Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

19.01.2010
wtorek

100% jest wrogiem 80%

19 stycznia 2010, wtorek,

W ostatnim czasie słucham dużo muzyki udostępnianej przez amerykańskiego nadawcę publicznego National Public Radio. Jedna z ciekawszych serii to „Tiny Desk Concerts” – koncerty muzyki organizowane w biurze NPR, obok biurka jednego z dziennikarzy muzycznych, Boba Boilena.

„Malutkie koncerty przy biurku” sprawiają dziwne wrażenie – szczególnie gdy gra orkiestra kameralna, która sama sprawia wrażenie lekko zszokowanej warunkami, w których się znalazła.

Równie ciekawie wyglądają zespoły, w których gra dziesięciu muzyków, wciśniętych między szafkę, biurko i półkę Boba.

Ale przede wszystkim są to strasznie dobre krótkie koncerty, a ich improwizowany, nieformalny charakter tylko nadaje im uroku.

Słuchając tych koncertów pomyślałem sobie, że skończyły się wymówki: że brakuje nam ekipy wideo z trzema kamerami, studia nagraniowego lub fotograficznego, czy innego profesjonalnego sprzętu lub zaplecza. NPR pokazuje, że można zrobić „koncert” w dowolnych warunkach – „garażowe” warunki są więc dziś wystarczające nie tylko dla pracy na zapleczu –  tworzenia muzyki (czy oprogramowania) – ale też do jej wykonywania.

Drugim przykładem (można ich pewnie znaleźć wiele), jest tymczasowe studio projektowe stworzone w Nowym Jorku przez twórcę bloga architektonicznego BLDGBLOG – który zaangażował kilkanaście osób w efemeryczny projekt badawczo-designerski na temat „krajobrazów kwarantanny”.

a design studio without any official institutional affiliation can manage to set itself up, using equipment as simple as cheap wine, PDFs, and Post-It notes, inside already existing spaces around the city.

Oczywiście internet tu niczego właściwie nie zmienia. Zawsze można było zorganizować nieformalny koncert (ruch DIY od zawsze organizował koncerty w prywatnych mieszkaniach) lub zorganizować seminarium naukowe.

Różnica, którą powoduje internet to po pierwsze możliwość skutecznej promocji i dystrybucji wyników swoich „garażowych” działań. Ale nie to jest najważniejsze – myślę, że internet powoduje zmianę mentalną: pokazuje, że rzeczy amatorskie nie musza być skromne i „amatorskie” – mogą być udane, popularne na niemal masową skalę, i „profesjonalne”.

Myśląc o tych sprawach trafiłem na najnowszy tekst Doctorowa dla Locus Magazine. Jak to często z Doctorowem bywa, udało mu się trafić w sedno:

The interesting bit isn’t what it costs to replicate some big, pre-Internet business or project.
The interesting bit is what it costs to do something half as well as some big, pre-Internet business or project.

Doctorow pisze, że sieciowe, „garażowe” produkcje są „good enough”. Jego argument dobrze widać na przykładzie prasy – pytanie nie brzmi, jak zastąpić pracę. Istotny jest fakt, że niewiele tylko gorsze treści można dziś produkować za wielokrotnie niższe sumy.

This is the pattern: doing something x percent as well with less-than-x percent of the resources. A blog may be 10 percent as good at covering the local news as the old, local paper was, but it costs less than 1 percent of what that old local paper cost to put out.

Istotna przy tym nie jest tylko oszczędność. Mniejsze, prostsze, bardziej amatorskie (w dobrym sensie) projekty mogą sobie pozwolić na większą innowacyjność (lub jak kto woli, szaleństwo).

But lurking in those 80 percent replacements are an infinitude of ideas too weird and too funky and implausible to try at full price.

Te przykłady – malejącej liczby dostępnych nam wymówek przed byciem twórczym – dowodzą, że bariery techniczne zostały już praktycznie zlikwidowane. Niezbędne narzędzia są dostępne za darmo lub bardzo tanio – albo też można bez kłopotu się bez nich obyć. Problemem jest już tylko 1) czas i 2) entuzjazm.

Grafika: cienkamila, CC BY

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. czyli kultura 2.0 jako „kultura good enough”?

  2. jeśli „bonusem” jest realny wpływ uczestników kultury, to dlaczego nie? przecież wiadomo, że internauci nie zrobią „avatara”, nie zabiją sfery profesjonalnej. ale w wielu przypadkach są w stanie stworzyć atrakcyjną dla niej alternatywę. wystarczającą. tak jak ze sprzętem – coraz częściej sukces odnosza produkty „good enough”. chciałbym mieć jakąś kosmiczną kamerę, ale do filmowania dziecka w sumie wystarcza mi kamera hd wielkośc iphone’a, bez stabilizacji obrazu i obiektywu. korzystam z niej, bo kosztowała 100 usd.

  3. Zastanawia mnie pewna konfiguracja pojęciowa, której użyłeś, Alku, w tym wpisie. Szkatułkowe terminy, jak „innowacyjność”, „twórczość” i będący jej niezbędnym zaczynem „entuzjazm” skłądają się w pewną całość, która pojawia się w bardzo podobnej wersji zarówno u rzeczników nowoczesnej ekologii, rozwoju technologicznej kompetencji społeczeństw itp., jak i w biznesowych narracjach. Nie mam tu na myśli tylko wrednych „krwiożerczych korporacji”, ale też ich „miękkie” przybudówki, które przecież nie zawsze uskuteczniają merkantylną dywersję, czasem realizują też burżujsko-filantropijne potrzeby wyższych kadr.

    Twórczy już jesteśmy. Na koncertach i imprezach ludzie nie są zajęci już tylko robieniem zdjeć komórkami. Co drugi nastolatek ma wielki aparat i szereg innych fetyszy, które należy mieć przy sobie, gdy „się bywa”. Przypomina mi się slogan reklamowy Sony z wczesnej fazy konwergencji medialnego instrumentarium użytku osobistego: „Go Create”. A jeśli chodzi o „innowacyjność”, polecam korporacyjnego bloga pewnej dużej polskiej firmy IT. Zresztą, są dosłownie setki innych przykładów. Ciekawe, jeśli kogoś interesuje reifikacja tego pojęcia, jak i generalna ideologizacja ludzkiej „kreatywności”. Może coś się zmieni (w sferze humanistycznej interpretacji, oczywiscie) w kwestii zachwytu nad naszą usieciowioną „twórczością”, kiedy trochę osłąbnie lub zracjonalizuje się odświeżona ostatnio, histeryczna moda na Latoura.

    Wciąż to samo. A „Krytyka Polityczna” będzie w tym roku wydawać Richarda Floridę. Ulubionego komentatora konferencyjnych wyjadaczy zajmujących się ustawiczną reprodukcją komunitariańskiej wzniosłości ideologicznej, co do kompromitacji której (przynajmniej w wydaniu szczęśliwego amerykańskiego apologety tej miłej nowoczesności z artystycznych dystryktów miast) chyba nie można mieć wątpliwości. Tam też rządzą „innowacyjność” i „twórczość”. Brakuje jeszcze słówka o „wartości dodanej”. Zresztą, ciekawy jest paradoks między aktualnym znaczeniem added-value (retoryka unijna), a marksowskim surplus-value. Tak daleko, a tak blisko 🙂

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Kultura jest stworzona przez społeczeństwo. Skoro społeczeństwo ciągle ewoluuje to kultura również musi.

  6. @JD

    Twój wpis jest szkatułką z niezłym puzzlem w środku, więc pewnie wgryzę się tylko częściowo.

    Dzięki za „reality check” na temat stosowanych pojęć, warto czasem zastanowić się, czy się nie nałykało zbytnio jakiejś nowomowy. Ale kłopot w tym, jak mówić o tych sprawach nie uzywając tych pojęć? Da się? Używając jakich terminów?

    Co do entuzjazmu, jak dla mnie to jednak ciągle świeży termin, który w moim osobistym odczuciu wypromował świetny Franciszek Dzida podczas uruchomienia Creative Commons Polska – Dzida, któremu chyba trudno zarzucić jechanie na kreatywnym wózku.

    Co do nastolatków, chyba jednak jeszcze nie jest tak różowo, Mirek niedługo będzie miał wyniki badań, które pozwolą mu bardziej kompetentnie o tym mówić. Ale pamiętaj, że koncerty na które chodzisz różnią się np. od dyskotek w szczerym polu, w których bawi się po kilka tysięcy co weekend. (Choć to i tak ciekawe zjawisko, jeśli rzeczywiście istnieją takie środowiska intensywnej kreatywności – i warto by się było przyjrzeć, co wtedy kryje się pod gestami pstrykania fotek itd.)

    A co do wydania Floridy przez „Krytykę polityczną”, to chyba ostateczny dowód, że żyjemy w czasach post-krytycznych i post-politycznych.

  7. to jest powracający problem, fajnie opisał to w książce „Expediency of Culture” George Yudice – neoliberalizm zawłaszczył język mówienia o kulturze, a rozwiązywanie problemów społecznych stały się nowym sposobem legitymizacji wydatków na kulturę. korporacje i organizacje pozarządowe coraz częściej mówią to samo. Stąd na wszystkich alternatywnych dyskusjach w mieście w co drugim wystąpieniu pojawia się nazwisko faceta, który opatentował określenie Creative Class. zgadzam się, że w momencie, kiedy w świecie, który czyta ze zrozumieniem, jego akcje poleciały drastycznie w dół.

    jest też problem z uromantycznianiem postaw odbiorców, do czego kulturoznawstwo ma tendencje od dawna – ale tu akurat wydaje mi się, że akurat Latour może pomóc: w raporcie, o którym wspominał Alek, spróbujemy przepracować koncepcję kultury uczestnictwa także przez pryzmat Latoura i pokazać, że dziś aktywność jest w pewnym stopniu wymuszana (choć to zbyt silne słowo) przez technologie i rynek.

    a równocześnie cały czas sądzę, że cyniczne podejście, w którym satysfakcja płynąca z indywidualnej aktywności zostaje sprowadzona do bycia nabijanym w butelkę przez bogacący się na tej aktywności kapitalizm, pomija coś istotnego. bo w tej perspektywie jedynym działaniem emancypacyjnym byłoby piractwo, a ja jednak mam większy podziw dla ludzi, którzy sami coś tworzą/przetwarzają, niż po prostu kopiują.

  8. @Mirek

    Moje cyniczne podejście nie wynika z paradoksalnego poczucia uczciwości z powodu rzekomego braku twórczych zapędów. Mam po prostu wrażenie, że kreatywność jest dziś terminem o tak rozdętej nadbudowie, już nie tylko retorycznej, iż zabija to inicjatywę w wielu ciekawych, acz niekoniecznie bardzo przebojowych ludziach i środowiskach. O Wasze odczytania Latoura jestem akurat spokojny i mam nadzieję czegoś się z nich nauczyć. Ale nie mów mi, że nie dostrzegasz tego, że on powszechnie funkcjonuje jako „animator przedmiotów”. Kolejny wkład do spontanicznej budowy nowego fetyszyzmu. Być może zaczynamy bardziej pożądać samego procesu, „dziania się twórczości”, niż finalnych jego efektów, materialnych lub innych?

    @Alek

    Nie mam żadnego pomysłu na alternatywny leksyklano-symboliczny system, którym można by całkowicie zastąpić rynkowy dialekt. Gdyby taki miał istnieć, z pewnością wymyśliłby go ktoś znacznie wcześniej. W Twoim poście nie zdziwiły mnie same terminy, lecz konfiguracja, ciąg w jakim zostały użyte. A entuzjazm dla CC to ja też mam wbrew pozorom. Męczy mnie tylko to, że jakakolwiek próba dyskusji o „jakości” musi być odbierana jako protekcjonalna krytyka, elitarystyczne wartościowanie. Oto kolejna pułapka słowna, ponieważ ja owej „jakości” nie utożsamiam tu z arbitralnie określoną „wartością”. W tym sensie znaczącą jakość może mieć nawet warsztatowo kiepskie zdjęcie, teoria itd. Chodzi mi o kontekst w jakim się ją wytwarza i jakiego typu założenia czyni się najpierw. Dobrym przykłądem jest chyba filmik wyprodukowany przez studentów UAM i puszczony jakiś czas temu w sieć, by promować uczelnię. Jakość realizacji może rzucać na kolana, ale jest jeszcze kontekstowa „jakość”, o której w tym konkretnym przypadku myślę mając na uwadzę debatę o całym kryzysie polskiej nauki, upadku etosu/estymy uniwersytetu itp. A przede wszystkim o samych ludziach uwikłanych w tę kwestię.

  9. @Mirek

    ciekaw jestem, co z tym Latourem zrobicie 🙂 – moim zdaniem koncepcje Latoura nt. zjawisk socjotechnicznych nie przekładają się na poziom niższy niż największa abstrakcja, na którym Latour próbuje nam uświadomić (chyba powoli mu się udało), że przedmioty i ludzie to równoprawni aktorzy. Ale nie widzę jak takie pomysły, ten cały rozbudowany model „symmetrycznego opisu”, itd. przełożyć na język „pragmatycznego”, „codziennego” raportu bez popadania w jednak dość dziwaczne opisy typu opis małż lub innych przegrzebków jako takiego samego aktora społecznego, jak rybacy, co je łowią. Naukowo dość fajne – praktycznie niewiele chyba zmieniające.

    @ Jacek

    rozdęcie nadbudowy opisowej jest ogólnym problemem: wszyscy czytają teorie i je cytują, a nie badają rzeczywistość. stąd jednocześnie wszędzie słychać o „kreatywności” – a brak podstawowych informacji, tak liczbowych, jak i jakościowych, na temat praktyk kreatywnych.

  10. Co do Latoura – który sam nie stroni od historii o tym, że ANT jest nieprzydatne, albo że poziom głębokości obserwacji zależy od tego, ile stron masz napisać – to chodzi mi właśnie raczej o ogólny sposób myślenia. Bo okazuje się, że jak wreszcie przestajemy się tłumaczyć z technodeterminizmu i uznajemy, że np. telefony komórkowe robią różnicę i zmieniają to, co się dzieje w życiu młodych ludzi, to jest bardzo wygodne.

  11. Szanowni Państwo w nieskrywanym zachwycie 😉 nad usieciowieniem, innowacyjnością, kreatywnością i darmowym dostępem do contentu, a tymczasem hydrze łby rosną. News z odległej Kanady: główny publiczny nadawca – CBC – wprowadza restrykcyjne licencje: Pay to Print, Email, and Blog
    Obawiam się, że będzie to trend powszechny. Szczegóły tu:
    http://tinyurl.com/ycj2lga