Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

25.06.2007
poniedziałek

Polscy muzycy zarabiają na darmowych koncertach

25 czerwca 2007, poniedziałek,

W weekendowym wydaniu „Dziennika” opublikowano ciekawy artykuł. pt. „Polskie gwiazdy zarabiają na gminnych piknikach”. Zdaniem autorów podstawowym źródłem utrzymania polskich gwiazd są darmowe koncerty organizowane przez władze miast i gmin.

Mamy więc dowód, że rzeczywiście muzycy przechodzą od zarabiania na sprzedaży dóbr (płyty) do zarabiania na sprzedaży przeżyć (udział w koncercie). Ale co ciekawsze, koncerty te są organizowane przez samorządy, a przez to darmowe – jest więc to również przykład skutecznego funkcjonowania kultury opartej na subsydiach z pieniędzy publicznych .

Doczekaliśmy się nawet gwiazdy, która podobno nigdy nie zagrała koncertu za bilety. To Monika Brodka, która zapytana o to kiedyś w wywiadzie odpowiedziała: „Niemożliwe, na pewno coś takiego mi się zdarzyło”.

Niektóre gwiazdy do koncertów darmowych odnoszą się z niechęcią – twierdząc, że psują one rynek koncertów biletowanych. Jednocześnie lista stawek, jakie muzycy pobierają za granie „za darmo” dowodzi, że część z nich na takim graniu wypada całkiem dobrze.

Na marginesie tekstu pojawia się ciekawy problem – w zaistniałej sytuacji władze samorządowe stają się menadżerami kultury. Prezydent Gorzowa Wielkopolskiego postanowił zorganizować koncert Piotra Rubika, gdyż podoba mu się jedna piosenka artysty.

Pod koniec tekstu równie ciekawy wątek o braku przejrzystości na polskiej scenie muzycznej. Dużo mówi się o gwiazdach, ale nie wiadomo za dobrze, w oparciu o jakie kryteria. Wyniki sprzedaży płyt zostały kilka lat temu utajnione przez ZAiKS. Trudno zresztą uznać to za dobre kryterium, gdy główną formą dystrybucji muzyki stają się darmowe koncerty. Z tekstu wynika, że pozornie najpopularniejsze gwiazdy wcale tak dobrze się nie sprzedają – na pierwszych miejscach listy najlepiej sprzedających się płyt jest kilka Rubików, kilka składanek, a znane nazwiska pojawiają się w drugiej – trzeciej dziesiątce. Pytanie więc, co znajduje się pomiędzy – disco polo?

Podczas przesłuchania publicznego w sprawie nowelizacji ustawy o pr.aut. przedstawiciele organizacji zbiorowego zarządu raz za razem przedstawiali obraz „biednego artysty”. Biedny artysta polski jest powodem, dla którego potrzebujemy zdaniem tych organizacji restrykcyjnego systemu prawa autorskiego, rzekomo na straży tychże artystów stojącego. Tymczasem okazuje się, że niektórzy artyści mają się dobrze – najpopularniejsi za darmowy koncert otrzymują kilkadziesiąt tysięcy złotych (chętnie zobaczyłbym statystyki pokazujące, ile płyt musieliby sprzedać, by uzyskać podobne pieniądze). Prawda może więc być zupełnie inna – mamy w Polsce szpicę twórców zarabiających zupełnie dobrze, mimo zawirowań na rynku muzycznym. Oraz długi ogon pozostałych twórców, którzy z grania nie dają rady się utrzymać – niezależnie, czy źródłem pieniędzy jest sprzedaż płyt, czy granie koncertów.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. No cóż, sto i dwieście lat temu właśnie tak te sprawy wyglądały – artysta na utrzymaniu „sponsora”. Wcale się nie zdziwię, jeśli wkrótce interes zwęszą w tym rozmaite firmy i one przejmą rolę mecenasów.

  2. Aktualna lista sprzedaży płyt jest tu: http://www.olis.onyx.pl/listy/index.asp?lang= , oczywiście bez liczb. Pewnego rodzaju kompleksem polskiego rynku muzycznego jest ciągłe zaniżanie progu kopii sprzedanych albumów, za które przyznaje się złoto i platynę. Kilka, kilkanaście tysięcy — czym to jest w porównaniu do 40milionowego kraju… Z drugiej strony widzimy wielkie fety i celebracje na festiwalach, podczas których uroczyście przyznaje się artyście platynową płytę. A tak naprawdę wiemy, że to tylko przykrywka, żeby wydać komunikat do ludzi: kupujcie płyty! zobaczcie! przyczyniacie się do tego sukcesu!
    Tymczasem od dawna wiadomo, że muzycy zarabiają na koncertach i to przecież nie tylko tych „darmowych”. Te naprawdę fajne zespoły dają ogromną ilość biletowanych koncertów i w gruncie rzeczy potwierdzają w ten sposób prawdziwą popularność oraz dają satysfakcję muzykom… nie zapominajmy tez o fuszkach do kotleta dla firm piarowych i exkluzywnych gości bankietów. Nie jest więc tak tragicznie. Ale niską sprzedażą płyt ciągle mydli się publiczności oczy. A tak naprawę warunki polskiego rynku po prostu się zmieniły i czas to zauważyć. houk! 😀

  3. Przyznam się, że Pańskie wskazanie „ciekawego problemu”, że „samorządy stają się menadżerami kultury” w mojej opinii problemem nie jest. One są nie tylko menedżerami kultury, ale i ?mecenasami kultury?, czasem ?producentami?, ?animatorami kultury?, w końcu zaś ustawowymi ?organizatorami instytucji kultury?. Właściwie nie spierałbym się o nazwanie samorządu ?menedżerem kultury?(bo takie określenie zawsze można jakoś uzasadnić, przykładając różne kategorie zarządzania w kulturze), gdyby nie Pańska próba czynienia z tego nowego zjawiska.

    Postępowanie władz Gorzowa to raczej typowy przykład mecenatu sprawowanego przez władzę publiczną. Króla Władysława IV czy Stanisława Augusta nikt nie nazwie producentami teatralnymi, tylko dlatego, że finansowali teatry. Przecież wiadomo, że taki koncert organizowany jest na zlecenie władz miasta przez jakąś prywatną agencję artystyczną czy dom kultury (które dysponują odpowiednim sprzętem).

    Pańska uwaga zastanowiła mnie, bo pokazuje problem nazywania zjawisk. Sam mam problem z nazywaniem finansowania kultury przez samorządy czy państwo mecenatem ? w końcu to ich obowiązek gwarantowany obywatelom przez konstytucję.

    Mnie zadziwiło co innego ? władze zamówiły jedno, a otrzymają zupełnie coś innego (kantata zamiast oratorium) i nie widzą w tym problemu, nie negocjują stawki. Na taki numer nie pozwoliłby sobie żaden kompozytor, nawet największy, ani tym bardziej żadna władza na świecie. Tu widzę problem – sposób wydawania publicznych pieniędzy na kulturę i brak społecznej kontroli nad tym.

    Brakuje prób świadomego kształtowania polityki kulturalnej. Choć ostatni coś się ruszyło. Wzorem wielu państw europejskich PO w swoim programie dla kultury zgłasza postulat powoływania tzw. QUANGOS – finansowanych przez państwo funduszy czy rad sztuki (jak np. w Wielkiej Brytanii), co uniezleżnia finansowanie kultury od widzimisię rządzącej opcji politycznej.

    Co do zmiany na rynku muzycznym ? że sprzedaż dóbr zastępuje sprzedaż przeżyć. Nagrania muzyczne to pomysł stosunkowo nowy. I raczej sprzedaż muzyki, jako materialnego dobra było szczególnym przypadkiem w dziejach tego gatunku sztuki. Aktorzy teatralni od mniej więcej 600 lat sprzedają przeżycia, a od stu lat zarabiają na sprzedaży dóbr jakim jest film kinowy, kaseta video czy płyta dvd.

    Wspominana w ?Dzienniku? dysproporcja jest dla mnie dowodem na zaskakującą i niemal już chroniczną słabość przemysłu fonograficznego, gdy tymczasem inne polskie przemysły kultury: wydawniczy czy kinowy (obarczony podatkiem na rzecz polskich filmowców) mają się wcale dobrze. Pańskie wspomnienie z przesłuchania publicznego jest jednym z dobrych wyjaśnień przyczyn zapaści polskiej fonografii.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. W pełni zgadzam sie z opinią Pawła. Samorządy są ustawowo zobligowane do organizowanie życia kulturalnego na podległym im obszarach. Estetyczna strona tegoż życia kulturalnego to zupełnie inna kwestia. Sądzę, że autor po prostu nieco niefortunnie użył słowa „problem”.

    Kryzys, a właściwie agonia polskiej fonografii to złożona sprawa. Oprócz globalnej dominacji cyfrowej technologii kompresji dźwięku, która zabija nośniki „materialne” i archaicznego podejscia do rynku muzycznego, polski przemysł nagraniowy nie może poradzić sobie z gustami Polaków. Chociaż, właściwie radzi sobie z nimi wyśmienicie, ale tkwi w martwym punkcie. Jesteśmy prawdopodobnie jednym z najmniej otwartych na muzyczną treść społeczeństw w Europie. Jednocześnie, rodzimi „alternatywni” muzycy mieszają wszystko, co im wpadnie w ręce i produkują rozmaite mozaiki, pozornie majace świadczyć o ich wirtuozerii i wizjonerstwie, a w rzeczywistości będące dziwnym, barokowym nieco, niespójnym tworem.

    Darmowe koncerty są, według mnie, pożyteczne. Ich polska forma to temat na inną, długą dyskusję. Polska scena muzyczna jest niesłychanie koteryjna, więc oczywistym jest, że pewna grupa ludzi zarabia na wielkich bezpłatnych festynach niezasłużenie dużo. Znam jednak i takich, którzy zręcznie zarządzając swą muzyczną działalnoscią, są w stanie nieźle żyć z grania, mimo medialnej nieobecności. Tym, co zabija rozwój polskiej muzyki jest też „jedyne słuszne rozwiązanie” dla młodych. Zacznij grać, nagraj demo, znajdź wytwórnię, podpisz, nagraj, wydaj. Wbrew pozorom, ten model działania zakłada pasywność artysty, a alternatywnych dróg jest wiele i wcale nie mam tu na myśli wydawania płyt w internecie.

  6. Dziękuję za uwagi odnośnie samorządowych „menedżerów kultury”. Rzeczywiście, niezbyt dobrze wyraziłem swoją myśl i faktycznie, chodzi tu o mecenat, i nie jest to zjawisko nowe. Chodziło mi natomiast o wskazanie, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o kulturze opartej na mecenacie, lecz raczej na rządzie gustów odbiorców – dlatego zaciekawił mnie przykład Gorzowa, gdzie dobór repertuaru leży w rękach prezydenta miasta, a nie słuchaczy. Może niesłusznie nazwałem to „problemem” – raczej chodzi o odbieganie rzeczywistości od powszechnie przyjętych schematów myślowych.

  7. Problem darmowych koncertów jest moim zdaniem bardzo istotny. Tworzy się nowy, niebezpieczny schemat, że muzyka jest darmowa i jakiekolwiek formy opłaty są nadużyciem.
    Bardzo trudno, szczególnie młodym zespołom, wprowadzić jakiekolwiek opłaty za wejście. A stawki proponowane mniej znanym muzykom na poziomie kilkuset złotych jest po prostu żałosne. Łatwo policzyć: zespół np. 5 muzyków, przejechał kilkaset kilometrów i ma do podziału 500 zł.
    Nie mogę zgodzić się, że Ci którzy grają na wszelkich imprezach z rodzaju Dni „czegośtam” są artystami. (taka moja mała dygresja) Te wszelkie darmówki mają jeszcze jeden ważny wpływ, bo zamyka przed odbiorcami liczbę muzyków do kilkunastu. Po ostatnich wybrykach Lady Pank, wciąż jeżdzą po kraju zarabiając straszne pieniądze.
    Ten sam problem tyczy się wszelkich wydawnictw (czasopism) z płytą w prezencie. Sprzedanie polskiego wydawnictwa graniczy z cudem. Warto przyjrzeć się jak działa system nadawania złotych i innych płyt. Bardzo ciekawa sprawa.
    Uważam, że jakakolwiek forma: koncert, płyta, jam etc. powinien być obiletowany.
    Dziwnym trafem na zachodzie bilety do klubów mogą sięgać kilkudziesięcy euro. U nas jak zwykle.

    Pozdrawiam i dzięki za tekst.

  8. A mnie zastanawia ten fragment tekstu w Dzienniku:

    „do podanych w naszej ramce kwot należy doliczyć dodatkowe wydatki: płatne w ciągu tygodnia 10 proc. gaży na ZAiKS”

    Ciekawi mnie za co jest ta opłata? Bo przecież wynajęty artysta dostaje umówione pieniądze od organizatora występu… Czy chodzi może o to, że artysta wykonuje nie swoje utwory, za które wynagrodzenie należy się kompozytorom itp. (to chyba jedyne sensowne wytłumaczenie)?

  9. Kompozytorom i autorom tekstu. Artysta wykonujący utwór dostaje pieniądze za płytę raz, zaś tekściarz i kompozytor dostaje od każdego wykorzystania utworu (przez radio, tv, zrobienie covera itp.).

    Dlatego najbardziej opłaca się pisać teksty bądź komponować – o ile ktoś chce to grać.

  10. Super strona! Czy ,moglibyście da zdjęcia?