Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

25.04.2007
środa

Dwie godziny czasu Papa

25 kwietnia 2007, środa,

Wczoraj – w ramach przygotowań do jutrzejszego wystąpienia – poszedłem na koncert Papa Dance. Piszę o tym, bo myślę, że powroty po latach zespołów, których członkowie z młodzieńców stali się 40-letnimi tatuśkami są fascynującym znakiem naszych czasów. To istotny wkład teraźniejszości w kulturę popularną, który wywraca do góry nogami całe przesłanie rock’n’rolla. Bohaterem przestał być młody buntownik, jest nim starzejący się, a czasami starszy człowiek za tym buntownikiem tęskniący.

Myślę, że każdy, jeśli może, powinien zafundować sobie taką rozrywkę. Która bawiąc uczy, bowiem pokazuje, co dzieje się z popkulturą, gdy ze świeżego fenomenu przekształca się miejscami w dziedzictwo kulturowe. Bo z popkulturą jest trochę tak jak z nowymi mediami – sama nazwa kojarzy się z czymś stale świeżym, młodym, zaskakującym. Łatwo więc nie zauważyć, jak liczona już w dekadach popkultura zmienia się, dojrzewa, miejscami przekwita. Szkoda, że nie ma sposobu subtelnych zmian, na przestrzeni lat, tego rodzaju nazw, by pokazać, że coś się zmieniło.

Papa Dance było jednym z pierwszych zespołów, jakie usłyszałem na żywo, a może w ogóle świadomie? Były jeszcze koncerty u Babci Jadzi w warszawskiej Filharmonii, na które chodziłem chyba z własną babcią, i z których zapamiętałem panią Babcię pokrzykującą „Tu Baba Sowa!!!”. Papa Dance usłyszałem w bardzo wczesnej podstawówce na zabawie wigilijnej dla dzieci pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Był Św. Mikołaj i Papa Dance, zabawki i słodycze z ZSRR i Lady Pank. Muzyki nie pamiętam, pamiętam tylko, że muzycy z pierwszego zespołu rozdawali autografy na lewo i prawo, a z drugiego zaszyli się tuż po koncercie w kanciapie – i autografów nie było.

Wczoraj w pierwszej chwili nie rozpoznałem Pawła Stasiaka. Zawsze, nawet jako dwudziestolatek, miał w sobie coś z dzieciaka. Tymczasem wczoraj pojawił się na scenie z lekkim uśmieszkiem, przez który dziwnie przypominał Davida Bowie, też w jego podstarzałej fazie. Dla mnie najciekawszym momentem koncertu była piosenka „Ocean wspomnień” – jej słowa zabrzmiały dziwnie szczerze i melancholijnie z ust 40-letniego Stasiaka:

„Szary wiruje pył / Tylko on / Mnie nie opuszcza / Skąd mam wziąć tyle sił / Abym mógł / Miejsce odnaleźć swe? „

Muzycy na starość remiksują tak naprawdę twórczość z własnej młodości – trudno to inaczej nazwać. A tak naprawdę wszyscy jesteśmy remiksami siebie samych sprzed lat.
PS. Wychodząc z koncertu zauważyłem grający nad barem telewizor z wyłączonym dźwiękiem. Właśnie leciał teledysk Lady Pank, sprzed lat. Na scenie Stasiak śpiewał o naj, naj, najpiękniejszej, a z telewizora Panasewicz szczerzył drapieżnie zęby. Ciekawe, jak on się zestarzał, oby nadal nie rozdawał autografów dzieciom z podstawówki.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Jakiś czas temu felietonista miesięcznika Gramophone pisał o swojej fascynacji muzyką klasyczną wskazując, że w niej z innych powodów wraca się do utworów sprzed lat. O ile w muzyce popularnej chodzi o pewien sentyment, o jakąś próbę powrotu do młodości; to w muzyce klasycznej chodzi o odkrywanie nowych treści, które ujawniają się przy wysłuchiwaniu po raz kolejny tych samych utworów.

    (Oczywiście nie uważam, że felietonista miał rację w 100%. Ale miał jej sporo. I chyba te powroty muzyków są tego przykładem.)

  2. Zespół Papa Dance kojarzy mi się z poczatkiem lat 80ych i wawrzyszewskim studiem nagrań Tonpress`u (wtedy chyba jednym z jeśli nie najlepszym technicznie w kraju). W ramach jednego z wielu dyskursów w sąsiadującym ze studiem klubie muzycznym kilku reżyserów dźwięku (tak się to chyba wtedy nazywało) pokłóciło się o to czy można sztucznie stworzyć przebojowy zespół. Sztucznie bo generalnie „podkręcony” i „podretuszowany” na stole mikserskim. Jeden z lepszych w tej branży niejaki SW podjął się takiego wyzwania. Po kilku nagraniach, które stały sie przebojami członkowie tak powstałego zespołu uwierzyli, że to oni a nie założyciel są debeściakami. Pomylili się …

  3. remiks wydaje mi się taką… ekshumacją czasu. i jeśli karmiony jest wypaleniem, nic dobrego z niego nie wychodzi. co innego, kiedy do pierwotnego utworu dołożone zostaje dużo nowej interpretacji – ale to jest możliwe praktycznie tylko w przypadku, kiedy remiksują zespoły inne, niż autorzy pierwszych wersji. Czyli Papa Dance, Genesis, i stu innych wykonawców, którzy z powodu kontraktów, presji ekonomicznej lub innych powodów i potrzeb własnych wracają na scenę ze starym materiałem to raczej nie remiksy, a comebacki – zazwyczaj wtórne i mało satysfakcjonujące.

  4. Dla mnie również mało fascynujące, zwłaszcza pod względem artystycznym, są powroty wielkich gwiazd sprzed lat. Wydaje się, że nie chodzi tu o nic więcej, niż tylko chęć zarobienia na przeszłości i sentymencie słuchaczy. O remiksowaniu można mówić, gdy np. Czesław Niemen był samplowany przez Warszafski Deszcz, i to jest fajne, bo widać prawdziwą fascynację młodych sięgających (często nielegalnie przecież) po kawałki mistrzów. A gdy Kombi wraca, i nazywa siebie Kombii, to nie czuję tu ani krzty wiarygodności.
    Z drugiej strony trudno jest stawiać przed muzykami jakieś granice, że już nie powinni. Dla nastolatków pewnie „dinozaurami” mogą być już takie zespoły jak t.love, hey czy kult. Wobec cosezonowej produkcji gwiazdek muzycznych rynek zmienia się coraz szybciej. Ciągle mamy nowość, nowość, nowość. Nie dziwi więc też specjalnie przywiązanie do starych choć mało jarych ideałów.