania wyjątkowości chwili?

Rejestracje mają oczywistą wartość: przydają się osobom z innych miast i krajów, osobom w tym czasie zajętym, itd. – uwalniają z ograniczeń czasu i miejsca. Myślę jednak, że coraz częściej rejestracja nie będzie oczywistym wyborem, przyjdzie nam ważyć za i przeciw – to dość oczywiste, z punktu widzenia rosnącej roli doświadczenia, ale też trzymania w ryzach aparatów nadzoru i kontroli.

Prosty przykład: na jednym ze spotkań Kultura 2.0 prelegent nie był przekonany, czy chce by powstało nagranie. Mieliśmy do wyboru: spotkanie nagrane, ale być może mniej autentyczne i ciekawe, czy też spotkanie ulotne, lecz bardziej żywe? Nagrania ostatecznie nie ma – szkoda – ale prelegent mówił ciekawie, więc może było warto?

Piszę o tym wszystkim, bo zastanawiałem się, czy jest sens wpuszczać w sieć nagranie improwizowanej muzyki, tworzonej w czasie rzeczywistym? Której w dodatku powinien towarzyszyć obraz ekranu komputera, na którym Paweł Janicki uruchamiał i łączył ze sobą kolejne syntezatory i efekty wirtualne. Tym przeważyły argumenty za rejestracją – chcemy jak każde dobre spotkanie udostępniać materiały archiwalne dla słuchaczy przy odbiornikach. Oto więc:

wykład Pawła Janickiego oraz dyskusja, która po nim nastąpiła: MP3 (94MB), OGG (47MB)

utwór improwizowany w czasie rzeczywistym – Paweł Janicki programuje i gra na laptopie: MP3 (21MB), OGG (12MB).

Nagrania w wersji mono (ma to związek z kontekstem ich nagrania!).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Fajnie, że na tym blogu nareszcie pojawiła się wzmianka o Drummondzie. Jakiś czas temu (chyba przy okazji jednego z wielu wątków dotyczącego „In rainbows”) wspominałem o nim i Jimmy’m Cauty’m, czyli The KLF, Timelords, Justified Ancients of Mu-Mu… Kawałek „Doctorin’ the Tardis”, który jako The Timelords wydali w 1988 roku był jednym z pierwszych symptomów tego, co dziś jawi się, jako „kultura remiksu”. Dziwię się, czemu z tych dwóch panów nie uczyniono jeszcze bożyszcz „kultury 2.0”. Palenie miliona funtów, słynna i nadzwyczaj trafna książka z receptą na to, jak stworzyć utwór, który zdobędzie szczyt UK Singles Chart (do jej czytania przyznają się dzisiejsze gwiazdki w rodzaju Klaxons)… To jest chyba właściwa macierz muzycznej strony „k2.0”. Dla mnie tyleż fascynująca, co pompatyczna. Ale pamiętać trzeba. Należy też śledzić dokonania Drummonda, bo z pewnością nie jest to silnie eksponowana osobowość typu myspace-flickr-facebook-i-Bóg wie co jeszcze, acz niezwykle intrygująca.

    Jeśli chodzi o drugą część tego postu, to muszę powiedzieć, że osobiście nienawidzę ludzi z komórkami na koncertach. Pamiętam przeciętny koncert Iana Browna w Warszawie, na który bardzo czekałem. Stałem w pierwszym rzędzie a i tak pole widzenia zasłoniły mi wyciagnięte łapy i błyski fleszy. Oddolna rejestracja? Zgadzam sie, to znakomite. Ale jednocześnie zachodzi zapośredniczenie wydarzenia „na żywo”. Przychodze na koncert, żeby obejrzec go właśnie w tym przeciekającym Spodku, walącej się kongresówce, zagrzybionej stodole, tonącej w brudzie jadłodajni, czy nieracjonalnie zaprojektowanej proximie. Nie po to, by obejrzec to potem na toutube. I niech nikt mi nie mówi, że ta oddolna rejestracja to „dla potomności” lub tych, co nie mogli dotrzeć na koncert…

    Uspołecznienie internetu i zbliżenie odbiorców do twórców spowodowało wzrost zapotrzeowania na „live entertainment”. Świetnie, więc niech będzie faktycznie „live”, a nie „live on-line”.
    Jestem za dyżurnym nagrywaniem występów na żywo przez wyselekcjonowane osoby i udostępnianiem materiału za darmo. Na przykład na youtube. Ale każda statua wolności z komórką w górze i piwem pod pachą doprowadza mnie do furii.

  2. linki w formacie ogg nie działają.

  3. MeeHau, już powinno być O-K.