Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

28.06.2013
piątek

Aparat w muzeum to nie Łomiarz w Warszawie

28 czerwca 2013, piątek,

Na „Co nas uwiera” i „Historia i media” trwa dyskusja o tym, czy fotografowanie przez widzów zbiorów w muzeach jest dobre czy złe. Co ciekawe, obie strony dyskusji zgadzają się co do wymiaru prawnego sprawy: że prawo nie powinno być blokadą dla tworzenia takich zdjęć, szczególnie jeśli muzealia są już w domenie publicznej.

Dyskusja jest o czym innym – Marcin Wilkowski argumentuje, że fotografia niszczy doświadczenie muzealne.

„To, że mamy do czynienia z nową kulturową formą korzystania z muzeów nie oznacza automatycznie, że jest ona pozytywna i powinna być promowana. Fotografowanie w muzeum nie wydaje mi się specjalnie odpowiednim zajęciem: może przeszkadzać innym zwiedzającym albo stanowić zagrożenie dla prezentowanych zbiorów. Jednak przede wszystkim to sytuacja, w której uwaga fotografującego w tłumie innych zwiedzających skupia się na samej czynności robienia zdjęcia, zamiast na intelektualnej czy estetycznej recepcji dostępnego w ramach ekspozycji obiektu.”

i dalej:

„Muzeum jako przestrzeń fizyczna broniąca się przed totalną digitalizacją kultury to bardzo atrakcyjna perspektywa. Ostatecznie nie wszystko musi być zarejestrowane i zdigitalizowane i nie zawsze w recepcji kultury i dziedzictwa musimy stawiać w centrum swoje własne ja.”

Z jednej strony wydaje mi się, że proponowana przez Marcina perspektywa, porównująca „odpowiednie” zwiedzanie muzeum do dyskusji o sztuce prowadzonej przez odpowiednio wykształconych ludzi przy obiedzie, za romantyzującą funkcjonowanie muzeum. Nawet nie robiąc zdjęć, masa ludzi przychodzi do muzeów, szczególnie tych znanych, z pobudek bardzo przyziemnych, mało intelektualnych czy estetycznych. Do Luwru się idzie, bo trzeba. W Centrum Nauki Kopernik wiele (młodych) użytkowników w dość mało refleksyjny sposób siłuje się z każdym ruchomym elementem, pomijając powieszone obok opisy ich fizycznych zachowań. I tak dalej. Winna nie jest fotografia, tylko nasze masowe społeczeństwo, ze swoimi instytucjami nastawionymi na masowego odbiorcę.

Ale pomysł Marcina o tyle mi się podoba, że sugeruje możiwy kierunek zmiany idei muzeum w czasach cyfrowych. Dotychczas, jak wszystkie instytucje kultury, muzea mają w dużej mierze rolę demokratyzującą, jeśli chodzi o dostęp do kultury i dziedzictwa. Ale dziś tę rolę dużo lepiej niż budynek pełni internet (o ile instytucja zarządzająca budynkiem zainwestuje w stworzenie „wirtualnej instytucji” w tak zwanej cyberprzestrzeni). W tej sytuacji jest całkiem możliwe, że rozsądną strategią będzie postawienie na przeżycie elitarne i nieco retro: w muzeum będzie można obcować z muzealiami tak, jakby internetu nie było.

Inna sprawa, że mnie osobiście robienie zdjęcia komórką lub małym aparatem wydaje się czynnością zupełnie nieinwazyjną. Dużo mniej niż na przykład rozmawianie przez ten sam telefon. Myślę że większym problemem w muzeach są po prostu tłumy oglądających (potrzeba wiec szybko apki pokazującej obłożenie sal i najlepszą trasę zapewniającą intymne doświadczenie muzealne!).

Widzę też częściowe rozwiązanie problemu, zgodne z duchem otwartości: muzea powinny „prewencyjnie” udostępniać, w sposób niemal nachalny, gotowe do wykorzystania fotografie swoich zasobów. „Pomyśl dwa razy czy chcesz zrobić zdjęcie – zrobiliśmy je za Ciebie!”. (Szczerze mówiąc pisząc to sam sobie wątpię: wiadomo, że w czasach masowej reprodukcji robinie zbędnych, ale własnych kopii jest na porządku dziennym. Brzydkich, niedoskonałych, nieoryginalnych i niepotrzebnych, ale własnych).

Luźne skojarzenia:

W 2008 roku pisałem o tym, że muzea nie powinny zabraniać robić zdjęć blogerom, bo zapewniają oni darmową promocję. Blogerom! Brzmi to już powoli bardzo archaicznie, jak stwierdzenie z innej epoki, w której wierzyliśmy w masową kreatywność. Mirek ostatnio dużo o tym mówi: że coraz częściej widać, że ta wiara się nie zrealizowała, a powszechne są raczej formy kopiowania, powielania i dystrybucji.

Nowy program grantowy MKiDN pozwala finansować „tworzenie wirtualnych instytucji kultury„. Ciekawe, co mają na myśli.

Już dawno nie uczestniczyłem w dyskusji na 3 blogach! A za dużo widziałem lekką ręką prowadzonych efemerycznych dyskusji pod wpisem na Facebooku. Potrzebujemy odpowiednika Snapchatu dla debaty publicznej – argumenty, które widać tylko 10 sekund!

Wybaczcie proszę tytuł, ale to Boston Strangler straszy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Jak sie rozejrzec po swiecie, to w wiekszosci przypadkow dozwolone jest robienie zdjec kolekcji PUBLICZNYCH, ale bez lampy blyskowej. Albowiem lampa blyskowa przeszkadza innym, oraz jak twiedza znawcy, szkodzi eksponatom.

    Ile razy ogladam cos w muzeum i ktos mi blyska w oczy, mam ochote dac mu w morde.

    W przypadku ekspozycji NIEPUBLICZNYCH, to znaczy eksponatow z kolekcji praywatnych wystawianych w prywatnych galeriach lub WYPOZYCZONYCH od galerii publicznych od prywatnych galerii lub prywatnych wlascicieli i wystawianych w publicznych galeriach, sprawa jest oczywista: wlasciciel eksponatu (lub prywatnej galerii) moze ustanawiac reguly jakie chce. W szczegolnosci, nie fotografowania.

    Poniewaz wiekszosc muzeow dziala w oparciu o wypozyczone eksponaty (przynajmniej spora czesc jest wypozyczana) to trudno byloby ustalic reguly dotyczace poszczegolnych obiektow. Wiec sie ustala regule generalna: nie wolno fotofrafowac. Fotografujacy brew zakazowi moze byc wyrzucony za drzwi

  2. „Widzę też częściowe rozwiązanie problemu, zgodne z duchem otwartości: muzea powinny ?prewencyjnie? udostępniać, w sposób niemal nachalny, gotowe do wykorzystania fotografie swoich zasobów”

    W Art Institute w Chicago byl taki serwis (pisze „byl” bo nie wizytowalem przez ostatnei 2 lata): Kiosk interqaktywny, w kiosku mozna bylo sobie wybrac obraz bedacy aktualnie w ekspozycji i zazyczyc kopie. Techniczna jakosc kopii do wyboru – od symulowanego olejnego po calkiem prosty kolorowy druk. W ramie lub bez ramy. Z dostawa do domu.

    Oczywiscie, koszta zalezne od jakosci, czy w ramie czy bez ramy, jaki druk, itede.

    Ponadto, kazde porzadne muzeum ktore znam (wkluczajac Muzeum Narodowe w Warszawie) ma sklepik w ktorym mozna kupic sporo reprodukcji, a wystawy specjalne maja katalogi wystawy z kompletna ekspozycja, na ogol pieknie wydane. Z Warszawy przywiozlem sobei kiedys pol walizki dziel Alfonsa Muchy (znakomita wystawa byla!)

  3. Nie rozumiem problemu. Tak jakby był wykluczający się wybór kontemplacja albo robienie zdjęć. Trochę to brzmi pięknoduchowsko.
    Nie każdego stać na nagły lot do Paryża żeby pokontemplować Giocondę (o ile się dopcha!).
    Nie muszę robić zdjęć w warszawskim Muzeum Narodowym, bo mogę tam zawsze wpaść, ale w Berlinie, Paryżu, Londynie – robię mnóstwo. To są moje notatki, zapisujące wrażenia , o których z czasem bym zapomniał gdyby nie fotografie.
    A jeśli chodzi o dostępność zbiorów to cały szacunek do brytyjskiego podejścia (gdzie publiczne muzea są bezpłatne).
    Ilustruje to zdarzenie sprzed lat.
    Otóż z National Gallery skradziono świeżo nabyty portret Wellingtona. Sżprawcą okazał się starszy dżentelmen, który za zwrot obrazu żądał zwolnienia emerytów z opłat za telewizję. W końcu obraz odzyskano a emeryt stanął przed sądem.
    Jednym z punktów oskarżenia było, że przez okres ……. pozbawił poddanych Jej Królewskiej Mości możliwości korzystania z dzieła sztuki do nich należącego.
    Pamiętam to, bo w owych czasach zasadą warszawskiego Muzeum było (prof. Lorenz), że eksponaty powinny być zabezpieczone w magazynach i udostępniane na okresowych wystawach.
    Jedyną salą zawsze otwartą była wówczas sala z urną z sercem Kościuszki.
    Na szczęście wiele się od tych czasów zmieniło.

  4. Nie rozumiem zupełnie, co komu szkodzi robienie zdjęć. Przecież nie może chodzić o to ,że ludzie będą oglądali zdjęcia zamiast wybrać wizytę w muzeum – zdjęcia i tak można znaleźć w przewodnikach czy po prostu wygoolać w internecie. Jaki jest za ten powód? Nie ogarniam niektóych zakazów.

  5. Zgadzam się w pełni z Burnem. Nie wiem, co komu szkodzi robienie zdjęć w muzeum. Zwłaszcza, ze zdjęcia eksponatow obrazów itd i tak z pewnością już od dawna znajdują się gdzieś w internecie