Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

26.08.2014
wtorek

Internet potrzebuje wyjść ewakuacyjnych

26 sierpnia 2014, wtorek,

Uczestniczyłem wczoraj w dyskusji w Radiu dla Ciebie na temat manipulacji informacją w Sieci. Manipulacja w Sieci była rozumiana bardzo szeroko, a ton rozmowy szybko stał się pesymistyczny.

Jak się szybko okazało, nie chodziło tylko o świadome przekłamania, ale za ogólną odpowiedzialność – tak źródeł treści, jak i pośredników – za jakość i prawdziwość informacji. Dyskusja wyszła od propagandowych, fotoszopowanych obrazów (jak choćby ten – irańskich testów broni rakietowej), ale z czasem rozmawialiśmy szerzej, o odpowiedzialności mediów za jakość informacji, a nawet odpowiedzialności Facebooka za zawartość przedstawianych „osi czasu” użytkowników (świadomość ich „skrzywiania” przez Facebookowe algorytmy wzrosła przy okazji sprawy badania emocji na Facebooku).

Przechodząc do rozwiązań problemu, rozmawialiśmy o znaczeniu indywidualnej edukacji medialnej, uzbrajającej internautów w odpowiednie kompetencje (co szybko okazało się jednocześnie ważne i niewystarczające jako rozwiązanie), o znaczeniu mediów publicznych w utrzymywaniu standardów (pojawiło się hasło „publicznych mediów sieciowych”…) i wreszcie o konieczności regulacji państwowej internetu. Ja sam wspomniałem o idei „slow media” jako ratunku przed dezinformacją napędzaną koniecznością ciągłego publikowania obrazów, informacji, wydarzeń. Idea piękna, ale nie wierzę za bardzo w zwycięstwo norm społecznych nad normami zakodowanymi w technologii.

(Audycja, z udziałem także Dominiki Bychawskiej-Siniarskiej z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Macieja Ślusarka z kancelarii prawnej LSW, jest dostępna tutaj).

Wyszedłem z radia z poczuciem, że dyskusja wpadła w przewidywalne koleiny. Że jej ton był dziwnie znajomy – w ostatnich miesiącach szereg różnych rozmów i debat wyglądało podobnie. Za punkt zwrotny debaty publicznej o internecie można przyjąć zeszłoroczne rewelacje Edwarda Snowdena. To mniej więcej wtedy próby pozytywnego patrzenia na internet w społeczeństwie zaczęły być uznawane za niezdrowy idealizm (w najlepszym wypadku).

Jaki jest podstawowy kłopot dyskusji takich, jak ta środowa? Pesymistyczne diagnozy są już dość dobrze opisane (choćby przez Morozowa), wszyscy powtarzamy podobne argumenty. Natomiast ciągle brak recept, konstruktywnych rozwiązań. Mówi się np. dużo o interwencji publicznej w przestrzeni internetu, tylko że nikt nie potrafi jej opisać. Ukazała się nawet niedawno książka „People’s Platform” Astry Taylor – liczyłem, że przedstawi ona wizję „publicznego internetu”, będącego tytułową „platformą ludową”. Ale Taylor nie umie zaproponować dużo więcej niż ogólne porównania do osiągnięć w kwestii żywienia, ruchu zdrowej żywności i ekologicznego rolnictwa.

Jednym słowem: po każdej takiej dyskusji sprawy wyglądają nieciekawie.

Natomiast w drodze z radia do domu nastąpił dobry zbieg okoliczności – wysłuchałem podkastu z serii „99% Invisible” (rewelacyjnego cyklu audycji na temat designu widzianego z szerszej, społecznej perspektywy) na temat wyjść awaryjnych. Okazuje się, że w XVIII wieku domy były ich pozbawione – mieszkańcy w razie pożaru mogli najwyżej krzyczeć „pali się” i czekać na straż pożarną. W XIX wieku standardowe wyjście awaryjne prowadziło na dach, testowano też koszyki zawieszane na linach i spadochrony. Współczesne standardy zostały wypracowane dopiero w XX wieku, a jednym z przełomowych momentów był pożar w Asch Building w Nowym Jorku. W trakcie pożaru tej ognioodpornej budowli zginęło 146 osób – sam budynek nie ucierpiał.

Występująca w audycji historyczka technologii Sara Wermiel stwierdza w pewnym momencie: „Pożar dowiódł, że architektura nie może chronić ludzi. Ludzie muszą potrafić siebie chronić przed architekturą”.

Co oczywiście nie znaczy, że uważamy nasze domy za zło – po prostu rozumiemy dziś, że sprzyjające nam narzędzia w określonych sytuacjach stają się zagrożeniem, i wypracowaliśmy odpowiednie regulacje i awaryjne rozwiązania, by temu sprostać.

Możliwe więc, że jesteśmy – w kwestii regulowania takich zagadnień jak jakość informacji czy ochrona (szeroko rozumiana) użytkowników – na poziomie XVII-wiecznej architektury. Analogia na pewno nie jest doskonała, bo wówczas mieliśmy do czynienia z zagrożeniami naturalnymi – w Sieci źródłem ryzyka są zazwyczaj skalujące się globalnie serwisy i mechanizmy wytworzone przez ludzi. Ale to porównanie pozwala mieć nadzieję, że regulacje da się wypracować.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Trzeba byłoby zacząć od określenia w jaki sposób jest możliwe wstawienie na stronę serwisu informacji o „wyjściu ewakuacyjnym”. No, właściwie pewne narzędzia są – mam wyłączone pluginy pozwalające mi na oglądanie reklam. Ale to za mało, potrzebne jest jeszcze jakieś regulowanie „zachowania użytkownika, który komentując wynagradza się”. Nieważne co, ważne, żeby inni też dali plusa/like/whatever. Trochę jak ze szczurami Skinnera, które nie potrafią przestać naciskać w przycisk, co daje im fizjologiczną wypłatę. No, ale większość użytkowników forów po artykułami, które są tylko wstępem do zabawy, jest lurkerami.

    A co może być atrakcyjniejsze od takiej bezrefleksyjnej zabawy, która wciąga lud?

    Społeczne media jeszcze nigdzie nie wypaliły (nie ma efektu skali). Blogerzy w końcu stają się biznesmenami, a tzw. media społecznościowe zakładane są przez firmy, dla zarabiania na przestrzeni reklamowej, podobnie jak mainstream.

    Alek, na dole tej strony masz (ukryte, bo kto tam zjeżdża) info o licencji. A może daj(cie) info na górze obok loga o tym, że zgodnie z kopimizmem, tę stronę każdy może skopiować, hmm?

    BTW. Dodając ten koment nie jestem ostrzegany, że treść przeze mnie dopisywana będzie też na cc, więc jak z komentarzami? Dotyczy tylko wpisów współautorów bloga, czy komentarzy także? Nad okienkiem mam jedynie zapis: „Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.”

  2. Pingu,

    przede wszystkim, słuszne uwagi co do znakowania licencji i praw użytkowników – jako autorzy portalu „Polityki” nie mamy pełnej nad tym kontroli. zobaczę, co się da zrobić.

    mam podobne odczucia co do społecznych mediów – ale kiedyś nie było też publicznych mediów masowych, a teraz są…

    co do wyjść, nie myślałem o nich dosłownie, raczej chodziło mi o metaforę zdolności uregulowania sytuacji kryzysowej. ale masz rację, że koniec końców to rozwiązania techniczne, a nie regulacja, nas uratują.

  3. No i ja to metaforycznie potraktowałem – jak uciec przed pułapką zabawy w komentowanie, które nie daje obywatelom podmiotowości.

    Ale idąc dalej z ta metaforą – to na instytucjach publicznych tabliczki „wyjście ewakuacyjne” zostało wymuszone regulacjami, podobnie te szybko wypowiadane zwroty o potrzebie konsultacji z lekarzem w reklamach farmaceutyków.

  4. Irańskie rakiety pomnożone na zdjęciach to przecież tylko jedna z całej masy propagandowych wpadek znanych z historii. Ta akurat została szybko wykryta, ale dziwię się, że @Autor się dziwi/jest zaskoczony.

    Nie mam konta na Facebooku gdyż miałem negatywne doświadczenia z Naszą klasą a wcześniej z America Online. Obydwa portale zadziałały nawet za dobrze. Przez nk odnalazł mnie „kolega” z klasy w podstawówce, kryminalista po wyroku, z wielkim entuzjazmem do odnowienia znajomości a także koleżanka z klasy, której zajęło kilka postów zanim zaczęła robić mi jednoznaczne propozycje. Przez America Online nowi „znajomi” tak długo byli przyjacielscy dopóki nie przekonali się, że obcych ludzi nie będę rekomendować do pracy w moim miejscu pracy, którym przez naiwność neofity się pochwaliłem.
    Dlatego Facebook to dla mnie synonim (tutaj ciąg soczystych wyzwisk) i nic więcej, gdyż tylko „ulepszył” metody okradania ludzi z prywatności.
    Coś w rodzaju dilera narkotyków.

    Dezinformacja internetowa nie jest nowa ze względu na stopień prawdomówności. Ja jeszcze za środkowego Gierka w Polsce zadawałem w podstawówce pytania o Katyń (Ma @Autor pojęcie – w podręczniku nie było!) a do tej pory jak najbardziej żywe różne tuzy ówczesnego dziennikarstwa firmują „wiarygodność takiej „Polityki” czy „Gazety Wybiórczej” (nie mówiąc o reszcie polskich mediów) i są ludzie, którzy biorą ich poważnie.
    Dezinformacja internetowa jest nowa tylko przez nowość medium.
    No ale jak dziewczyna obwinia Internet za zgwałcenie jej na randce dlatego, że umówiła się „na internecie” a nie pamięta, że to samo spotkało jej starszą siostrę po wyjściu z zabawy w wiejskiej remizie, po nocy, po pijaku i z nowo poznanym „znajomym” to już nie moja wina.

    W sprawach poważnych wyjściem awaryjnym jest zaskarżenie do sądu autora danej informacji. Sąd zwykle wymaga udowodnienia, że skarżący poniósł jakąś stratę. Albo że zostało naruszone jakieś prawo, wymagające reakcji prokuratora „z urzędu”.

    I na koniec znowu dziwię się zdziwieniu @Autora. Przecież chyba każdy wie, że wszelkie przepisy typu „BHP” czy ochrony środowiska są bezpośrednim skutkiem jakiejś dawnej tragedii. Obniżanie kosztów postępuje tak długo aż kogoś śmierć spotka i albo zaskarży firmę do sądu albo zrobi się tak duży smród polityczny, że wystraszy to klasę aktualnie rządzącą.