Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

19.11.2007
poniedziałek

…i w SWPS

19 listopada 2007, poniedziałek,

Tego samego dnia, tyle że o 15-ej, Keen będzie mieć wykład także w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Jeśli komuś bardziej odpowiada ta pora lub lokalizacja, zapraszamy.

Szczegóły na bliźniaczym plakacie poniżej. A przy okazji – odnosząc się do komentarzy pod wpisem Alka – chciałem podkreślić, że nasze wątpliwości wobec książki Keena nie polegają na tym, że oto ktoś odważył się podnieść rękę na nietykalną ideę Web 2.0. Przeciwnie – dobrze, że ktoś to zrobił. Ale jeśli przeczytacie tę książkę zrozumiecie, że jako symbol buntu przeciwko modzie na „2.0” Kult amatora radzi sobie średnio. Książka jest chyba za bardzo anegdotyczna, a wywód rozmyty, nie wspominając o tym, że obrona tradycyjnego przemysłu kulturalnego jako mecenasa wysokich standardów twórczości w Europie nie do końca przekonuje. Niemniej bardzo jestem ciekaw spotkania z autorem, bo niedawno zdobyliśmy do styczniowego wydania „Kultury Popularnej, numeru pod hasłem „Kultura 2.0?”, wypowiedź Keena („my”, czyli Mateusz Halawa) i była zaskakująco wyważona. Umieścimy ją zresztą tutaj, podobnie jak resztę wypowiedzi z ankiety na temat K2.0. W międzyczasie wpadnijcie jednak na któreś ze spotkań z Keenem, będzie okazja wyrobić sobie własne zdanie na temat jego argumentów.

Keen_SWPS

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. Ja się absolutnie zgadzam, że Keen jako wieszcz nurtu krytycznego wobec „2.0” jest słaby. Ale nie da się ukryć, że zajmuje się on ważnymi podstawowymi relacjami między percepcją takich pojęć, jak „demokratyzacja”, czy „profesjonalizm” w wydaniu entuzjastów „2.0”, a krytyków tej mody/tendencji.

    Nie za bardzo rozumiem co ma oznaczać „tradycyjny przemysł kultury”. Ta kategoria koherentną mogła być chyba tylko dla Adorno i Horkheimera w odniesieniu do „masy”. Teraz definicji jest bardzo wiele, a najbardziej racjonalne wydają się chyba przede wszystkim te bliższe ekonomii, niż teorii kultury. Ja popieram mówienie o „przemysłach”, raczej niż o „przemyśle”. Stosuje się przecież okreslenia „sektor kreatywny”, „przemysły treści” etc. Nie rozumiem również w jaki sposób ów „przemysł kultury” miałby pełnić funkcję „mecenasa”, ponieważ pojęcia te zupełnie się nie łaczą.

  2. Chodzi mi o to, że Keen np. cytuje Habermasa (stąd tradycyjny przemysł kultury) i jego krytykę Web 2.0, biorąc to za wyraz poparcia dla profesjonalistów z branży rozrywkowej i zapominając, z jakiej tradycji wywodzi się Habermas i że w jego wydaniu krytyka „2.0” jest po prostu kolejnym polem krytyki kultury masowej. To wg mnie dość zabawne, że na obrońcę tworzonej profesjonalnie popkultury Keen obrał sobie pogrobowca Szkoły Frankfurckiej. „Kult amatora” jest więc dla mnie miksem studiów przypadków, które wcale nie są reprezentatywne dla współczesnych trendów i które można szybko zbyć kontr-przykładami, z pseudo-głębszą refleksją, która jednak nie trzyma się zupełnie kupy. Robiłem ostatnio z Alkiem i Edwinem Bendykiem większą rozmowę na temat Keena i zgodnie uznaliśmy, że Keena w dużej mierze wszyscy sobie wymyślamy. Bo nie ma wątpliwości, że potrzebny jest jakiś krytyk Web 2.0, ale w tej książce ta krytyka jest na tak niskim poziomie, że dopowiadamy do tej książki znacznie więcej, niż w niej naprawdę się znajduje. Choć – jak pisałem – mam nadzieję, że „na żywo” autor mnie zaskoczy.

  3. @JD
    Zastanawiam się, co począć z Twoim komentarzem. Wybacz, jeśli wyjdzie, że się czepiam, ale tak akurat się składa, że myślałem dzisiaj o dwóch rodzajach sieciowych wymian zdań: rozmowach oraz dyskusjach/krytykach, i doszedłem do wniosku, że b. lubię te pierwsze i uważam za konstruktywne, natomiast gdzie nie spojrzę, to natrafiam na te drugie. Myślę, że są one przereklamowane i dużo lepiej nadają się do świata rzeczywistego, gdzie zawsze można np. uśmiechnąć się mimo wszystko lub podać sobie rękę.

    No i wracam do pracy, a tu Twój wpis. Naprawdę nie jest jasne dla Ciebie, co znaczy w tym kontekście „tradycyjny przemysł kultury”? Dla mnie Mirek użył tego pojęcia jak najbardziej koherentnie! No i rzeczywiście, może zamiast „mecenasa” należałoby napisać „kurator” – to chyba byłoby bardziej zrozumiałe, ale tak jak jest, jak na mój gust, jest również całkiem jasne.

    Myślę więc sobie, że po blogach (a przynajmniej tym blogu?) jako formach zazwyczaj prędkiej i efemerycznej nie należy się spodziewać pełnej precyzji sformułowań – i nic w tym złego. Zastanawiałem się ostatnio, czy czytanie bloga przypadkiem nie ma wiele wspólnego z zaglądaniem komuś przez ramię do roboczego notatnika.

    Zresztą pełna precyzja sformułowań prowadzi nas prędko w ramiona szkoły lwowsko-warszawskiej, wraz z którą będziemy formułować komunikaty w pełni zrozumiałe i – co ważniejsze – całkiem logiczne. sęk w tym, że nikt tych nudów nie będzie czytał. Ja tak sprawę widzę – może Ty masz inny patent na pisanie bloga?

    Jedyne co mi jeszcze przychodzi do głowy, że Twój wpis jest może dość zabawną ilustracją tezy Keena o trudnościach z kontrolą jakości nowych, sieciowych form ekspresji? Bo rzeczywiście łatwiej przyjąć uwagi płynące od redaktora niż z czeluści blogosfery (i tu z kolei myślę sobie, że taki system rozproszonej redakcji, budowania w modelu ‚commons based peer production’ relacji autor-redaktor, byłoby czymś wartym przetestowania).

    Niemal umknęło mi sedno Twojego komentarza, z którym nie do końca się zgadzam – moim zdaniem Keen do żadnych podstawowych relacji nie dociera, ślizga się gdzieś na poziomie anegdotycznych przykładów i nadmiernie szokujących – przynajmniej w zamierzeniu – opisów. Znamienne, że pełnych sformułowań jego krytyki dokonują inni (np. Weinberger, którego już chyba linkowałem) – w wydaniu autora gubi się ona w gąszczu wątków, które prędko tracą jakikolwiek związek z amatorami czy zjawiskami z rodziny 2.0.

    I na tym polega cały ból – że Keen nie jest za dobrym partnerem do dyskusji. W ogóle tych partnerów brak, bo różni myśliciele, którzy do nowej cyfrowej kultury mają zapewne stosunek negatywny, jednocześnie tak mało o niej wiedzą, że na nic im autentycznie duże mózgi i wyrafinowane aparaty krytyczne.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. A mnie najbardziej zastanawia, w którym momencie Keen stał się takim guru krytyki Web 2.0. Wyobraźcie sobie, że artykuł, będący streszczeniem jego książki (niedługiej i niezawierającej wiele świeżych treści, raczej egzemplifikacje jednej tezy), ukazałby się gdzieś w prasie np. i nie byłby opatrzony autorytetem „intelektualisty z Doliny Krzemowej” (jakoś tak opisany jest Keen na okładce książki) – czy ktokolwiek pochyliłby się nad nim i zechciał w ogóle ustosunkować się do niego? Bardzo mnie to zastanawia – czytając Keena myślałam przede wszystkim, jak temu panu udało się tak bardzo siebie samego i swoją książkę wypromować, do tego stopnia, że teraz go czytamy, polemizujemy, zapraszamy na spotkania.

  6. Drogi Alku,

    Hmmm…Po raz kolejny czuję, że w pewnym sensie „obrywa ” mi się w internecie za samą wolę nawiązania, jak to nazywasz: „dyskusji/krytyki”. Bo jeśli w Twoim ujęciu „rozmowa” ma polegać na ciągłym przytakiwaniu i zamieszczaniu linków mających te przytakiwania jeszcze wzmocnić, to rzeczywiście jestem totalnie dennym partnerem do takich działań.

    Zastanawiające, że osoby tak aktywnie działające w sieci, w sytuacji permanentnej, wielopoziomowej komunikacji, stykające się z milionami opinii, znaczeń tak łatwo oburzają się na poglądy, w ktorych mogą wyczuć choćby nieznaczną nutkę archaicznego smrodu. Bo rozumiem, że za taką właśnie należy uznać przywiązanie do „precyzyjności” wypowiedzi. A czym jest niby ta mania linkowania? Według mnie właśnie prostym dążeniem do uwiarygodnienia swojej wypowiedzi poprzez zwiększenie jej „precyzyjności”.

    „Zastanawiałem się ostatnio, czy czytanie bloga przypadkiem nie ma wiele wspólnego z zaglądaniem komuś przez ramię do roboczego notatnika.” – To zdanie bardzo mi się podoba. Tyle, że niewiele osób udostępnia swoje robocze notatniki, a chyba nikt nie prosi, by je skomentować. Nawet nieprecyzyjnie.

    Nie mam żadnego patentu na pisanie bloga i dlatego nie piszę. Rozumiem, że dlatego powinienem przyjąć preferowany przez Ciebie model porozumiewania się?

    Uważam natomiast, że owe „dyskusje/krytyki” są kształcące i jakoś produktywne, tak po sokratejsku, co by było trochę patetycznie.

  7. @JD
    Dzięki za wyjaśnienia.

    Masz rację, że mania linkowania i mania precyzyjnego języka to dwie strony tego samego medalu. Osobiście preferuję tę pierwszą! A ze smrodem sieciowym, o którym piszesz, jest tak, że jednak między nim a ciągłym przytakowaniem jest jeszcze sporo miejsca na różne dyskusje.

    W smrodzie samym w sobie w gruncie rzeczy też nie ma nic złego, tylko często nie wiadomo po co on i dlaczego – szczególnie gdy nie do końca wiadomo z kim się rozmawia, a za internetowym rogiem, w rozmowie kilka linków dalej, dzieją się rzeczy zupełnie dzikie, więc autor ma się na bacznoście.

    Preferowany przeze mnie model rozmowy jest oczywiście nieobowiązkowy, ale mam swoje preferencje. „Sokratejsko”, ok, rozumiem, choć muszę przyznać, że sposoby prowadzenia rozmowy przez Sokratesa zawsze wydawały mi się dość nieznośne!