Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

12.11.2008
środa

od jeden do nieskończoności, cz. 2

12 listopada 2008, środa,

Jeśli drobiazgi takie jak Rijkswidget porównać do igły, to pismo things jest czubkiem stogu siana. Things było kiedyś pismem drukowanym wydawanym przez pracowników londyńskiego  Victoria & Albert Museum oraz Royal College of Art – według których „przedmioty umożliwiają nowe sposoby rozumienia świata”. Z czasem pismo stało się niezależne, a potem przestało się ukazywać – pozostał blog (i obietnice autorów, że kiedyś wydadzą jeszcze numer drukiem). Blog things publikuje regularnie wpisy pozbawione tytułu, za to wypchane linkami do granic możliwości. Jest ich zazwyczaj kilkanaście lub trochę więcej, a tematyka krąży zazwyczaj wokół architektury, kultury materialnej i ekscentrycznych blogów.

Things jest więc czystą sieciowością – przekaz zlewa się z przekaźnikiem, bowiem treścią postów są często w gruncie rzeczy same linki, tekst nie-linkowany pojawia się oczywiście, ale zazwyczaj jako uzupełnienie, pełniące rolę przynęty. Problem z things polega więc na tym, że łatwo przynętę połknąć i zabrać się do surfowania w głąb tych linków. A że jakość rekomendacji zazwyczaj jest wysoka, a materiał bogaty – łatwo stracić sporo czasu, a co gorsza rozbudzić głowę tak bardzo, że trudno zająć się tym, czym by należało.

Strategia serwisu jest więc odwrotna od widgetu Rijksmuseum – czytelnicy otrzymują regularną porcję przesytu. Oczywiście, łatwo znaleźć w sieci miejsca dużo bardziej przeładowane treścią – choćby strumień otagowanych linków z del.icio.us, serwisu, który dumnie informuje, że w poprzedniej minucie pojawiło się sto kilkadziesiąt kolejnych odnośników. Różnica polega jednak na tym, że things nie oferuje sumy przypadkowych linków, ani nawet zapisu wędrówek po sieci jakiejś osoby (jak to ma miejsce na blogach, które za wpis uznają serię prywatnych linków zassanych z konta na del.icio.us). Czytając kolejny wpis z things, trudno się oprzeć wrażeniu, że proponowane linki stanowią przemyślaną całość, której części współgrają ze sobą. Co najdziwniejsze, wrażenie takie mam nawet wówczas, gdy linki w gruncie rzeczy być może są przypadkowe. Tak jakby autorzy things opanowali sztukę sprawiania wrażenia, że za każdym wpisem / zestawem linków kryje się świadomie blogujący autor.

Stąd things można uznać za blogowanie w czystej postaci, w oryginalnym sensie tego słowa. Ten rodzaj blogowania, którego jakość można by mierzyć liczbą linków na 100 pikseli kwadratowych ekranu. Zresztą każdy wpis jest otagowany kategorią „linkage”, a na bocznym pasku znajduje się wielce mówiąca opcja: „otwieraj wszystkie linki z bloga w nowym oknie” – rodzaj dopalacza uruchamianego przy ostrym surfowaniu. [Tu dygresja: czytałem gdzieś niedawno, że otwieranie linków w nowych zakładkach/ oknach to najkrótsza droga do przeładowania mózgu doznaniami – autor proponował więc otwieranie linków w tym samym oknie i zakładce jako proste i skuteczne lekarstwo.]

Nick Carr właśnie ogłosił, że jego zdaniem blogosfera już nie istnieje, zniszczona przez komercjalizację i profesjonalizację blogowania. Komentując Carra, Reuptake napisał, że jest blogowanie zawodowe i blogowanie amatorskie, i te drugie jednak przetrwa, jako alternatywa – być może niszowa. Ujmując tak sprawę należy uznać things za upartego promotora amatorszczyzny blogowej.

Jednak w tym wypadku słowo „amator” nic już nie tłumaczy i stosowane jest chyba tylko dlatego, że narzuca się jako opozycja wobec profesjonalizmu i komercji. A things nie jest przedsięwzięciem komercyjnym, ale profesjonalnym już tak (bloga tworzą zawodowi muzealnicy i pisarze). Zastanawiam się, czy nie mamy do czynienia z kolejnym terminem, obok „haker” i „pirat”, które stało się beznadziejnie dwuznaczne.

Z things mam problem: jest jak sute niedzielne śniadanie, z jajecznicą na boczku i paróweczkami, które ktoś oferuje nam codziennie, w dodatku czasem w porze podwieczorku. Mam wrażenie, że jedyna znośna formuła czytania wymagałaby skasowania wszystkich innych strumieni z czytnika i pozostawienia Things jako jedynego okna na blogosferę. Co byłoby chyba próbą – beznadziejną – znalezienia umiaru w sieci WWW, która – o czym things nam dowodzi raz za razem – umiaru nie zna.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop