Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

25.05.2007
piątek

„Czym innym są utwory, jak nie towarami?”

25 maja 2007, piątek,

„Czym innym są utwory, jak nie towarami?”

To zdanie, wypowiedziane poprzez panelistę na konferencji MKiDN poświęconej „Nowym technologiom i ochronie IP” w grudniu 2006 roku (napisałem z niej notatkę) dobrze oddaje typowe dzisiaj nastawienie do dóbr kultury. „Utwór to towar, na którym mogę zarobić” to również podstawowy argument za ścisłą kontrolą poprzez system praw autorskich. Wypowiada go wielu twórców w Polsce (Wojtek Orliński przedstawił ostatnio ciekawą definicję twórcy w czasach przesiąknięcia kultury zasadami systemu IP, nazywając siebie „człowiekiem żyjącym z eksploatacji majątkowych praw autorskich”). Podejrzewam, że uczynił to mimochodem i przywiązuję zbyt dużą wagę do tego stwierdzenia cytując je po raz drugi, ale opozycja twórca i jego dzieło / człowiek żyjący z eksploatacji majątkowych praw autorskich wiele tłumaczy o specyfice dzisiejszej kultury.

Utwory nie są jednak towarami – Burlap odnosząc się do historii z napisami stara się odejść od myślenia o kulturze w kategoriach czysto ekonomicznych. A takie myślenie uprawiają również użytkownicy sieci p2p i serwisów z napisami, argumentując głównie w kategoriach za wysokich cen, złej jakości usług, itp. Pokazuje więc, że dostęp do dzieł kultury – np. z pomocą „pirackich” sieci p2p może być traktowany jako realizacja podstawowych praw kulturowych:

W końcu „prawa społeczne, ekonomiczne i kulturalne” już dawno uzyskały (odzyskały?) status praw podstawowych. Prawa społeczne i ekonomiczne są – szczególnie w UE – dość solidnie uregulowane, prawa kulturalne jakby mniej.

dostęp do różnych ważnych usług – takich jak elektryczność, transport, telekomunikacja czy poczta. Tak jakoś wyszło, że dla rozwoju społeczno-ekonomicznego uznano taką infrastrukturę za ważną. […] Tymczasem dla kultury proponuje się rozwiązania coraz bardziej liberalne.

Po głosie rozsądku pora na coś zupełnie szalonego. Mniej więcej w 100 lat po podobnej propozycji Marka Twaine’a, Mark Helprin pisze na łamach NYT, że prawa autorskie winny być wieczyste. Polecam ten tekst głównie dlatego, że wzorcowo prezentuje on tezę (moim zdaniem fałszywą) na której się opiera – a jest to teza regularnie powtarzana w Polsce przez przedstawicieli przemysłu kulturowego:

„Wyobraź sobie, że po opłaceniu podatku od zarobków, za które zbudowałeś dom, podatku VAT od materiałów budowlanych, podatków od nieruchomości płaconych przez całe życie oraz podatku od spadku opłaconego po twojej śmierci, rząd ostatecznie zyskałby do tego domu pełne prawa? Tak w naszym społeczeństwie nie jest … w przypadku domów. […] Sprawy mają się inaczej, jeśli chodzi o prawa autorskie”

Myślę, że należałoby ten tekst przetłumaczyć i opatrzyć solidnym krytycznym komentarzem. Choć mam wrażenie, że wiara w fakt iż „empetrójka w komputerze = mercedes w garażu” jest zbyt silna, by działały na nią racjonalne argumenty. Niemniej na blogu Lessiga powstaje właśnie zbiorowa odpowiedź na propozycje Helprina.

A ja w takich sytuacjach próbuje sobie wyobrazić świat z wieczystymi prawami autorskimi. Spadkobiercy praw do np. utworów Mickiewicza (co niekoniecznie oznacza potomków) byliby miliarderami. A skoro apetyt rośnie w miarę jedzenia, to trudno wyobrazić sobie koszty licencji na wydawanie poematów Mickiewicza jako lektur szkolnych, wystawianie „Dziadów” w teatrze, nie mówiąc o kinowym „Panu Tadeuszu” Wajdy. Łatwo zapomnieć, jak wiele wszyscy oszczędzamy, że wielką klasykę czerpiemy z domeny publicznej.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Jeśli już mowa o wielkiej klasyce – czemu nie cofnąć się dalej?

    Autorskie prawa majątkowe do Biblii (skoro wieczyste – dlaczegóż nie?) przyniosłyby wszak ich posiadaczom tryliardy w dowolnie wybranej walucie. Nie mówiąc już o organizacjach zbiorowego zarządzania…

  2. Głos rozsądku? Wolne żarty!

    Dla polemiki niezbędne jest m.zd. zacytowanie szerszego fragmentu wypowiedzi Burlapa:

    „Po ludzku oznacza to dostęp do różnych ważnych usług – takich jak elektryczność, transport, telekomunikacja czy poczta. Tak jakoś wyszło, że dla rozwoju społeczno-ekonomicznego uznano taką infrastrukturę za ważną. Firmy telekomunikacyjne, pocztowe czy transportowe nie mogą dowolnie windować cen (co nie znaczy, że nie próbują), ani ograniczać dostępu. Wolny rynek to nie jest.
    Tymczasem dla kultury proponuje się rozwiązania coraz bardziej liberalne. Własność jest święta, nie stać cię – nie musisz uczestniczyć.”

    Czy te usługi świadczone są bezpłatnie? Pytanie retoryczne. Owszem ceny na tym rynku są kontrolowane. Przyczyną wprowadzenia kontroli jest jednak przede wszystkim brak konkurencji na tych rynkach i konieczność zabezpieczenia konsumentów i konkurencji przed nadużywaniem pozycji dominującej oraz próby wprowadzenia elementów konkurencji. I tutaj leży podstawowa różnica pomiędzy nimi a rynkiem kultury. O tym, że dostawcy infrastruktury nie biedują świadczą osiągane przez nich wyniki. Takich zysków, czy nawet rentowności nie może sobie wymarzyć żaden podmiot – użytkownik praw autorskich (wyjątkiem w kwestii rentowności są autorzy i wydawcy takich książek jak Harry Potter czy Kod Leonarda da Vinci).

    Na pytanie:
    „Z jednej strony zdrowy rozsądek podpowiada, że twórcy/artyści powinni mieć możliwość żądania dowolnej ceny za swoje produkty. Jest popyt, jest odpowiednia podaż, a ingerencja państwa spowoduje zakłócenia, które zburzą równowagę. Inny zdrowy rozsądek pyta jednak, czy na pewno jest to równowaga, o którą chodzi?”

    odpowiadam więc – tak dokładnie o taką. Kultura nie jest dobrem powszechnym. Dokładniej, nie jest nim nieograniczony dostęp do dóbr kultury. Nigdy nie był i nigdy nie będzie. Tak samo jak nie będzie nim – z przyczyn ekonomicznych – dostęp do opieki medycznej czy edukacji.

    Oczywiście w każdym z opisanych przypadków państwo (czy szerzej władza), ale też pojedynczy obywatele, powinni dążyć do zapewnienia możliwie równego i szerokiego dostępu.
    Pisząc o państwie myślę o zagwarantowaniu swobodnego dostępu do tych dóbr na możliwie wysokim poziomie wszystkim chętnym/potrzebującym.
    Pisząc o pojedynczych obywatelach myślę o twórcach, którzy decydują się udostępniać swoje dzieła np. na licencjach CC czy o fundatorach prywatnych stypendiów dla dzieci z biednych rodzin.

    Czy jednak ten publiczny koszyk powinien obejmować operacje plastyczne dla chętnych, studia na dowolnie wybranej uczelni na świecie dla każdego, bezpłatny egzemplarz „Zagubionych” w każdym domu (lub kopię na każdym komputerze) i to w dwa dni po telewizyjnej premierze?

    Mamy prawo nie zgadzać się na równowagę, z jaką mamy do czynienia obecnie, z polskiej perspektywy wręcz musimy. Ale starać się o jej zmianę powinniśmy przede wszystkim nie przez ograniczanie obowiązującego katalogu uprawnień twórców, ale przez dążenie do zwiększenia nakładów państwa na kulturę (poszerzanie dostępu do niej) oraz promowanie wśród twórców dobrowolnego ograniczania przez nich przysługujących im uprawnień. Metoda zachęty, perswazji, wskazywania korzyści z przyjęcia takich rozwiązań jest zdecydowanie właściwszą niż odgórne ograniczanie uprawnień czy tolerowanie (a nawet promowanie) ich naruszania (casus napisy.org).

  3. Uważam, że o zmianę równowagi tym bardziej nie możemy się starać poprzez ograniczanie uprawnień odbiorców.
    Ja nie postuluję ograniczania uprawnień twórców, ale pozostawienie ich na tym samym poziomie, chociaż zapewne najlepszym rozwiązaniem byłoby przewrócenie całego systemu do góry nogami (i w związku z tym paradoksalnie cieszę się, że pojawia się tekst o wiecznych prawach autorskich i powstaje projekt odpowiedzi).
    I dla tego przewrócenia systemu do góry nogami proponuję tok myślenia o kulturze, jako o „dobru społecznie pożądanym”. Tym bardziej, że konkurencja po pierwsze sama z siebie odbiorcom nie pomaga (patrz prawa konsumenta i prawa pracownicze), po drugie mam pewne wątpliwości co do tego, że w „przemyśle treści” mamy zdrową konkurencję, szczególnie na poziomie dystrybucji (a kwestia dostępu w znacznym stopniu sprowadza się do dystrybucji, a nie do wolności tworzenia).

  4. Piotrze,

    Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego piszesz, że „Kultura nie jest dobrem powszechnym. Dokładniej, nie jest nim nieograniczony dostęp do dóbr kultury. Nigdy nie był i nigdy nie będzie.”

    Ogólnie argumenty kończące się na „nigdy nie był nigdy nie będzie” są dość wątpliwe. Sama kultura – jako zbiór narracji, wartości, itp. jest dobrem wspólnym (rozumiem, że masz to samo na myśli pisząc o „powszechnym” – kłopot w tym, że nośniki analogowe takimi dobrami nie są. Ale jak dobrze wiadomo nośniki cyfrowe są właściwie dobrami wspólnymi i wiele osób twierdzi, że nieograniczony dostęp do dóbr kultury jest możliwy. A dlaczego by nie? Nikt nie twierdzi, że ma to być dostęp darmowy, ale może to być dostęp tani. Przyjrzyj się tylko telewizji publicznej – jaką ilość treści generuje z niedrogich abonamentów, opłacanych w dodatku przez mniej niż połowę mieszkańców.

    A jeśli chodzi o tolerowanie napisów, przy Twoim podejściu umyka kwestia zmiany pokoleniowej – badania pokazują, że młodsze pokolenia nie widzą w tym naruszania praw – wręcz przeciwnie, traktują swobodny dostęp jako coś równie naturalnego, jak Ty fakt, że kultura nie jest dobrem powszechnym.

  5. alek
    1. Dlatego, że tak uważam. Dostęp do kultury zawsze w historii był ograniczony i jest to IMO stan naturalny. Rozumiem oczywiście argument rozwoju cywilizacyjnego. Rozwój ten nie może jednak polegać na odbieraniu jednym (praw autorskich) i dawaniu innym (swobodnego dostępu do dóbr). Istniejący model prawa autorskiego musi i ulega ewolucji, ale nie może ona przeczyć samej istocie tej instytucji. Odgórne ograniczanie katalogu uprawnień twórców musi zresztą prowadzić do spadku poziomu kultury (co jestem w stanie obronić, ale forma komentarza niezbyt się do tego nadaje).

    Co innego, jeśli twórca sam decyduje się na ograniczenie swoich uprawnień. Stąd moje poparcie dla idei CC przy równoczesnym sprzeciwie wobec odgórnego ograniczania uprawnień autorów.

    2. „nośniki cyfrowe są właściwie dobrami wspólnymi i wiele osób twierdzi, że nieograniczony dostęp do dóbr kultury jest możliwy” – Nośnik i utwór to dwie różne rzeczy pojmowanie dzieła jako nośnika to powrót do koncepcji rzymskich, gdzie właściciel nośnika traktowany był jako „właściciel” utworu na nim utrwalonego (można się też zastanowić nad średniowiecznymi manuskryptami). Dostęp do nośnika jest mniej ograniczony (bo nie nieograniczony, zważywszy na ceny sprzętu i dostępu do sieci), ale dostęp to dóbr kultury nie jest. Czym innym jest stworzenie nośnika, a czym innym dobra, o czym jako twórca świetnie wiesz.

    3. Struktura dochodów i wydatków TVP wskazuje, że niewielką ilość treści.

    4. „badania pokazują, że młodsze pokolenia nie widzą w tym naruszania praw” – Czy jeśli za jakiś czas młodzi dostrzegą w jeżdżeniu cudzymi samochodami coś naturalnego, uznasz że musimy przestać mówić o tym jako o kradzieży? Z góry wyjaśniam, świetnie znam różnice między samochodem i utworem, ale dostrzegam też pewne podobieństwa – każde z tych dóbr ma pewną wartość.

    burlap
    „Ja nie postuluję ograniczania uprawnień twórców, ale pozostawienie ich na tym samym poziomie, chociaż zapewne najlepszym rozwiązaniem byłoby przewrócenie całego systemu do góry nogami” – nie dostrzegasz sprzeczności w tym zdaniu?