Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

17.09.2007
poniedziałek

Piratofilia?

17 września 2007, poniedziałek,

Część romantycznego mitu Paryża 1968 stanowi zjawisko cinephilii – masowej fali zainteresowania ambitnym kinem, które stanowiło jeden z obszarów dyskusji dla zyskującej świadomość polityczną młodzieży i ukształtowało nowe pokolenie twórców. Być może dziś mamy do czynienia z podobną modą na kino, z jedną wszakże różnicą: cinephilia lat 60-tych była poniekąd następstwem działalności takich instytucji jak Kinoteka Francuska, dzisiejszy boom ma raczej charakter oddolny i – trzeba to podkreślić – piracki.

Obejrzałem ostatnio „Piracką kopię” – film znanego u nas przede wszystkim z „Listonosza” He Jianjun, przedstawiciela chińskiej „szóstej generacji”, robiącej filmy o przemianach chińskiego społeczeństwa i najczęściej koncentrującej się na jednostkach, które nie korzystają ze skoku gospodarczego. „Piracka kopia” to zrealizowana w estetyce dokumentu, nakręcona kamerą cyfrową opowieść o młodych mieszkańcach Pekinu, którzy natykają się na siebie sprzedając lub kupując pirackie płyty DVD. To niesamowite, ale – przynajmniej tak wygląda to w filmie – domowe seanse z użyciem tanich pirackich nagrań są dla większości Chińczyków jedyną okazją, by wziąć udział w konsumpcji zachodnich dóbr, czy w ogóle w kulturze. Na inne formy już pozwolić sobie nie mogą. Płyty z filmami łączą więc niemal wszystkie sfery społeczne i odgrywają w ich życiu znaczącą rolę – u każdego inną, ale tego już zdradzać nie będę. Najbardziej zdumiało mnie, o co pytają klienci ulicznego handlarza: nie tylko o Hollywood, ale także o ambitne kino europejskie – kilkakrotnie pojawiają się choćby Almodovar czy Kieślowski. W pierwszej chwili pomyślałem, że może to tylko fantazja reżysera, ale przecież każdy kto był w Azji wie, że w ofercie tamtejszych sprzedawców mnóstwo jest interesujących kąsków – ktoś więc je chyba kupuje. Pomyślałem też o polskim kontekście: sieci peer-to-peer sprawiły, że – przynajmniej ja mam takie wrażenie – ogólny poziom filmowej edukacji bardzo się podniósł. Posiadanie kilkudziesięciu czy kilkuset kopii nie jest już przywilejem koneserów, lecz czymś co praktykuje wiele osób choć trochę interesujących się kinem. A w sieci można znaleźć nie tylko superprodukcje – przypomina o tym choćby powołany przez kontrowersyjne PirateBay serwis BergmanBits, honorujący pamięć Bergmana przez ułatwienie ściągania jego filmów. Tyle tylko, że jak zwykle mamy tu konflikt interesów: to pięknie, że filmy są bardziej dostępne i głębiej wchodzą w społeczny krwiobieg, ale z drugiej strony są produktami, za które nikt nie płaci. Co z tym zrobić?

Przyznaję, że nie mam pojęcia. Oglądając „Piracką kopię” miałem jedak dojmujące poczucie, że oglądanie starego kina europejskiego raczej bohaterów uszlachetnia i uwrażliwia, niż czyni z nich odrażających przestępców. Szkoda, że nowelizacja prawa autorskiego poszła u nas w złym kierunku – może warto byłoby pomyśleć o wprowadzeniu stałej opłaty pozwalającej na legalne ściąganie filmów z sieci? Można przecież dokonać zastrzeżenia, że dotyczy to np. wyłącznie filmów starszych niż 10-letnie – czyli takich, które nie przynoszą już dystrybutorom znaczących wpływów. A tak zapewne pozostaniemy na etapie Chin – czyli cichym przyzwoleniu na piractwo, z ktrym prawo przecież nie jest w stanie efektywnie walczyć. Są jeszcze inne analogie: chińskich policjantów ścigających handlarzy na ulicach Pekinu interesuje tak naprawdę tylko to, czy sprzedawcy nie oferują pornografii. Przedstawiciele prawa nie są jednak w stanie dostrzec różnicy między np. „Imperium zmysłów” Nagisy Oshimy a zwykłym porno. To również coś mi przypomina.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Zaintrygowała mnie owa „Piracka kopia”. Swoją drogą, fakt, że dotąd ten wątek nie zaistniał we współczesnej polskiej kinomatografii pokazuje, jak bardzo rozmija się ona z naszymi realiami i pomija calkiem intrygujące i ważne obszary egzystencji przeciętnego młodego Polaka/Polki.
    Myślę, że konflikt wokół definicji praw autorskich, własności intelektualnej będzie jednym z kluczowych i może skutkować w perspektywie kilku lat nawet fermentem w sferze politycznej praktyki.

  2. Chciałbym żeby powstał taki ferment, ale mówiąc szczerze obwaiam się, że jako nacja mamy zbyt swobodne podejście do prawa, żeby ten problem jakoś mocno nabrzmiał (chciałbym się mylić).