Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

6.02.2017
poniedziałek

Bajka o dwóch apkach

6 lutego 2017, poniedziałek,

W ostatnich dniach miałem kontakt z dwoma apkami edukacyjnymi, dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Poczułem się wciągnięty w hobbesowski świat, w którym cele edukacyjne konkurują z zarabianiem pieniędzy. I wszystkie chwyty są dozwolone.

Kontakt z tymi apkami miały też oczywiście moje córki (5 i 7 lat). I za każdym razem było to doświadczenie dość straszne. Raz z powodu reklam, a za drugim razem z powodu nachalnego modelu „free to play”. Dwa razy zadałem sobie pytanie: czy takiego internetu potrzebują moje dzieci? Okno na świat? Globalna biblioteka? Raczej dyskont z nachalną promocją.

Kaczka dziwaczka

Kaczka dziwaczka. Ilustracja: Franciszka Themerson. Polona.

*

Apka przedszkolna dotyczyła pieczenia ciast. Zainstalowaliśmy ją na tablecie z jednego ze sklepów z apkami. Wielkich tortów przekładanych śmietaną, lukrowanych, ozdabianych owocami, świeczkami i małymi figureczkami śmiesznych stworków. Ale równie bardzo dotyczyła siły pieniądza i konieczności płacenia za wszystko. Jak to we „free to play”, dostępny był jeden tort, mątewka, drewniana szpatułka i całkiem solidny piekarnik. Ale miły skrzacik w lewym górnym rogu stale komentował: mikserem, który możesz u nas kupić wymieszasz ciasto dużo szybciej! konwekcyjny piekarnik upiecze lepiej! skuś się na piękną, plastikową szpatulę. Potem okazało się że oprócz dwóch darmowych świeczek jest kilkadziesiąt świeczek płatnych, i jeszcze figurki jednego z popularnych brandów zabawek, służące wyłącznie ozdabianiu wirtualnych ciast. I jeszcze za wszystko dostaje się gwiazdki i … zgadliście! większości nie da się zdobyć, nie płacąc. Można oczywiście, na dzień dobry, odblokować wszystko płacąc, ale ceny nie da się poznać instalując darmową apkę. A pełna wersja kosztuje prawie 70 złotych – wiele bardzo solidnych, topowych płatnych apek kosztuje dla porównania kilkanaście złotych.

*

Apka szkolna była webowa i została polecona przez nauczycielkę córki. Była to banalna maszynka, która przepytuje z podstawowych działań matematycznych (w klasie córki ćwiczą to na kartce, na przedmiotach, na klockach lego, ale też na komputerze – by ćwiczyć np. pisanie na klawiaturze – bardzo fajnie!). Po kilku wykonanych ćwiczeniach, wyskoczyło okienko z opcją zapłacenia 9 złotych miesięcznie lub obejrzenia reklamy. Obejrzeliśmy więc sobie z córką, w ramach robienia pracy domowej, reklamę żyletek. W porównaniu z „ciastkami za dolary” sytuacja była psychologicznie dużo bardziej znośna. Ale obie opcje były nieciekawe – bo jakim rozwiązaniem jest płacić 9 złotych miesięcznie, jeśli chce się zrobić tylko 20 zadań w stylu „2 x 3 = 6”?

*

W obu przypadkach narzucała mi się myśl: czy właśnie tak powinien wyglądać, od najmniejszych lat, kontakt moich córek z internetem? W pierwszym wypadku mamy przestrzeń zabawy przesyconą problemem pieniądza – niewykupione opcje są przesłonięte kłódkami, i jest ich naprawdę dużo. A miły skrzacik zachęca do zakupów, na zmianę z chwaleniem pięknych tortów. W drugim wypadku mamy model reklamowy podpięty do najbanalniejszych zadań – trochę tak, jakby zeszyty ćwiczeń były przekładane stronami z reklamami sponsorów.

W obu wypadkach można oczywiście powiedzieć: istnieje wolny wybór! Apki nie trzeba instalować, nauczycielka mogła wybrać inny serwis. To zapewne prawda. Ale jeśli tak postawimy sprawę, to lądujemy w hobbesowskim piekle apkowym, gdzie każy apka człowiekowi wilkiem. Czy jako społęczeństwo nie stać na więcej, jeśli chodzi o formacyjne doświadczenia naszych dzieci z kluczowymi technologiami? Czy system edukacyjny nie powinien prostych narzędzi eduakcyjnych zapewniać dzieciom za darmo? Na tablicach w klasie (na szczęście nie ma reklam).

Można też powiedzieć – motyw zawsze powraca w takich dyskusjach – że nie ma darmowego lunchu! Że trzeba opłacić serwery, i tak dalej, więc reklamy są konieczne. Jestem coraz bardziej przekonany, że taki lunch jednak istnieje – może nie darmowy, ale za grosze.

*

Co można z tym zrobić?

Po pierwsze, mocno dbać o standardy w cyfrowych przestrzeniach edukacyjnych. Ministerstwo Cyfryzacji konsultowało niedawno koncepcję Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej: na bazie budowanej właśnie infrastruktury szerekopasmowej powstaną różnorodne usługi edukacyjne i zasoby treści. Tradycyjnie, w dokumencie jest mowa o bezpieczeństwie, na przykład o filtrowaniu treści. To temat dobrze znany, od lat o te kwestie troszczy się szereg silnych organizacji. Ale nie ma mowy o miękkich aspektach użyteczności tej przestrzeni: o realizacji potrzeb użytkowników, a tymi ostatecznie będą dzieci. Z ich perspektywy należy twarde myślenie o bezpieczeństwie uzupełnić kwestiami miękkimi, wynikającymi z założeń edukacji medialnej. Pierwsze założenia to niekoniecznie moment, by o tym myśleć, ale mam nadzieję że już lada moment MC zacznie myśleć o tej sieci z perspektywy „user centered design”.

Sprawa oczywiście nie jest prosta. Bo najprostsza, narzucająca się zasada brzmi: w tej przestrzeni powinno być jak najmniej reklam. Ale żeby to zrobić, najprościej byłoby zacząć filtrować. Tymczasem równie ważna jest otwartość tej sieci na cały internet – nie może to być zamknięta enklawa, o kontrolowanym zasobie treści.

Po drugie, zacząć myśleć choć trochę o samo-regulacji tej przestrzeni. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wspierać sektor apek i serwisów edukacyjnych w wypracowaniu lepszych standardów. Zasad pokazywania reklam dzieciom. Ograniczania modelu „free to play” w apkach dla przedszkolaków. Itd.

*

W takich sytuacjach przypomina mi się twórca pierwszych komputerów osobistych Alan Kay, i jego wizja „metamedium”, ukochana przez wszystkich edukatorów wierzących w konstruktywizm. Kay jako pierwszy zrozumiał, że komputer to nie tylko maszynka do liczenia, ale też potęzne urządzenie multimedialne. Ta część jego wizji się jak najbadziej sprawdziła, wystarczy policzyć jak dużo ludzi ogląda w swoich komputerach Youtube, a jak dużo programuje. Ale Kay brał na serio termin „osobisty” i wierzył, że użytkownicy będą w stanie programować komputer, tworzyć w nim własne media.

Przykładowo, dziecko pracujące z komputerem mogłoby stworzyć sobie, z gotowych prostych klocków, komputerową zabawę w tabliczkę mnożenia. Albo prostą apkę, w której można „piec” animowane ciasta. Jak się o tym pomyśli, to nie jest to aż tak trudne. W niezliczonych szkołach w Polsce, uczących programowania w Scratchu, najmłodsze nawet dzieci tworzą całkiem złożone, interaktywne animacje. W programie dostępnym za darmo, bez reklam, w wersji full.

Tu znajduję moje światełko w tunelu. Tak popularne dzisiaj kodowanie w szkołach est oparte na fundamentach otwartości. Niemal wszystko, czego potrzeba jest dostępne za darmo. Jest tak, dzięki dekadom pracy koderów tworzących w duchu wolnego oprogramowania. Wierzących, że podstawowe klocki, takie jak języki programowania, nie powinny być komercyjnym produktem. (Wyobraźcie sobie język skryptowy HTML, w którym w podstawowej wersji można stworzyć tylko stronę w „Times New Roman” i z tekstem w kolorze czarnym lub niebieskim – a za resztę dopłacamy). Potem w tym duchu otwartości powstała cała niezbędna reszta, łącznie ze Scratchem, kursami jak programować, czy materiałmi szkoleniowymi „Mistrzów kodowania”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop