Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

25.10.2007
czwartek

Jeszcze o Radiohead – i kilku innych zespołach, które chcą działać podobnie

25 października 2007, czwartek,

Radiohead postanowiło nie ujawniać danych finansowych dotyczących sprzedaży „In Rainbows”, ale mówi się o 1,2 miliona albumów sprzedanych w niecałe dwa tygodnie, co oznacza przychód rzędu 6-10 milionów dolarów (różne źródła piszą, że średnia cena płacona za album wyniosła $2,5 bądź $8).

Jednocześnie szacuje się, że w pierwszym tygodniu album ściągnięto 0,5 miliona razy z sieci BitTorrent – mimo tego, że był dostępny za darmo na stronie Radiohead. Zapewne BitTorrent jest po prostu wygodniejszy w użyciu – co dowodzi, że darmowe konkuruje z darmowym jakością.

Narzuca się myśl, że sukces Radiohead był możliwy tylko dzięki temu, że Radiohead jest Radioheadem – mniej sławny zespół nie przyciągnąłby do swojej strony aż tylu osób, nie miałby też możliwości nagłośnić akcji. Wniosek jest więc paradoksalny – twórcy niszowi są skazani na pośredników zarabiających na długim ogonie kultury (ciekawe, czy w tego rodzaju przedsięwzięcia przepoczwarzą się z czasem wytwórnie muzyczne?). Widać to dobrze po Arctic Monkeys, zespole początkowo zupełnie nie znanym, ale który ulokował się strategicznie na MySpace. Natomiast gwiazdy z głowy kultury mogą sobie pozwolić na niezależność.

O Radiohead pisze ostatnio w „Polityce” Mirosław Pęczak – choć moim zdaniem zbyt kładzie nacisk na anty-korporacyjny wymiar akcji. Zupełnie na marginesie, w porównaniu z mnogością informacji, jakie o „In Rainbows” można z łatwością znaleźć w sieci, tekst Pęczaka jest dość ubogi. Podobnie Marcie Klimowicz dostało się ostatnio od blogersów za zbyt ich zdaniem proste tezy w tekście o Facebooku. Nasuwa się wniosek – za pieniądze trzeba pisać prosto, a jedynie w sieci jest miejsce na dogłębną analizę, którą niestety trzeba prowadzić za darmo?

Do podobnych działań przymierza się Oasis, Jamiroquai i The Charlatans.

A w Polsce Zakopower rozdał nową płytę jako dodatek do pierwszego weekendowego numeru gazety „Polska”, w nakładzie 600,000 egzemplarzy. Zastanawiam się, czy skoro zespół już rozdał za darmo tyle kopii, to nie powinien po prostu wrzucić płyty do sieci.

Natomiast w przypadku wszystkich tych działań daje do myślenia jedno – funkcjonują one w obrębie tradycyjnych mechanizmów prawa autorskiego, innowacyjne modele dystrybucji nie wiążą się z otwieraniem treści. Wygląda na to, że darmowe może być wrogiem wolnego. Na szczęście zdarzają się wyjątki – DJ Spooky nagrał cztery kawałki dla projektu One Laptop Per Child i wrzucił je na Jamendo.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 21

Dodaj komentarz »
  1. Jedna uwaga – teksty w „Polityce” są nieco uproszczone, bo jest to tygodnik niespecjalistyczny. Większość tematów z działu kultury, technologii, ekonomii itp. jest dla mocno zainteresowanych tym dziedzinami dosyć mało odkrywcza. To chyba jasne.

    Istnieją pisma (przychodzi mi do głowy „Czas kultury”), w których analizy są bardzo, bardzo głębokie. Wystarczy przejść się do Empiku czy gdzie tam to jeszcze można dostać. Oczywiście niszowe pismo trafi do kilkuset osób, podobne treści w sieci mają szansę dotrzeć do nieporównanie większego grona. Ale linia podziału „za pieniądze, na papierze, płytko vs. za darmo, w necie i głęboko” jest chyba fałszywa. Albo zbyt uproszczona 😉

  2. zgadzam się z tomkiem – nie ma szans, by w polityce np. zamieścić coś, co miałoby być bardziej dogłębną analizą, odwołującą się do wszystkich istotnych nazwisk etc. od tego są periodyki specjalistyczne oraz naukowe. a mi się oberwało od jednego blogera za jedno zdanie z tekstu, więc może nie jest aż tak źle?;)

    a co do meritum – ściąganie ze strony radiohead przez pierwsze dni było niewykonalne, o każdej porze dnia i nocy zbyt dużo osób chciało zrobić to samo, stąd też zapewne popularność zdobywania tej muzyki inną drogą.

  3. No dobrze, ale czy „Czas kultury” na pewno płaci? bo może fałszywa jest granica na papierze / w necie, ale upierałbym się, że ogólnie rzecz biorąc w Polsce dogłębne analizy publikuje się za darmo. Inna sprawa, że np. słyszałem o czasopismach naukowych, które uważają, że płacenie autorom jest niemoralne.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. za opowiadania płaci, więc myślę, że za inne teksty również. choć w sumie możesz mieć rację, spośród kilkunastu (kilkudziesięciu?) artykułów, które gdzieś opublikowałam, zapłacono mi za jeden.

  6. No cóż, częściowo pewnie jest tak, jak twierdzi Alek. Z tym, że istnieje jeszcze jeden aspekt – prestiż płynący z opublikowania czegoś drukiem, który jest pewnego rodzaju gratyfikacją. W tym elemencie – choć jednak mocno mnie to dziwi – tradycyjna prasa ma wciąż sporą przewagę nad netem. Pewnie znacie to uczucie, kiedy na waszą śmieszną notkę w jakiejś gazecie mama i tata skaczą z radości, a po fantastycznym tekście w Internecie kiwają sobie tylko głowami 🙂

    Wielu ludzi woli pisać więc dla środowiskowej gazetki, niż dla „niewiadomokogo”. Choć oczywiście jest coraz więcej miejsc w sieci, których nazwy już coś komuś mówią (nie mówię tu oczywiście o ludziach, dla których net jest bardziej naturalny niż telewizor), a publikowanie w nich może być sporym atutem czy osiągnięciem.

    A propos muzyki – ciekawy pomysł zaproponowała holenderska Sellaband, gdzie odsłuchuje sie próbki twórczości początkujących zespołów, a na tej podstawie można kupić coś w rodzaju akcji grupy za 10 dol. Gdy uzbiera się 50 tys., zespół dostaje studio, menedżera itp. Podobno zainwestowano już milion dolarów w ten sposób, więc może jest to jakaś droga.

  7. Hmmm, Prince również dodał swoja najnowszą płytę do gazet w Wielkiej Brytanii…

  8. „Czas kultury” płaci, choć oczywiście można dyskutować, czy nie symbolicznie. Ale są też pisma z listy KBN – fakt, że nieliczne – które płacą całkiem nieźle, powiedziałbym wręcz, że porównywalnie do np. tygodników opinii. Choć wiele nie płaci wcale uznając, że to niemoralne, jak zauważył Alek.
    Ale tu się pojawia kolejny problem, czyli pytanie o rolę intelektualisty: czy lepiej pisać dla 300 czytelników ambitnie i hermetycznie, czy dla znacznie większej grupy, w sposób bardziej przystępny. Osobiście sądzę, że najlepiej jedno i drugie. I do tego wrzucać jeszcze coś do sieci 😉

  9. W tej dyskusji temat muzyczny zszedł na jakiś trzeci plan…Ja powiem tylko, ze to wszystko straszne. Oczywiście, można mówić o pozytywnej desakralizacji muzyków, demokratyzacji odbioru i dostępu i strzelać innymi atrakcyjnymi sloganami. Cóż, cokolwiek ktokolwiek o tym sądzi, ja dojrzewałem słuchajac Oasis i nie potrzebuję napisać Noelowi Gallagherowi na MySpace: „Wiesz stary, w tym kawałku ten fragment powinien być szybszy, na razie.”. Nagła transformacja idoli-bogów w sieciowych kumpli jest dla mnie dowodem zapotrzebowania na jak najbardziej banalne reguły gry, a nie żadnym przejawem uwolnienia treści i zrównoważenia statusu wykonawcy i odbiorcy. Ktoś wspominał coś o Arctic Monkeys – kolejny raz odgrzewamy ten sam kotlet. Nie jest prawdą, że internetowa boska łaska spłynęła na chłopców z Sheffield i dzięki MySpace stali się gwiazadami. Mógłbym tu umieścić kilkustronicowe wyjaśnienia, ale to chyba bezcelowe. A jeśli chodzi o nowe sposoby sprzedaży płyt to jest ich znacznie wiecej, niż dodawanie do gazet, czy wydawanie ich jako „ksiażek multimedialnych” i internet wcale nie jest tu jedynym właściwym kanałem. Jakże bym chciał, żeby chociaż mówienie o muzyce udało sie na chwilę odczepić od internetu. Czy ktoś tu w ogóle mówił o nowej MUZYCE Radiohead, czy powtarzanie w kółko tych samych frazesów odnośnie nowej dystrybucji jest aż tak frapujace, że płyty właściwie nie trzeba słuchać?

  10. @JD
    niestety, (ku Twojemu przerazeniu!), w moim przypadku jest tak jak piszesz w ostatnim zdaniu – moim zdaniem nowa dystrybucja jest frapujaca niezaleznie od tego, jaka jest muzyka. Radiohead nie słuchałem, za to słuchałem nowego Zakopower przypadkiem, wcale mi się nie podobało, ale nowinka dystrybucyjna (dodatek do gazety „Polska” mnie interesuje.

    Gdzies dotykasz czulego punktu – nieraz mam wrazenie, ze moje mowienie o kulturze, odklejone od mowienia o jej tresci, trafia w proznie. Z tym ze nie czuje sie w ogole krytykiem np. muzycznym, nie poczuwam sie do takiej roli – co wiecej mam wrazenie, ze dzis zamiast recenzji za rekomendacje sluza nam np. wskazania i statystyki z last.fm, takie czasy!

    co do Arctic Monkeys, prześlij przynajmniej jakieś linki – bo ja sobie wbilem do glowy, ze jednak w tym przypadku mielismy do czynienia z internetowa boska laska (nawet ostatnio gdzies czytalem cos w stylu: „sukces zespolu, ktory nie mial plyty, a jedynie 3 piosenki na MySpace”)

    Co do nowych sposobow sprzedazy – mam wrazenie, ze jednak wiekszosc z nich wiaze sie z internetem. Drugim waznym kanalem sa koncerty. Jakie jeszcze masz na mysli? Co do odczepiania od internetu, ciekaw jestem, czemu tego bys chcial – bo jednoczesnie mam wrazenie, ze coraz ciezej bedzie nam sie od niego zaczepiac, predzej przestaniemy zauwazac, ze jest wszedzie doczepiony.

    Jednym slowem, JD, twoj komentarz pozostawil wiele niewyjasnionych spraw, napisz koniecznie wiecej!

  11. Alku,

    Moje przywiązanie do treści nie oznacza, że „sposób podania” uważam za mniej istotny. Wcale nie wymagam, by każdy teoretyk miał w sobie „krytyczny drive” odnośnie zawartości każdego dzieła. Tyle, że odnoszę wrażenie, że mówienie o nowej dystrybucji przybiera czasem postać „wyścigu na cytaty” tzn. przytaczania kolejnych przykładów nowatorskich praktyk, w którym nieco bezrefleksyjnie podchodzi sie do faktycznego przedmiotu owej dystrybucji…

    Jeśli chodzi o medialnego upiora pt. Arctic Monkeys – na piedestał MySpace wynieśli ich fani, natomiast komercyjny sukces odnieśli, tak, jak dziesiatki innych zespołów początku XXI wieku, dzięki medium, które w całości kreuje rynek muzyki „indie”, czyli NME (BBC już nie nadąża, widać to na każdym kroku). Cały „hype” na ich temat zaczął sie tak naprawdę jakieś 8 miesiecy przed wydaniem płyty, a mieli wówczas na koncie niewiele koncertów i jakieś kiepskie demówki. MySpace był sposobem komunikacji FANÓW, nie było w tym przemysłu muzycznego, a to jego gwiazdą są Arctic Monkeys. Rebeliancki wizerunek – odgrzane kluchy po The Jam wymagał takich legend. Bo brytyjska scena cierpi z powodu rozpędzonej metakultury nowości i wiecznie poszukuje świeżych herosów. Kiedyś było granie w garażu na gitarach z pchlego targu, a teraz jest MySpace – nowa przestrzeń „rewolucji”. Jesli ktoś wierzy, że istniał bezpośredni związek o kapitalnym znaczeniu miedzy popularnością zespołu na MySpace, a ich gigantycznym komercyjnym powodzeniem, jest w błędzie. Chętnie pisałbym wiecej o tej kwestii, ale czasu i miejsca brak. Bardziej niż linki, przyda sie tu zalecenie panoramicznego spojrzenia na karierę Arctic Monkeys, prawidłowości są wyraźnie widoczne. Polecam równiez lekturę wywiadów, choć może to być nużące.

    Odnośnie „innych” kanałów sprzedaży muzyki – jasne, ze internet dominuje, nie zaprzeczałem temu. Napisałem tylko, że to nie jedyny „właściwy” środek. Wspomniałeś o koncertach – tak, zwłaszcza festiwale mają tu niemal rewolucyjną rolę do spełnienia. Handel muzyką na festiwalach jest tak wielopoziomowy, że może być rozpatrywany jako nowy przemysł kultury. Racja, nie ma promocji oderwanej od sieci, a jeśli już, to wydaje sie ona mało skuteczna.Ale to nie jest martwy rewir, zapewniam i w najbliższym czasie, jeśli środków starczy, to może uda mi sie to udowodnić.

    Jeżeli chodzi o „odczepianie” muzyki od sieci… Cóż, znów wracamy do kwestii treści. Jestem zdania, że muzykę tworzy się po to, by ktoś jej wysłuchał, a nie tylko po to, by opisywac sposób, w jaki ktoś ją sprzedał. Ludzie ściągają więcej utworów, niż są w stanie wysłuchać. Czy to nie kłóci się z tym patosem internetowej równowagi i demokratyzacji?

  12. @ JD
    Możemy sobie wykopać i pokopać kośc niezgody:), bo akurat to, o czym Ty piszesz, jest dla mnie największą wartością dodaną nowych – legalnych, czy też nie, sposobów dystrubucji. Nie chcę wieszczyć, że internetowa dystrybucja to początek końca star-systemu muzycznego, próba naruszenia muru Gwiazda – Odbiorca, bo jeśli ktoś będzie potrzebował idola, to go sobie stworzy, chociażby z Edyty Herbuś grającej w reklamach, ale wreszcie jest to jakąs rysa na fałszywym, medialnym przekazie dotyczącym celebrities.
    Wydaje mi się, że w ten sposób powstaje demokratyczny mechanizm weryfikacji twórców – jedyny zresztą sensowny sposób weryfikowania twórczości. Żyjemy w takiej chwili, że każdy odjazd znajduje swoich nabywców, choć stare sytemy dystrybucji zdahją się tego nie zauważać. Dystrybując w sposób wolny, uzalezniejąc swoją egzystencję od woli odbiorców, uczysz się do nich poniekąd szacunku – nie robisz roboty na odwal się, typu bit z casio, gitara na trzech akordach i tekst, że ajlovju. Wiedząc do kogo docierasz – a ten sposób dystrybucji daje ci tę wiedzę, możesz tak tworzyć swój przekaz, by podobało się własnie tym, a nie innym ludziom.
    Możesz oczywiście przyczepić się, że to nie dotyczy ani AM, ani Radiohead, bo tu jest do całości zgadnienia zaprzęgnięty olbrzymi klasyczny mechanizm marketingowy – i się z Tobą zgodzę, tylko, że w tym momencie to oni stanowią wyjątki. Podstawą tego typu dystrybucji są nadal netlabele i sami twórcy, którzy występują z dźwiękami, filmami, tekstami, które nie mają szans ze względu na niską opłacalnośc, zaistnieć w tradycyjnych mediach. Oni po prostu chcą dotrzeć do ludzi, dowiedzieć się, co odbiorca myśli o ich twórczości, podyskutowac na jej temat, wejśc w jakieś sprzężenie zwrotne, które z muzyki (akurat chyba najbardziej) zostało praktycznie całkowicie wyeliminowane przez star-system. Piszesz, że nie odczuwasz potrzeby napisania Gallagherowi, że coś byś zmienił w jego piosence – ja natomiast myślę, że gdybyś do niego napisał, a on był twórca, któremu zalezy na kontakcie z odbiorcą:), zapewne mocno by się ucieszył.
    I to nie jest banalizacja reguł gry – to jest po prostu demokracja w praktyce, uczestniczaca demokracja zresztą, oparta na idei, że jeśli chcesz kogoś przekonać do swojej twórczości, to musisz chcieć go także wysłuchać. Internet staje się wspaniałym narzędziem demitologizującym działalność artystyczną, przywraca światu właściwe proporcje.

    (Tak będzie to kolejny post bez słowa o muzyce z In Rainbows, na usprawiedliwienie mam tylko tyle, że Radiohead to nie moja bajka:)

  13. Ja też nie jestem wielkim fanem Radiohead. Ale wiem dlaczego, bo słucham muzyki.

    Używasz pięknych słów należacych do sfery mitu mobilności, dynamizmu i aktywności, które podobno są komponentami współczesnej wersji tzw. demokracji. Odnośnie komunikowania się ze sławnymi twórcami, to szczerze wątpię, by faktycznie czytali oni wszystkie komentarze swoich fanów. Bo, jak sam mówisz, tradycyjny marketing wciąż działa i od czytania postów są odpowiedni ludzie.

    Piszesz:

    „Wydaje mi się, że w ten sposób powstaje demokratyczny mechanizm weryfikacji twórców – jedyny zresztą sensowny sposób weryfikowania twórczości. Żyjemy w takiej chwili, że każdy odjazd znajduje swoich nabywców, choć stare sytemy dystrybucji zdahją się tego nie zauważać.”

    A od kiedy twórcy mają być weryfikowani i jak to się ma do demokracji??? Tak jest na świecieGroźna sprzeczność wewnętrzna tkwi w tym stwierdzeniu…Poza tym „stare systemy” dystrybucji stanowią „odjazd” sam w sobie (kółka fanów wysyłkowej sprzedaży oryginalnych płyt i książek, akcje masowego zamieniania się książkami etc.)

    Czekam na Twoją „weryfikację”.

  14. Jakiś błąd zrobiłem w poprzednim poście. Miało być: „A od kiedy twórcy mają być weryfikowani i jak to się ma do demokracji??? Tu głównym instrumentem winien być gust, a nie jakiś cyfrowa cenzura. Tak jest na świecie.”

  15. Już weryfikuję 🙂
    Cenzura w kulturze istnieje od zawsze – w idealnym systemie ogranicza się jedynie do autocenzury (nie, tego nie zagram/nie napiszę, bo to gupie, wstydzę się), w systemach nieidealnych kieruje nią całe grono menadżerów, krytyków, mecenasów etc. (nie, tego nie wypuścimy, bo się nie sprzeda; nie czytajcie tej ksiązki, bo to jakiś bełkot; nie dam panu, panie Pollock pieniędzy na farby, bo znów pan zrobisz bohomaza). W związku z czym, na rynek trafia towar już przez kogoś zweryfikowany.

    Oczywiście – krytycy często mają rację, mecenasi, często mają intuicję, menadżerowie zawsze mają ograniczenia budżetowe i chęć zysku. Tak jest teraz, trwa to mniej więcej od XIX wieku i w sumie przywykliśmy do tego – ofertę kulturową ktoś nam przykrawa wedle naszych prawdziwych bądź wydumanych potrzeb.

    Internet zmienia tą sytuację o tyle, że tym ktosiem stajesz się Ty, ja, inni, zwyczajni ludzie. Kontakt ze sztuką ma nam sprawiać przyjemność, albo nas irytować i zmuszac do myslenia (dwie podstawowe funkcje sztuki); znamy swoje własne gusty i wiemy, czego oczekujemy od dzieła artystycznego. Więc zaczynamy szukać samodzielnie.

    I tu otwiera się cały ocean możliwości, własnie dzięki internetowi. Nie ogranicza nas, jak w poprzednim systemie gust krytyka, chęć zysku menadżera, pieniądze mecenasa. Ogranicza nas tylko własny gust i preferencje i to one zaczynają tworzyć cenzurę. Nie ściągnę płyty Radiohead, bo wiem, że to nie moja bajka muzyczna, wolę sobie poszukać jakiegoś Japończyka sprzężonego z komputerem i jemu zrobić reklamę, pisząc och i ach recenzję na bloku, czy forum, albo rozsyłając kopię plików po znajomych. Nie tracę czasu na wzbudzanie w sobie przekonania, że płyta Dody jest fajna, bo tak mi napisali we wszystkich oficjalnych mediach krytycy; nie roztrząsam też, czy zrobili to z własnej woli, czy za gifty od PRowców wydawnictwa. Wiem, że pomiędzy mną a hipotetycznym Japończykiem nie ma żadnych pośredników, którzy w jakiś sposób próbowali by wpłynąc na mój styl odbioru, czy pokierować moim własnym gustem. Znajduję go najczęsciej przypadkiem i najczęsciej przypadkiem się zachwycam.

    W poprzednim systemie (albo lepiej – w równolegym systemie, bo przeciez nie upadł) zanim doszłoby do mojego spotkania z tym hipotetycznym twórcą, musiałby on do siebie przekonac gościa, który wyłoży kasę na nagranie płyty, goście, który wyłoży kasę na zapewnienie mu promocji, gości w mediach, którzy napiszą pochwalny peanik, po 45zet za normalną stronę wierszówki. Gdzieś w tym sytemie, jak dla mnie ginie cała sztuka, albo przynajmniej jej większość, szczególnie, że wiem, iż tak naprawdę sprzedać można wszystko, nawet discopolowe covery Straussa. Szukając samodzielnie, pośród rzeczy wyprodukowanych i wypuszczonych w sieć bez pośredników, tez oczywiście mam duże szanse, że zachwycę się czymś płaskim, jakimś totalnym gniotem, ale przynajmniej wiem, że ten zachwyt wynika z moich gustów, wrodzonego upodobania do chłamu, a nie z tego, że została zaangażowana ogromna machina, tylko po to, by wmówić mi, że coś jest fajne, nawet jak nie jest.

    I wtedy weryfikacja polega na tym, że twórca zostaje poddany ocenie głosu ludu, gustom zwykłych ludzi, nie stoi za tym bank i firmy, chcące zarobić tylko jest prosta sytuacja – On i Ja. Jeśli mi się spodoba, to co tworzy, to dam temu wyraz publicznie, jeśli nie, to z reguły siedzę cicho, uznając, że nie ma sensu krytykowac rzeczy, które najwyraźniej nie zostały stworzone po to, by przypasowac do mojego gustu. Ot i tyle.

  16. „Nie ogranicza nas, jak w poprzednim systemie gust krytyka, chęć zysku menadżera, pieniądze mecenasa. Ogranicza nas tylko własny gust i preferencje i to one zaczynają tworzyć cenzurę.”

    Dobrze, ze masz swoją interpretację rzeczy, choć dla mnie jest ona zbiorem powtórzeń idealistycznych frazesów.

  17. Spoko, nie narzucam się z tą wizją świata, mam nadzieję? 🙂 Idealizmu w tym nie widzę, bo takie podejście wymaga wiary, że w świecie, w którym każdemu wydaje się, że ma coś do powiedzenia, ktoś naprawdę może powiedzieć coś ciekawego i warto go odnaleźc i posłuchać. Samodzielnie 🙂

  18. Pingback: Technopolis » Muzyka bez pośrednika

  19. Braineater,

    Nie wiem, może posługuję się jakąś wyjątkowo przaśną i nielogiczną polszczyzną, ale wydaje mi się, że ani razu nie wspomniałem, że wolałbym wieczne pośrednictwo w szukaniu „czegoś/kogoś ciekawego”. I nie sprzedaję żadnej „wizji”, co jednak Ty deklarujesz. Właśnie tu widzę myślenie frazesami, wspomagane opozycją „ja za internetem”, „on przeciw”. Razi mnie to. Inaczej w ogóle nie pisałbym tych komentarzy. Ja nie generalizuję, nie forsuję poglądu, próbuję jedynie wskazać liczne paradoksy i niespójnosci w twierdzeniach dotyczących wszechogarniającej „demokracji” sieci.

    Cóż, postulowałem powrót do muzycznego wątku dyskusji, a sam od niego uciekłem. Kończę zatem.

  20. JD,
    przecież Ci nigdzie tego nie zarzucam, nawet nie mam najmniejszego zamiaru, by to robić. Ustawiam Ci w opozycji, bo tak mi wygodniej prowadzić dyskusję i dochodzić do jakiś, zapewne banalnych, wniosków. Oczywiście propaguję jakąś wizję, Ty zresztą również – może mniej bezpośrednio, ale tęsknota do czasów kiedy gwiazda była prawdziwą gwiazdą, mężczyzna prawdziwym męzczyzną, a futrzaki z Arctusa prawdziwymi futrzakami z Arctusa, to też jest jakaś wizja świata, niech będzie, że nostalgiczna. Po prostu, każdy z nas pisze swoje, a jesli się to gdzieś zazębia, to tym lepiej.

  21. piszesz:

    „Narzuca się myśl, że sukces Radiohead był możliwy tylko dzięki temu, że Radiohead jest Radioheadem – mniej sławny zespół nie przyciągnąłby do swojej strony aż tylu osób, nie miałby też możliwości nagłośnić akcji. Wniosek jest więc paradoksalny – twórcy niszowi są skazani na pośredników zarabiających na długim ogonie kultury (ciekawe, czy w tego rodzaju przedsięwzięcia przepoczwarzą się z czasem wytwórnie muzyczne?).”

    a co z zupelnie nieznanymi tworcami filmu Star Wreck, „the most viewed Finnish film ever”, ktory zaladowano 3-4 miliony razy?

    pozdrawiam!

  22. Pingback: Kultura 2.0 » Archiwum bloga » Nowa płyta Zakopower - kwiatek u gazetowego kożucha.