Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

19.01.2007
piątek

Myślisz o serwisach społecznych – pamiętaj o prawie autorskim!

19 stycznia 2007, piątek,

„Chcemy być razem w internecie” Marty Strzeleckiej z gazety.pl to dobry zarys tego, co dzieje się w serwisach społecznych.

(Wrócmy może do tego zwrotu, nawiązującego do określenia „social software”, o którym wszyscy nagle zapomnieliśmy – lepsze to, niż pewien paskudny przymiotnik rymujący się z „chałowy”!)

Jedyne co mi się w tekście nie podoba, to całkowite pominięcie kwestii praw autorskich – w tekście dużo jest mowy o wspólnym tworzeniu, o serwisach umożliwiających partycypację w kulturze, itd. Nie ma jednak słowa o tym, jak ważnym czynnikiem jest stosowany model praw autorskich.

Tymczasm istnieje dziś pełne spektrum od pełnej otwartości niczym w Wikipedii do mało przyjaznych dla twórców amatorskich zasad z YouTube. Myślę, że warto opisując te serwisy wyróżniać te otwarte, a krytykować te zamknięte. W zależności od wybranego modelu prawa autorskie będą bowiem albo niczym smar ułatwiający obieg kultury, albo będą też niczym zatarty silnik uniemożliwiający jazdę naprzód.

Warto w tym kontekście przypomnieć tekst „Internet na świetlistym szlaku”, także z gazety.pl, z samego początku roku. Zbigniew Domaszewicz i Tomasz Grynkiewicz piszą w nim, że jednym z gorętszych tematów „internetowych” w 2007 roku będą prawa autorskie. A rewizję obowiązującej ortodoksji w tej kwestii wymuszą właśnie serwisy społeczne:

„Koncerny zdają sobie sprawę, że czas zmienić model biznesowy, który nie sprawdza się w starciu z masą internautów nawykłych do brania wszystkiego za darmo. Wyjścia są dwa: właściciele praw mogą pozwolić, by internauci mieli swobodny dostęp do ich dzieł, licząc, że przełoży się to na wyższą sprzedaż. Mogą też wycofać dzieła, pozwać serwisy o odszkodowanie i utworzyć konkurencyjne portale, choć ze znacznie słabszą marką niż np. YouTube. Niezależnie od tego, którą drogę wybiorą, dyskusja nad prawami autorskimi będzie w najbliższym roku jednym z najgorętszych tematów. I zarazem głównym hamulcem internetowej ewolucji – bo gdyby np. YouTube obedrzeć z wszystkich plików mogących naruszających prawa autorskie (choćby tych, które w tle wykorzystują utwory muzyczne), to czy serwis zdobyłby aż taką popularność?”

W „Świetlistym szlaku” mowa o prawie, bo tekst pojawił się w dziale Gospodarka. W Kulturze miejsca dla praw autorskich już nie było. Z jednej strony rozumiem to rozumowanie, teksty kulturowe w gazetach mają być przyjemne. Z drugiej pora zrozumieć, że świat kultury nie może chować głowy w piasek, pora odkryć prawnika w każdym z nas, zakasać rękawy i przestudiować ustawę o pr.aut. – a potem dowiedzieć się (jeśli jeszcze się nie wie), o co chodzi z tą wolną kulturą.

Najciekawsze informacje znajdziemy jednak – i oczywiście – w dziale „prawo” (Rzeczypospolitej). W połowie grudnia profesorowie Janusz Barta i Ryszard Markiewicz napisali w RP niezwykle pozytywnie o otwartym licencjonowaniu treści (podałbym link gdyby tylko było do czego – RP zamyka tuż po publikacji materiały w archiwum).

Pozwolę więc sobie na szereg cytatów z tekstu pt. „Od ‚wolnego’ oprogramowania do ‚wolnych’ utworów” (RP nr 291, 14.12.2006).

„[…]wydaje się, że nowe modele udostępniania dzieł, choć niepozbawiające znaczenia przepisów prawa autorskiego, wpłyną na ich modyfikację i interpretację. Chodzi tu o zmiany łagodzące rygoryzm ochrony interesów twórców i producentów, zmiany pozwalające pogodzić istniejące rozwiązania prawne z zasadami wypracowanymi przez ruch open source.”

„[…] popularność idei creative commons będzie zapewne uzależniona od rodzaju utworów. Można zakładać, że nieodpłatne udostępnianie upoważniające do dowolnego korzystania, zwłaszcza w Internecie, będzie dotyczyć: dzieł naukowych; pozawydawniczych, półamatorskich przedsięwzięć o charakterze informacyjnym (typu wikipedia); utworów autorów debiutujących, zainteresowanych zwiększeniem popularności lub autorów kontestujących tradycyjne rozpowszechnianie utworów oparte na”modelu własnościowym”.

„[…] wydaje się racjonalne rozważenie ewentualnego ograniczenia treści praw wyłącznych do dóbr intelektualnych, gdy są eksploatowane w sieciach komputerowych. Chodziłoby zatem o przyjęcie nowych paradygmatów odnoszących się do korzystania z dzieł w Internecie. Ograniczanie się do dotychczasowego „własnościowego” modelu sprawia, że istnieje realne niebezpieczeństwo (mimo stosowania technicznych środków zabezpieczających przed dostępem do utworu i jego nieuprawnionym zwielokrotnianiem) dalszego rozwijania się piractwa, a z drugiej strony – systematycznego ograniczania dostępu do informacji.”

„Być może racjonalne byłoby wprowadzenie w pewnym, ograniczonym zakresie obligatoryjnej odpłatnej licencji za korzystanie z utworów usytuowanych w Internecie po ich pierwszym publicznym udostępnieniu za zgodą autora. Wymagałoby to jednak zmian konwencji międzynarodowych oraz postanowień odpowiednich dyrektyw unijnych. Mając to na względzie, należałoby raczej propagować udzielanie dla zainteresowanych użytkowników Internetu – światowej, odpłatnej, standardowej i zryczałtowanej licencji na korzystanie w Internecie dla celów niezawodowych z wszystkich rozpowszechnionych utworów i przedmiotów praw pokrewnych.”

PS. Marta Strzelecka pisze o The Well w kontekście projektów typu Web 2.0 – nazywa legendarną społeczność wirtualną „jednym z pierwszych serwisów opartych na wiedzy tłumu”. Tak daleko korzeni Web 2.0 rzadko kiedy się szuka.

Choć trzeba przyznać, że takie postawienie sprawy pokazuje jak na dłoni, że Web 2.0 to do pewnego stopnia nowa, modna etykieta dla procesu umożliwionego przez technologie internetowe lata temu.

Ciekawe też, że „The Well” jest nazwane „serwisem”. Społeczność internetowa staje się kategorią niemodną – a może wręcz nieprzydatną? – w czasach, gdy po pierwsze zacierają się granice między wymiarem komercyjnym i niekomercyjnym internetu. A dzieje się tak przecież, skoro „oddolna” kultura kwitnie w piaskownicach stawianych przez komercyjne firmy, takich jak serwis Youtube. A po drugie, wiele faktycznie niekomercyjnych społeczności instytucjonalizuje się, obrasta w funkcje, zasady i instytucje i trudno już je nazywać społecznościami. Patrz – Wikipedia.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. > mało przyjaznych dla twórców amatorskich zasad z YouTube.

    Na czym polega mała przyjazność zasad YouTube? Brak możliwości pobrania pliku video? Alek, nie przesadzajmy.

    Nie wiem, czy zauważyłeś, ale YouTube zrobił dla wolnej kultury niezwykle wiele. Rok temu nie do pomyślenia było, żeby wziąć ze strony czyjeś nagranie wideo i umieścić na własnej stronie. Z dwóch powodów — prawa autorskie (kradzież!!) i obciążanie czyjegoś łącza. Dzisiaj nawet taka Gazeta.pl podsuwa każdemu pod nos kod EMBED do umieszczenia nagrania na własnej stronie WWW. Powiedziałbym, że nastąpiła RADYKALNA zmiana — od straszenia „wszelkie prawa zastrzeżone, zakaz kopiowania” do proszenia „hej, może weźmiesz to nagranie na swoją stronkę?”. Czy to nie piękne?

    Co ciekawe, ta możliwość umieszczenia nagrań na własnych stronach nie wynikła z jakichś wzniosłych pobudek wolnokulturowych itp., ale KODU (Lessig mówił coś takiego, że kod ustanawia prawo). Jeśli się nie mylę, nie dałoby się tak zrobić, by udostępniać nagrania wideo na własnej stronie we Flashu, jednocześnie uniemożliwiając jego odgrywanie, kiedy kod nagrania jest umieszczone na innej. Miałem kiedyś taki „problem” w przypadku czatów Polchatu — każdy mógł skopiować kod wstawiający aplet czata i w nagłówku strony dopisać BASE HREF=polchat.pl; aplet nie był wtedy w stanie rozpoznać, że znajduje się na stronie innej niż polchat.pl.

  2. > Ciekawe też, że ?The Well? jest nazwane ?serwisem?.

    Raczej ciekawe, że użytkownicy The Well są nazwani *tłumem*, podczas, gdy używa się określenia społeczność dla każdego zbiorowiska użytkowników, którego praktycznie nic nie łączy.

  3. Mam jeszcze takie pytanie: czy naprawdę wszystkie komentarze muszą być moderowane? Prowadzę bloga bez prawie żadnych zabezpieczeń od prawie roku, wyciąłem może 2-3 spamy… cenzura prewencyjna w kontekście kultury 2.0 jakoś nie współbrzmi (WP ma mnóstwo bardziej efektywnych mechanizmów niż poddawanie każdego komentarza kontroli).

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Mysle, ze tradycyjne myslenie o copyright zapomina o tym jak wielka wartosc stanowi nie utwor sam w sobie ale to co moze powstac dzieki niemu – rozmowa o nim, mozliwosc nawiazania kontaktu z innymi fanami itd. To wlasnie te rozne dodane wartosci sprawiaja, ze najbardziej zagorzali fani staja sie najwiekszymi piratami a wiec w tradycyjnym rozumieniu wrogami tworcy.

  6. Mi się wydaje, że możliwość osadzania przez użytkowników na własnych stronach plików z YouTube czy z innych serwisów tego typu, miała niewiele wspólnego z takimi górnolotnymi ideami jak rozwój wolnej kultury.

    To się po prostu opłaca, to realizacja bez kosztowej kampanii serwisu na barkach jego użytkowników. Zjawiska jak wspomniany rozwój wolnej kultury to jedynie miły skutek uboczny 😉

  7. Pingback: Kultura 2.0 » Archiwum bloga » spoleczny!!!

  8. Bardzo ciekawy post, trudno się nie zgodzić z autorem. W czasach gdy każdy może sobie stworzyć portal społecznościowy chociażby na skrypcie SocialEngine – socialengine.pl powstają one masowo. Liczy się pomysł i to jedyna receta na sukces.