Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

4.10.2006
środa

Howard Rheingold i projekt DIY Media

4 października 2006, środa,

Howard Rheingold organizuje od niedawna w Annenberg Center for Communication na University of Southern California w Los Angeles seminarium na temat „DIY media” (Do-It-Yourself, czyli „zrób to sam” jest świetnym terminem w tym kontekście. Zazwyczaj powiedzielibyśmy amatorskie, a to natychmiast kojarzy się z amatorszczyzną. DIY nawiązuje z kolei do ruchu oddolnej produkcji kultury, który podziały na profesjonalistów i amatorów w dużej mierze ignorował). Seminarium jest poświęcone

„zmieniającym się relacjom między producentami i konsumentami kultury oraz wzrostem kultur medialnych opartych na udziale (participatory media cultures), który zachodzi na wskroś różnych sektorów przemysłu [kulturowego] na skutek rosnącej obecności narzędzi i sieci cyfrowych”.

W trakcie pierwszego spotkania Howard Rheingold wygłosił referat o młodzieżowych mediach typu DIY, głosie w debacie publicznej i panikach moralnych (na blogu projektu jest dostępne jego streszczenie). Podstawową tezą referatu było stwierdzenie, że

„Odpowiedź na paniki moralne, które wybuchają odnośnie obecności młodych osób online, winna opierać się na edukacji, a nie regulacji zachowań”.

Śmiesznie jest wyobrazić sobie wirtualną dyskusję, w której o nowoczesnej edukacji dyskutują przedstawiciele polskiego MEN-u z osobami takimi jak wspomniany przez Mirka Jenkins czy Rheingold. Ma rację Mirek, że kwestie alfabetyzacji medialnej to w Polsce fantastyka – w chwili obecnej Ministerstwo zajmuje się jedynie polityką historyczną, a nie wyzwaniami przyszłości. Tłumacząc tezę Rheingolda na polską praktykę należałoby na przykład mniej wierzyć programowi filtrującemu dostęp do stron WWW Benjamin, a więcej mówić o mądrym korzystaniu z sieci. Wiadomo oczywiście, że wielu nauczycieli nie ma jakichkolwiek kompetencji w tej kwestii, gdyż utknęli ze swoją edukacją gdzieś głęboko w XX, analogowym wieku. To akurat nie jest wyłącznie polską specyfiką, Rheingold zauważa, że

„Edukacja, jeśli chodzi o alfabetyzację medialną, odbywa się po szkole, w weekendy, gdy nauczyciel nie patrzy.”

Alfabetyzacja medialna to świadome korzystanie z medium opartego na decentralizacji autorytetu. W tej sytuacji, pisze Rheingold, myślenie krytyczne staje się kluczową umiejętnością – sęk oczywiście w tym, że tradycyjny system edukacyjny traktuje taką zdolność jako podstawę do podważania autorytetu, do anarchii. Dla Rheingolda tymczasem myślenie krytyczne służy nie tylko odbiorowi treści – jest też podstawową aktywnego uczestnictwa w debacie publicznej. Tu dotyka moim zdaniem sedna sprawy – edukacja medialna może być edukacją obywatelską. Dla Rheingolda sprowadza się to do kwestii „głosu”, którym się mówi – może to być głos prywatny, głos nadawcy skierowany do biernych odbiorców, lub wreszcie głos publiczny, skierowany do współuczestników dialogu. Jednym słowem młodzi ludzie, którzy opanowali np. umiejętność pisania bloga mogą ją wykorzystać do wymieniania się poglądami o zespole Tokio Hotel, ale mogą też być nauczeni – bo większości z nich nie przyjdzie to w sposób naturalny – wymieniać się poglądami o sprawach istotniejszych.

„Pokazując studentom, jak używać sieciowych narzędzi i kanałów [komunikacji] do dzielenia się informacją w sferach publicznych, argumentowania za poglądami, odpierania zarzutów i organizacji działań wokół spraw, na których naprawdę im zależy, partycypacyjna edukacja medialna może zapewnić im wcześnie w życiu pozytywne doświadczenia obywatelskie, które ukształtują całe ich życia”.

Brzmi górnolotnie, a, co najzabawniejsze, zaczyna się od remiksowania przez dzieci kreskówek lub piosenek popowych – bo w końcu to są sprawy, na których wówczas najbardziej im zależy.

W dyskusji na stronie Mimi (Mizuko) Ito (etnografka prowadząca fascynujące badania na temat zaangażowania młodzieży w komercyjne systemy kulturowe, rozciągające się na wiele mediów, a złączone jednym brandem, takie jak „Pokemon”) stwierdza, że edukację opartą na transferze wiedzy powinna zastąpić edukacja oparta na wyobraźni. Zastanówmy się, na czym polegałoby w praktyce połączenie idei takich jak medialna alfabetyzacja, uczenie zdolności krytycznego myślenia, konstruktywistyczne założenie o konieczności angażowania uczniów jedynie w interesujące ich projekty oraz edukacja oparta na wyobraźni? Na przykład na tym, że oprócz czytania trylogii Sienkiewicza studenci mieliby dostęp do wersji filmowych, które z pomocą ogólnie już dostępnych narzędzi cyfrowych mogliby na swoje potrzeby dowolnie szatkować te filmy, tworząc nowe całości.

Oczywiście przeszkody piętrzą się natychmiast: zasady prawa autorskiego, opisany przez Mirka brak edukacji medialnej w szkołach, oraz silna (zapewne) niechęć do takiego traktowania tradycji. Granice remiksu to ciekawy i szerszy temat. Wspomnę tylko, że mówiąc o kulturze Read/Write Larry Lessig przywołał osobę Ala Gore’a, byłego wiceprezydenta USA, który obecnie zajął się walką z efektem cieplarnianym (zdaniem niektórych, w ramach kampanii do następnych wyborów prezydenckich). Gore wygłasza swoje przemówienia ze wsparciem prezentacji PowerPoint, która według Lessiga jest najlepszą prezentacją, jaką w życiu widział (a sam jest przez wielu uważanych za mistrza sztuki wygłaszania referatów z prezentacją multimedialną w tle). Zdaniem Lessiga, biorąc poważnie istnienie kultury Read / Write Gore powinien swobodnie udostępnić swoją prezentację w internecie. Spowodowanie bowiem swobodnej „dyskusji” nad prezentacją jest w kulturze z umożliwionym zapisem ważniejsze, niż głoszenie przez jednego nadawcę najbardziej nawet dopracowanych komunikatów.

Treść postu można wykorzystywać zgodnie z licencją Creative Commons.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Wydaje mi się jednak, że w przypadku naszego kraju, pojawia się jeszcze jeden problem (obok braku edukacji medialnej, praw autorskich) – brak umiejętności prowadzenia dyskusji na tematy społeczne. Nie wspominam już o wyrażaniu głębszego zainteresowania takimi tematami. Oczywiście, nie oznacza to, że nikt u nas w kraju nie potrafi dyskutować. To po prostu kropla w morzu potrzeb.

    Poza tym dyskusje (te konstruktywne) powinny zejść z „salonów” do „zwykłych” ludzi, zagościć w ich domach. Do tego świetnie nadaje się internet. Niestety kultura Read/Write dopiero co pączkuje i jednak zdecydowana większość użytkowników internetu jest nastawiona na tryb „Read Only” – zgodnie z „zasadą 1%”.

    Można mieć tylko nadzieję, że z czasem będzie lepiej.