Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

19.12.2009
sobota

Wpis gościnny JD: Dla kogo i z kim te wszystkie nowe rozwiązania?

19 grudnia 2009, sobota,

JD napisał w komentarzu do ostatniego wpisu Mirka w gruncie rzeczy własny wpis – który moim zdaniem zasługuje na wypchnięcie o poziom wyżej. Nie tylko ze względu na nietypową dla komentarza długość, ale przede wszystkim na kwestię, której JD dotyka: kłopotów z promocją nowych idei związanych z kulturą 2.0 – wynikających po części z ogólniejszej inercji kultury (w tym wypadku muzycznej). Ponieważ także nasze komentarze są na CC BY, a JD zaprasza do dopisywania dalszego ciągu, mam nadzieję, że się nie obrazi.

Przeklejam więc tekst JD verbatim poniżej – i polecam lekturę! (a sam muszę trochę pomyśleć, nim skomentuję, poniżej).

*

Sądzę, że kwestia piractwa i tematów pkrewnych została w Polsce przegadana zarówno przez stronę ?wolnościową?, jak i formację ?zachowawczą?. Oczywiście, jest to umowny podział. Było wiele dyskusji, konferencji i seminariów, a autorzy niniejszego bloga byli jednymi z inicjatorów podjęcia kwestii zmieniających się schematów produkcji, dystrybucji i ochrony praw autorskich. Za to należy się Wam wielki szacunek, choć nie o to się staraliscie :)

Zaproponowano mi niedawno napisanie artykułu do poczytnego portalu o zmianach w odbiorze muzyki w ostatnich dwóch dekadach. W żadnym wypadku nie mogę nazwać się ekspertem w tej kwesti, ale coś tam wiem, coś tam robiłem. Zbierając materiały do tego tekstu (a właściwie porzadkując posiadaną wiedzę i konsultując kilka problemów z róznymi osobami) przekonałem sie o jednym: refleksje formułowane podczas wszystkich tych naukowych i popularno-naukowych gadek o licencjach, modelach biznesowych, demokratyzacji odbioru itd. przebiły się do świadomości uprzednio niezaangażowanych w nie osób w nieco zaskakując sposób. Otóż, okazało się, że kilkoro moich znajomych zna doskonale np. ?Kult amatora? (nie posadzałbym akurat tych ludzi o zainteresowanie taką tematyką) i na podstawie tej książki formułują swój sprzeciw wobec pewnych zjawisk krytykowanych zajadle przez pana K. Z kolei pewien znany mi dziennikarz przyznał się, że chciałby napisać tekst afirmatywnie traktujący, jak to nazwał ?kulturę torrentowców?. Dodam, że człowiek ten zazwyczaj nie pisze ani o mediach, ani o kulturze, ale coś mu się tam skojarzyło z czymś innym i postanowił połączyć wątki.

Podsumowując, strzępy informacji o problemach omawianych m.in. na tym blogu, często bywają odczytane pobieżne, lecz wpływają na poglądy odbiorców. Czasem ?wolnościowy? dyskurs interpretuje się też a rebours, ale dzieki pewnym uwarunkowaniom takie interpretacje są reprezentowane medialnie i funkcjonują jako ?teksty-autorytety?.

Dorzucę jeszcze jedną kwestię, która ostatecznie odebrała mi wiarę w sens zajmowania się prawem autorskim/dystrybucją/nowatorskimi podejsciami do rynku w kontekscie muzyki publicznie. Znam różnych młodych muzyków, z różnym doświadczeniem i osiągnięciami. Nikt nie chce traktować np. licencji CC inaczej, niż tylko jak pewną ciekawostkę, której można czasem użyć w celach promocyjnych. Nikt nie myśli o ?artystycznych klastrach? lub legalności ściągania. O tym można pogadać przy piwie. I nie chodzi o to, że ukonstytuowany wzorzec: ?z garażu na stadionowy koncert? jest czymś tak pociągającym. W mojej opinii ważnym problemem jest totalny konformizm treściowy muzyki popularnej jako takiej. Jeśli wyrazem non-konformizmu ma być sceniczne spotkanie trzech wstawionych jazzmanów, którzy w piątkowy wieczór zapragną przedstawić swe ?eksperymentalne? improwizacje w Nowym Wspaniałym Świecie lub na Chłodnej (z całym szacunkiem i sympatią dla tych miejsc), to jest nienajlepiej. Gość z laptopem wciskający ?play? (czyli w obecnej terminologii ?DJ?) albo banda nawalonych jabol-punków w squacie to też żadna alternatywa. Zostanę największym fanem najbardziej naiwnego muzyka, który pokusi się o totalną, rynkowo nieatrakcyjną rozpierduchę artystyczną. Ale niech to nie będzie kolejne ganianie nago po scenie lub wyśpiewywanie ?bardzo śmiesznych? zwrotek. Jeżeli ktoś porwał by się z motyką na słońce, wystepując z poważnym projektem, przemyślanym i niekoniecznie bardzo ?eksperymentalnym?, to ja, choć niewiele mogę, pomogę mu w każdy dostępny mi sposób.

Mamy podobno zwrot polityczny w wielu dziedzinach sztuki, mamy intelektualne łamigłówki u (podobno) wrażliwych na społeczne niesprawiedliwości twórców krytycznych. Mamy intelektualnie ambitne analizy popkultury każdego sortu. Znajdują one swe ?genderowe? i ?post-humanistyczne?, a także ?ekologiczne? reinterpretacje. Jednocześnie w muzyce panuje totalna inercja na poziomie tekstualnym. Kontekstowe pisanie straciło wartość, na piedestał wstąpiło coś w rodzaju minimalistycznej erudycji. Mam tu na myśli epatowanie znajomością form i zabawę nimi. Tekst można zreifikować i czytać prawie jak poezję konkretną albo w ogóle traktować tę część twórczego aktu po macoszemu. Bo przecież od wrażliwości na tę calą biedę, nierówności itd. to są ludzie z ?Krytyki Politycznej? lub inni, co mają dużo znajomych w ?Wyborczej? TV. Bo i z księdzem się dogadają, z lewicową pisarką (która wcześniej nie wiedziała o swojej lewicowosci, ale już wie) i z prawicowym publicystą też. Muzyk, nieważne czy rockowy, czy filharmonik, czy eksperymentujący jazzman interdyscyplinarny z Macbookiem przylepionym do dłoni – on przejął funkcję polskiego inteligenta-frustrata z epoki PRL. Narzeka na finansową posuchę, grać go nie chcą w radiu, bo tam tylko ?chałowy pop?, na sztuce to się nie znają i talentu nie cenią. A młodzi nie mogą się ?przebić?. Czyli wystapić na Open?erze, gdyż to jest szczyt marzeń.

Dla kogo i z kim te wszystkie nowe rozwiązania? Muzyka tworzona i opisywana jest bez kontekstu lub przy jego radykalnej banalizacji. Sam musiałem ostatnio walczyć o zachowanie kilku wątków w krótkim artykule do modnego wśród stołecznej młodzież pisma o modnej muzyce. A tekstu nie oceniał cenzor, lecz młody i inteligentny gosć z dużą wiedzą. Choć nie jest to springerowski periodyk o z góry ustalonej ?linii poglądowej?, to myślą tam chyba w podobnych kategoriach.

Przepraszam za długosć tego posta. Nie chciałem, by był to pretensjonalny lament ?ostatniego sprawiedliwego?. Ale może ktoś to przeczyta i zechce cos dodać?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo ciekawy artykuł, zgadzam się w 100%. Nie wiem, co jeszcze mógłbym dodać.

  2. Dzięki za zainteresowanie, choć teraz trochę mi głupio.

  3. Totalnie prawdziwy tekst. Potwierdza to moje doświadczenie. W 2000 roku trafiłem przypadkiem we Wrocławiu na sympozjum organizowane przez WRO poświęcone web 2.0. To było dla mnie życiowe olśnienie, wtedy zobaczyłem nowe horyzonty komunikacji! Wykładało tam wiele osób ale najlepiej pamiętam prezentacje Gerszberga. To było dziesięć lat temu, niestety od tego czasu moglem tylko z wielokrotnie i przykrością konstatować, że te horyzonty nie tylko wcale się nie zbliżyły, lecz w dodatku coraz bardziej karleją w poprawny banał Kultury 2.0. Czyli smutek tylko z tej jałowości, pospołu i alternatywny i biznesowy.

  4. @Zettembrini: Niestety, teraźniejszość zazwyczaj jest bardziej banalna od przyszłości. Kiedyś inspirował Lanier, dziś Benkler.