Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

10.03.2015
wtorek

Czy pamiętasz czasy, gdy muzyka była za darmo?

10 marca 2015, wtorek,

Quartz opublikował ciekawy tekst o tym, jak „Taylor Swift wygrywa wojnę z darmową muzyką”. Swift jest jedną z topowych megagwiazd, która mogła sobie pozwolić na „zniknięcie” ze Spotify. I to zrobiła

Uzasadniła to faktem istnienia opcji darmowej serwisu, żyjącej z reklam. Konkurencja Spotify takiej opcji nie ma. Zdaniem Swift opcje darmowe psują rynek, więc „music should not be free”.

(Dziwne że nikt tego wcześniej tak wprost nie powiedział, znak czasów!).

Tekst z Quartz rozwija wątek, pisząc o najnowszym serwisie muzycznym Apple, który ma szansę zdominować rynek i w którym darmowej opcji najpewniej nie będzie. W tekście są też dwa ciekawe wątki.

Pierwszy dotyczy Youtube: serwisu, którego widownia (za darmo) sięga miliarda i którego – na razie – nie dotyczą w ogóle dyskusje o modelach biznesowych toczone między serwisami o użytkownikach na poziomie dziesiątków milionów. Drugi to rozsądny głos przedstawiciela Spotify, który twierdzi, że darmowa opcja i tak istnieje, w postaci „Youtube, Pandory i piractwa” – więc równie dobrze serwisy płatne mogą ją oferować same, by przyciągnąć klientów.

Odnotowuję ten tekst, bo jest kolejnym kamyczkiem budującym we mnie poczucie, że jesteśmy na skraju przechylenia się szali w stronę płacenia za treści w internecie. W artykułach o rynku prasowym „Wall Street Journal”, od lat działający za „pay wallem”, jest coraz rzadziej dziwactwem, a coraz częściej przodownikiem trendu.

Ale tak naprawdę ta dyskusja nie do końca mnie interesuje – nie jest to bowiem dyskusja o „free” jak „wolna kultura”, tylko o „darmo” jako jednym z modeli biznesowych. A od modelu oczekiwałbym przede wszystkim, że będzie uczciwy dla mnie jako konsumenta.

Więc przede wszystkim ubolewam nad brakiem dyskusji nad prawdziwą opłatą abonamentową – obejmującą cały internet (takie było założenie haseł typu „Music like water” – w wyliczeniach abonament na cały internet miał kosztować kilka euro/dolarów).

Równocześnie – w sposób, którego nikt zdaje się nie monitorować – ceny wirtualnego są windowane do cen realnego, mimo w oczywisty sposób niższych kosztów obrotu cyfrowego.

Po trzecie, skoro płacę pieniędzmi, to dlaczego płacę też swoją prywatnością? Oczywiście dane osobowe są tym, dzięki czemu usługi są takie sprytne i spersonalizowane – ale na pewno dałoby się technologicznie zrobić tak, by usługi oparte na moich danych służyły mnie, ale już nikomu więcej.

Tylko póki konsumenci nie zyskają wyraźnego głosu, będziemy mogli po prostu wybierać między różnymi progami płatnych i bezpłatnych usług w obserwującej nas chmurze.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Cóż, chyba się kończy internetowy NEP.

    Nie chcę prognozować, co dalej, bo po pierwsze, procesy będą nieciągłe, po drugie, będą zewnętrzne do sieci i społeczeństwa cyfrowego. Wydaje mi się, że znacznie bardziej prawdopodobna jest teraz duża wojna w realu niż mała rewolucja w sieci. Rozwiązania dla sieci będą zapewne ustalać po wojnie jacyś alianci, wśród których niekoniecznie będzie Ameryka, znaczy, tym pewniej będzie, im szybciej ta wojna nastąpi, i tym mniej pewnie, im później się skończy.

    Problem Internetu niejako rozwiąże się sam – poprzez dobór tych, którzy go regulują jakimś nowym Bretton Woods. Gdyby tam dominowały Chiny, nie przyjmą reżimu praw autorskich, który narzuca Ameryka, podobnie muzułmanie i chyba Rosjanie. Zapewne nasze intelektualne konstrukcje niewiele wtedy będą znaczyć, zresztą, jakby co, to o własności i sprawiedliwości w sieci już chyba wszystko napisano, nic tylko wybierać, choćby stąd:
    http://chlebus.eco.pl/CYBER/EkonomiaSieci.htm