Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

7.11.2009
sobota

Seminarium badawcze o wolne kulturze: co jest przedmiotem badania? (oraz sporo o piractwie, co było do przewidzenia)

7 listopada 2009, sobota,

Pod koniec października uczestniczyłem w międzynarodowych warsztatach naukowych dotyczących badania wolnej kultury. Forma warsztatów była otwarta i szybko okazało się, że problem badawczy jest już na samym początku: nie ma jasności, czym jest wolna kultura.

W trakcie debaty ujawniły się dwie ciekawe kwestie. Po pierwsze, nikt właściwie nie identyfikował sfery wolnej kultury z zakresem wykorzystania i działania wolnych licencji prawnych. A tak można rozumieć wolną kulturę opisaną przez Lawrence’a Lessiga i czerpiącą inspirację z ruchu wolnego oprogramowania (gdzie jeszcze silniej widać prawne podwaliny całego modelu). Większość obecnych badaczy definiowała wolną kulturę dużo szerzej – wiążąc ją przede wszystkim ze specyficznym modelem współpracy i dostępu do dóbr, który Yochai Benkler nazwał „produkcją partnerską w oparciu o dobro wspólne”. Co ciekawe, owo dobro wspólne nie musi być zagwarantowane prawnie. I tu pojawia się drugi wątek – część osób postulowała, by termin „wolnej kultury” stosować również do zachowań pirackich. Według nich „piractwo” opiera się na podobnych mechanizmach uwspólniania dóbr, wypracowuje także różnorodne mechanizmy współpracy i koordynacji działań.

Dla badaczy napięcie pomiędzy „stallmanowską” i „benklerowską” ideą wolnej kultury jest atrakcyjne intelektualnie. Natomiast w praktyce, jak twierdzi węgierski ekonomista i działacz Creative Commons Węgry Bodo Balazs, wąsko rozumiana wolna kultura traci na znaczeniu – bowiem kluczowym czynnikiem zmiany dzisiejszej kultury, a wraz z nią rynku, jest właśnie piractwo. Czyli model wolności zrywający z prawem autorskim, zamiast opierać się na jego poszanowaniu.

Można więc powiedzieć, że wypracowany w czasie seminarium model wolnej kultury zakłada istnienie dwóch biegunów; wąsko rozumianej wolnej kultury, „zachowawczo” wpisującej się w istniejący system własności intelektualnej (i postulujący jego reformę „od wewnątrz”) oraz biegun piracki (pozostający w warstwie tabu mimo powszechnego w nim uczestnictwa – stąd traktowanie go jako elementu wolnej kultury jest dla środowiska pewną herezją. Pomiędzy nimi rozpościera się „szara” (zupełnie mi tu ten kolor nie pasuje) strefa projektów w różnym stopniu wolnokulturowych.

Za wąską definicją wolnej kultury, podkreślającą rolę wolnego licencjonowania, opowiadał się natomiast zdecydowanie obecny na warsztatach Mike Linksvayer, wice-dyrektor Creative Commons. Słusznie moim zdaniem zauważał, że nawet jeśli obecnie ruch „legalnej wolnej kultury” sprawia wrażenie przypisu do zmieniającej reguły gry fali piractwa, to w dłuższej perspektywie czasowej wymiar prawny może być niezbędny dla zagwarantowania owej wolności kultury.

Drugą ciekawą sprawą są badania, które Yochai Benkler prowadzi ze swoim zespołem – będące próbą empirycznego przetestowania, a potem zastosowania modelu produkcji partnerskiej w oparciu o dobro wspólne. Zespół Benklera prowadzi przekrojową analizę setek projektów, które oparte są na tym modelu – w celu zidentyfikowania stosowanych mechanizmów współpracy i koordynacji. Celem jest wypracowanie praktycznych reguł tworzenia tego rodzaju wolnokulturowych projektów. Myślę, że to dość ciekawa koncepcja, wpisująca się w badania nad zarządzaniem dobrami wspólnymi (za które Elinor Ostrom dostała niedawno ekonomicznego Nobla).

*

A tymczasem:

W Wyborczej ciekawy wywiad z Jarosławem Lipszycem (jakby na marginesie sprawy serwisu OdSiebie). Lipszyc mówi, że prawo autorskie jest martwe, komentujący wywiad Jarosław Śliżewski (szef portalu wyborcza.pl) stwierdza, że ściąganie to kradzież. Tak więc nie słyszymy w gruncie rzeczy nic nowego, obie strony są mocno okopane na swoich pozycjach – zmiana, i powodująca nią rozmowa jest w takich warunkach trudna do osiągnięcia. Mam wrażenie, że istnieją silne interesy blokujące próby takiej debaty – bowiem o ile pozytywna reforma wymaga dialogu, to polityka twardej ręki już nie.

(Fakt, że Śliżewski, który w pierwszej części pisze tylko o złodziejach i paserach, w drugiej bardzo rozsądnie stwierdza:

Tę rzekę trzeba regulować. Tworzyć warunki dla współczesnych Borgiów – mecenasów płacących za dzieła wytworzone z pożytkiem dla ogółu, ale i dla altruistów, którzy tworzą treści pro bono. Szukać modeli biznesowych wzorem muzyków, którzy żyją z koncertów, na które przychodzą ci, którzy bezpłatnie lub prawie bezpłatnie wysłuchali darmowej piosenki w sieci.

Co pozwala mi sądzić, że w części pierwszej się po prostu zagalopował, bo przyjmując za punkt wyjścia założenie powszechnego złodziejstwa zamiast Borgiów wypadałoby błagać o nowego Lewiatana.)

Gdy słyszę „złodzieje”, to puszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że konsekwentnie należałoby udać się do liceów i uczelni i aresztować dobrą połowę, jeśli nie 90% uczniów i studentów. Przy takiej skali zjawiska może warto w ogóle zawiesić zasadę domniemania niewinności i wymagać dowodzenia faktu nie-ściągania? Idąc dalej należałoby równie surowo ukarać osoby niepłacące abonamentu telewizyjnego, które – nazwijmy rzecz po imieniu – także kradną (nie wiem wprawdzie do końca, co). Jakiś spiker telewizyjny mógłby ich w prime time trochę powyzywać.

Oczywiście żartuję (ha, ha), rozwiązanie na poważnie jednak istniej i jest w sumie proste – trzeba znaleźć mechanizm zalegalizowania tego, za co teraz się aresztuje, i generowania zysków z tego, co obecnie zysków nie przynosi. Pomysły jak to zrobić są, woli nie ma, analogowy wiek dwudziesty ciąży nam wszystkim jak kula u nogi.

Punktem startu powinna być debata (która mogła się odbyć np. w trakcie Kongresu Kultury Polskiej, ale się nie odbyła). Jeśli szacunki skali ściągania są słuszne, to albo mamy rewolucję w uczestnictwie w kulturze, albo totalny upadek moralności. Tak czy siak temat powinien zostać uznany jako priorytetowy. (Z debatą na temat własności intelektualnej jednak ogólnie jest ciężko – właśnie zakończyły się tajne negocjacje na temat nowego porozumienia ACTA, wyznaczające nowe standardy odnośnie niejawności procesu tworzenia regulacji).

Drugim prostym krokiem byłoby zorganizowanie na ten temat „panelu młodych” – pora wysłuchać ekspertów!

Odnośnie głosu młodych – na szczęście trzeci głos na stronie to bardzo fajna i rozsądna wypowiedź 21-letniej Olgi Walendziak (jeszcze w Sieci niedostępna) – która utwierdza mnie w przekonaniu, ze nowe pokolenia wszystko ułożą (jeśli tylko pokolenia obecnie u władzy im na to pozwolą). A pokolenia starsze, skażone przed-internetowymi nawykami, będą powoli ginąć w przysłowiowej zupie. (Olga, jeśli dobrze zgaduję, mieszka w Finlandii – może dlatego tak trzeźwo patrzy na sprawę?)

Do tego w „Polityce” Piotr Stasiak napisał świetny raport na powyższy temat*, odchodzący od pyskówek między artystami i piratami („to nie piractwo, tylko d@rmocha!”, i rysujący szerszy i dłuższy kontekst sprawy.

* dla jasności zaznaczam, że znajdują się w nim moje wypowiedzi

*

Aktualizacja: Polecam (b. dobry) wpis Olgierda Rudaka wyjaśniający prawne tło aresztowania administratorów serwisu OdSiebie. W nim również (dziwna) informacja o usuwaniu obecnie z gazeta.pl artykułów chwalących OdSiebie rok temu. Autocenzura? Vagla pyta: „Czy taki pochlebny artykuł mógłby zostać uznany za podżeganie do popełnienia przestępstwa?” – po lekturze wpisu Olgierda nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś tak niedługo postulował.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Cóż, faktem jest, że dopóki w opinii artystów wciąż będzie pokutować kazikowe przekonanie, że ściąganie piraconych plików robi z człowieka „K#$@ę niewymytą”, dopóty nic się w tej materii nie zmieni.

  2. konsekwentnie należałoby udać się do liceów i uczelni i aresztować dobrą połowę, jeśli nie 90% uczniów i studentów

    90% to minimum, zdecydowanie minimum.

  3. Na stronach polityki pojawil sie art. Stasiaka i Wilk o pakiecie telekomunikacyjnym, dosc dziwny: Stasiak dowodzi, ze walka o poprawke 138 byla bez sensu jakoby bez sensu.

  4. Odcinanie ?piratów? od Internetu żeby chronić koncerny, które opierają swój biznes na przestarzałych i nie adekwatnych modelach to tak jak by w VX wieku zakazać druku aby chronić miejsca pracy w manufakturach w których mnisi przepisywali księgi.

  5. Jednym z powodow dla ktorych nalezy sie czasem wystrzegac kompromisow jest ich efekt medialny. W miejsce zakazu odcinania od sieci mamy obecnie wymog sadowego procesu. Efekt: dziennikarze pisza, ze unia wprowadzila odcinanie od sieci. Tymczasem Unia niczego nie wprowadzila i zaden kraj czlonkowski nie musi takiego aburdalnego i szkodliwego prawa wdrazac.