Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

19.11.2006
niedziela

Spotkanie PTI o „telewizji w internecie”

19 listopada 2006, niedziela,

W ostatni wtorek wziąłem udział w spotkaniu zorganizowanym przez warszawski oddział Polskiego Towarzystwa Informatycznego. Spotkanie, zatytułowane dość dziwnie – „Internetowe protokoły mędrców TV” było poświęcone „migracji treści TV do Internetu”, czyli tak zwanej „telewizji w internecie”. Prelegentami byli Tomasz Berezowski z TVN, Adam Dawidziuk z 7bulls.com, Piotr Leszczyński z Cinemana oraz Jan Rychter z Sentivision.

Nie będę relacjonował całego spotkania – wolę powtórzyć za Vaglą: „kto nie był, niech żałuje”. Chciałbym jedynie wynotować szereg ciekawych spraw.

Po pierwsze, termin „telewizja w internecie”, który coraz gładziej przechodzi nam przez gardło, jest w gruncie rzeczy niesamowicie dziwny! Mówimy o tym jak o czymś najzupełniej normalnym, gdy tymczasem oznacza to wciśnięcie w internet medium nadawczego z zupełnie innej epoki. Zostawiamy więc na boku wszystkie dobrodziejstwa internetu, takie jak zasadę end-to-end, komunikację many-to-many i sprowadzamy internet do poziomu nośnika, którym płynie system telewizyjny. Oczywiście telewizja internetowa ma być „i”, a więc równocześnie interaktywna, obudowana serią opcji bliższych już, lub wręcz wynikających z ducha komunikacji internetowej. Ale niemniej ma być telewizją.

Pod koniec XIX wieku rosła popularność „powozów bez koni”, które dopiero po pewnym czasie przepoczwarzyły się w samochody. Marshall McLuhan twierdził, że każde nowe medium rozwija się w środowisku stworzonym przez poprzednie dominujące medium. „Telewizja w internecie”, albo „IPTV” ma więc konstrukcję babuszki, w której nowe medium jest osadzone w kontekście zarówno internetu, jak i telewizji – i próbuje oswajać nowość odwołując się do nazw i rzeczy dobrze nam znanych.

Stosowane nazwy tak właściwie pokazują jedynie, z jakiego segmentu rynku kultury i komunikacji pochodzą aktorzy zaangażowani w dany projekt – nadawcy zajmują się „telewizją w internecie”, dystrybutorzy filmów – „wideo na żądanie”, a operatorzy telefoniczni „telefonią IP”. Terminologia ta na pewno się zmieni – prawdopodobnie na rzecz jakiegoś neologizmu lub nazwy własnej, która rozrośnie się na całe medium. (Rok 2014: „Wituś, zagugluj do mamy, powiedz jej by włączyła gugla i nagrała dla mnie film, ewentualnie zamówiła mi jego guglę do domu, bym miał jak wrócimy z wczasów”). A zmieni się jak sądzę dlatego, że odbiorców końcowych dużo mniej interesuje, czy formalnie rzecz biorąc oglądają film, wideo, telewizję, strumień audiowideo, podcast wideo, wideobloga czy Youtube.

Kwestii nazewnictwa uczestnicy nie poświęcili tyle uwagi, co ja w tym wpisie. Za to bardzo ciekawym wnioskiem płynącym już wprost z dyskusji było znaczenie samej definicji dla rozwoju technologii. Wiąże się to bezpośrednio z kwestią praw autorskich, które grają w przypadku „telewizji w internecie” rolę hamulcowego. Technologie transmisji wysokiej jakości sygnału audiowideo przez internet, choć ciągle niedoskonałe, pozwalają już na wiele. Natomiast podstawowe trudności mają naturę prawną i wiążą się z uzyskaniem od posiadaczy praw autorskich zgodę na korzystanie z ich utworów na nowych polach eksploatacji. Do tego oczywiście potrzeba definicji nowego pola – tu okazuje się, że trudno jest taką „telewizję” zdefiniować. Zdaniem prelegentów najskuteczniejszym obecnie rozwiązaniem jest precyzyjne definiowanie konkretnych form dystrybucji, z pełną świadomością, że są one jednymi z wielu możliwych modeli zrealizowania „telewizji w internecie”. Co potwierdza moje powyższe obserwacje o pewnej sztuczności nazewnictwa starającego się wykrajać z internetu poszczególne media wcześniejsze.

Wreszcie Tomasz Berezowski niesamowicie ciekawie mówił o tym, na jakich krajach Polacy mogą się wzorować w implementowaniu nowych technologii. Sprawa jest istotna, bowiem zacofany stan informatyzacji kraju, wysokie ceny i wynikające z nich niskie poziomy penetracji nowych technologii w społeczeństwie (a może raczej kulturowa niechęć do innowacji?) to dobra powód, by innowatorzy wśród nas pilnie rozglądali się dookoła. Polski sektor „Web 2.0” nie jest na przykład sektorem innowacyjnym, tylko importującym, który doskonale opanował umiejętność klonowania rozwiązań amerykańskich. Zazwyczaj z mizernym skutkiem.

Dlatego też Berezowski uważa, że nie warto porównywać się z Ameryką – przede wszystkim dlatego, że rozmiar tego kraju w połączeniu z zamożnością jego mieszkańców oznacza, że amerykańska nisza jest często tych rozmiarów, co w Polsce mainstream użytkowników. Co sugerowałoby, że długi ogon w Polsce ma zupełnie inne cechy niż w Ameryce i niekoniecznie jest taką żyłą złota, jak to sugeruje Anderson.

Berezowski radzi też nie porównywać się z Japonią – ze względu na różnice kulturowe, które przedstawił na wyrazistym przekładzie. Jego zdaniem katolicki kraj, jakim jest Polska nie może porównywać się ze społeczeństwem, w którym normą jest dwuwyznaniowość (shintoizm i buddyzm) – i tyle.

Z kim więc mamy się porównywać, by nie wyznaczać sobie celów niemożliwych? Zdaniem Berezowskiego z Hiszpanią, krajem katolickim o porównywalnej liczbie mieszkańców co Polska.

Musica LliureJeśli tak, to polecam, do naśladowania, projekt „Musica LLiure”, na który składają się dwie składanki z muzyką katalońską (jedną z muzyką alternatywną, a drugą z jazzem), opublikowane na licencji CC przez Creative Commons Catalunya we współpracy z pismem Enderrock i władzami regionu.

Treść postu można wykorzystywać zgodnie z licencją Creative Commons.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop