Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

16.12.2007
niedziela

Kultura 2.0? Ankieta – część 1.

16 grudnia 2007, niedziela,

Co pewien czas spieramy się tutaj – czasem z komentatorami, czasem między sobą – o to, czym tak naprawdę jest lub miałaby być „kultura 2.0”. Czy w ogóle mówienie o takim zjawisku jest uzasadnione? Nie łudząc się, że znajdziemy jedną odpowiedź, postanowiliśmy zadać to pytanie możliwie największej liczbie osób; przede wszystkim badaczom cyberkultury, ale też ludziom zaangażowanym w jej współtworzenie.

Pomysł narodził się na potrzeby styczniowego wydania kwartalnika „Kultura Popularna”, ale razem z Mateuszem Halawą i Alkiem Tarkowskim (którzy pomagają mi przygotowywać ten numer) uznaliśmy, że doskonałym miejscem do zamieszczenia odpowiedzi jakie otrzymaliśmy jest także ten blog. Zwłaszcza, że tutaj jest więcej miejsca i że również wy możecie wpisać swoje odpowiedzi.

Postawione przez nas pytanie brzmiało następująco: W bieżącym numerze „Kultury Popularnej” chcemy zająć się kulturowym kontekstem funkcjonowania internetu. Mówi się dużo o „nowym internecie”, Web 2.0, w ramach którego miałby zmieniać się sposób uczestnictwa w kulturze, powstawać miałyby unikalne sieciowe społeczności, ostatecznemu przełamaniu miałyby ulegać podziały na producentów i konsumentów, uczestników i obserwatorów. Czy mamy tu do rzeczywiście do czynienia z tak istotną przemianą kulturową? Na czym miałaby ona polegać? Czy możemy mówić o „Kulturze 2.0”?

W dzisiejszym „odcinku” odpowiedzi udziela James Boyle – amerykański prawnik, jeden z założycieli Centrum Badań nad Domeną Publiczną przy Duke Law School, zajmujący się „intelektualną ekologią” domeny publicznej. Oto, co ma do powiedzenia o kulturze 2.0:

Z zasady jestem zawsze sceptyczny wobec stwierdzeń, że właśnie teraz znaleźliśmy się w dramatycznym momencie zmian kulturowych – „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”. Ale nawet jeśli rozsądnie jest zachować dystans, to przecież zdarzają się chwile, w których coś radykalnie się zmienia. Czy to jest jedna z tych chwil? „Za wcześnie, by o tym mówić” – jak miał powiedzieć Czang Kaj-Szek, gdy zapytano go o następstwa Rewolucji Francuskiej. Coś się zmieniło. Zmieniły się oparte na zasadach innych niż model własności procesy zabawy i udostępniania, dawniej ograniczone do świata ludzi fizycznie obecnych obok nas. Świat żartów i słowotwórstwa, świat rozmaitych eksperymentów, to wszystko jest teraz przynajmniej potencjalnie globalne, a nie lokalne. Możliwości taniego komunikowania się, rozproszonego tworzenia, sieć i narzędzia które się na niej opierają – to wszystko faktycznie może pomóc wielu z nas w staniu się twórcami, a nie tylko odbiorcami kultury. Czy tak będzie? W mniejszym stopniu, niż nam się wydaje. Talent i energia to ograniczone dobra, nawet jeśli są rozdystrybuowane szerzej, niż sobie to uświadamiamy. Lubimy sieciowe efekty kultury masowej – to, że wszyscy słuchamy tej samej piosenki czy oglądamy ten sam film. Aktualne sposoby organizacji ekonomicznej mają dużą siłę inercji. Blogi wciąż opierają się na masowej prasie i zbieranych przez redakcje informacjach, większość z nas korzysta z Windowsów, a pasywna konsumpcja na kanapie też niesie ze sobą wiele atrakcji. A zmiana? Tak, dokonała się. Większa niż drgnięcie linii na wykresie, mniejsza niż kulturowe trzęsienie ziemi. Mam być bardziej precyzyjny? Jest za wcześnie, by o tym mówić.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 19

Dodaj komentarz »
  1. no to ja (= taki link z ameryki dostałem; to sie dzielę). trochę obok; ale czy na pewno?

    Dig a bit deeper and some fascinating explanations emerge of why the medieval should still have such cultural currency. For all the huge differences between today and 12th-century Europe, there are also remarkable parallels which, arguably, bring these two societies closer together than any in the intervening period.
    First, we share pervasive anxiety about an apocalypse: while we fear climate change our medieval counterparts feared the end of the world.
    Second, we share a fear of Islam and uncertainty about how to deal with it. Should we fight it (as they subsequently did in the Crusades) or attempt to win converts? Islam’s capacity to exert such a powerful hold over its growing number of followers left 12th-century Europe baffled and insecure about its own certainties. Does that sound familiar?

    http://www.guardian.co.uk/commentisfree/story/0,,2228588,00.html?
    no to jak?
    w dramatycznym momencie?
    czy może ? w permanentcym (nomen omen.;-) continuum?;-)))
    jak ten Chomik, co się w kółku kreci.

  2. Może wypośrodkujmy i uznajmy, że jesteśmy w jednym z wielu dramatycznych momentów 🙂
    Na pewno nie jest tak, że czasy w których żyjemy są jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne, podobnie jest z internetem – niemal w ten sam sposób co my dziś o Web 2.0 kiedyś dyskutowano o telegrafie, później radiu i telewizji. Ale z drugiej strony czy uznanie, że internet niewiele zmienił też nie byłoby przesadą?

  3. Mnie bardzo podoba się wypowiedź Jamesa Boyle’a. Uważam, że „kultura/web 2.0” jest owocem, tego, od czego chciałaby się stanowczo odciąć…Nie przekonuje mnie argument, że „nieograniczony ” dostęp do informacji jest emanacją współczesnej wolności, równości itd. Ilość wygrywa, niestety, z jakością, choć paranoiczna krytyka tego stanu rzeczy konstruowana przez obrońców „kultury jakości” wydaje mi się nie do przyjęcia. Dla mnie jednak kierunek, który obrał internet jest pewną krzywdą. „Web 2.0” wpisuje się we wszechogarniający nurt zastępowania poznania opartego na refleksyjnej analizie przez permanentne porównywanie, tworzenie sieci znaczeń, którą można dowolnie manipulować – ktoś udowodni, że jest ona jak najbardziej logiczna, a inny w wiarygodny sposób dowiedzie, że rzecz się ma kompletnie inaczej. I wszystko odbędzie się w 30 sekund na jakimś forum lub blogu, a nie w toku wyważonej debaty. Słowem, posiadanie 200 GB muzyki na dysku, pisanie bloga składającego się głównie z linków i zaopatrywanie się w coraz nowsze iPody nikogo, według mnie, nie czyni wielkim twórcą, ani lepszym, „bardziej demokratrycznym” uczestnikiem życia społecznego…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. JD
    A może wystarczy zrezygnować z potężnych określeń typu ‚wielki twórca’? Nie chodzi o to, że sama kategoria zniknęła, bo oczywiście, że tak nie jest, tyle, że może zostawmy, ją tam gdzie jej miejsce – w dość szczególnej niszy (Olimp, Partenon, jak zwał tak zwał) i korzystajmy nadal z tego, co ci Wielcy tworzą.
    Natomiast nie wiem, czy większośc twórców sieciowych ma aż takie aspiracje, raczej widzę w tej działalności rozwinięcie koncepcji ‚sztuczek’ z Wgrzeszników Pat Cadigan – czegoś pomiędzy zabawą, działaniem twórczym, autopromocją, kolejnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, którego, dzieki tym samym technologiom, mamy jakby nieco więcej (uwalniając się chociażby powli od konieczności pracy w jakiejs okreslonej Fabryce).
    Teraz tylko pytanie, czy to coś zmienia – w/g mnie i owszem, choć na razie dośc powierzchownie – aktualnie trwa zachwyt nad rozmnożeniem się nowych form ekspresji, tym całym spektrum odmiennych metod, by się ‚pokazać’. Zawsze musi być taka faza, po wprowadzeniu mozliwości domowego nagrywania muzyki na tasmy, też nastąpił wybuch kulturowy, powstało milion kapel garażowych, z których każda chciała coś powiedzieć. Dziś z tego nurtu pamięta się jedynie o nielicznych, ale za to spora część z tychże nielicznych, jest już w kategorii Wielcy Twórcy. A reszta znalazła sobie inne zajęcia po znudzeniu się nową zabawką.
    I jak na razie 2.0 idzie, a przynajmniej tak to widzę, tą samą drogą. W każdym garażu ktoś montuje sobie swój własny manifest DIY, a za pare lat zobaczymy, w których manifestach znalazły się treści na tyle ciekawe, by przetrwać.

  6. „Wielkim twórcą” posłużyłem się ironicznie-pomocniczo, to chyba widać. Z kolei „własny manifest DIY” brzmi baaardzo wzniośle. Bo teraz każdy jest manifestem i każdy jakoś trwa. I każdy stawia własny Olimp na Myspace, blogu etc. i czuje się z tym znakomicie. Rozumiem, że link doczepiony do Twojego nicku prowadzi do Twojego Olimpu właśnie… Gratuluję Ci uwolnienia się od „konieczności pracy w jakiejs określonej Fabryce”. To z pewnością bardzo przyjemne, proste i godne polecenia.

  7. Nie dość, że się słabo rozumiemy, to jeszcze się bawimy w wycieczki osobiste, ale nic to, urok dyskusji internetowych:)
    Wracając do tematu z którego nieco ci się zjechało – własnie o to chodzi, że mało kto traktuje swoje strony na Majspejsie jako własny Olimp, tudzież inny pomnik trwalszy od spiżu. Raczej jest to wykorzystanie mozliwości zaprezentowania się, klasyczne ‚kilroy was here’, niz próba zostawiania po sobie dzieł wiekopomnych. I dlatego też zastanawiam się dlaczego Ty próbujesz to w ten sposób odczytawać? (nie przytyk osobisty, bo nie jestes w tym podejściu jedyny). Zastanawiam się, czy to nie jest jeszcze pokutujące przeświadczenie z prehistorii mediów, że skoro ktoś uznaje, że coś jest warte opublikowania, to od razu musi byc ważne, istotne, albo przynajmniej ciekawe?
    A przecież chyba na pierwszy rzut oka widać, że chodzi raczej o radochę z samej mozliwości ‚pokazania sie’, to, co się pokazuje w większości przypadków jest o wiele mniej istotne. Normalny wysłany w przestrzeń sygnał – hallo, żyję. Nie musze juz być ‚kimś’, żeby ‚zaistnieć medialnie’, mogę całemu światu dac dowód własnej egzystencji – czy to opublikowaniem zdjęc gołych bab znalezionych w sieci, czy to nagranym po pijaku kawałkiem, czy tez próbując innym ludziom pokazać, co mnie interesuje. Ktoś to czyta lub ogląda? – Dobrze. Nikt nie czyta, nikt nie ogląda – równie dobrze, ja i tak wiem, że to tam jest.
    Stąd masz rację, że każdy jest manifestem, tak zresztą, jak każdy cżłowiek mijany przez Ciebie na ulicy, może być rozpatrywany w kategorii manifestu – było nie było, manifestuje, że żyje. Chcesz się więcej o nim dowiedziec, to do niego zagadasz; chcesz się wiecej dowiedzieć, to klikniesz w jego pejsa czy bloga. Nie chcesz, to po prostu olewasz nie gadasz, nie klikasz, koniec tematu.
    Z tym, że jeśli zdobędziesz się na wysiłek zagadania, kliknięcia, może się okazać, że trafisz na kogoś, kto bedzie Ci miał coś do powiedzenia, pokazania, którego (w bardzo sprzyjających okolicznościach), uznasz za Wielkiego Twórcę. I to jakby jest sedno 2.0.

  8. na tak przemyślane i zacnie postawione pytanie
    odpowiedziales sobie drogi Autorze sam:
    „Pomysł narodził się na potrzeby styczniowego wydania kwartalnika ?Kultura Popularna?

    a co będzie w lutym? Pokolenie K-3?
    tyle sarkazmu

    na blogu obok czytałem właśnie o pokoleniu V – i nie wiem czy pochodzi od skrótu Vagina czy cos innego, dwa blogi dalej rośnie pokolenie Ibuprom Max – menstruacja w sieci a cztery forumy dalej jest pokolenie XXX – bractwa ściągaczy majtów przy swoim kompie i tak możńa wymieniać.

    Chciałem powiedzieć że Internet umozliwia przesyłanie danych i poznawanie osób po własnorozumnie-określanych tagach, pozwala każdemu tworzyć dane i każdemu do tych danych dotrzeć. i to wszystko i aż tyle. z kulturą ma to do czynienia nie za dużo.

    Każdy zatycha się możliwością bycia twórcą, z drugiej strony to dobrze ale z trzeciej strony rośnie pokolenie Ego-Dekli zakochanych jedynie w tym co sami robią, sami wyczytają, sami okreslą, sami ocenią, i sami napiszą i sami narysują. Jest to proces nieuchronny, do tego kolesiowcy grupują się pod względem własnych ułomności i tworzą iluzoryczne właśnie pokolenia. 😉 jakby mieli ciut rozumku to by przekuli energiena śmiecenie w sieci na zastanowieniu sięnad samym sobą. I nad stawianiem co większych pytań. ale to nie jest dzezi, sexi, pixi i dixi.
    Dziś każdy jest twórcą kultury i przestaje być biernym odbiorcą, głos średni statystyczny poszczególnych grup jest modelem jednostki kultury. Tylko zapomina się iż zanim człowiek zaczyna świecić światłem jasnem i ma cośdo powiedzenia to trzeba się światłem tym napakowac. Tu chcemy czy nie mamy stado ciemnych żarówek wiecznie gadajacych o czymś czego nie ma albo czego istnienie nie ma znaczenia. a to znaczenie nabiera w powtarzalności. (flash mobe). stado bezrozumnych głupoli plepaczy który klepią na kazdy temat tylko dlatego iż system informatyczny im to umożliwia. Tak samo jak wysłanie tego posta tutaj. pozostanie mi jeno wrażenie że cośzrobiłem choc tak naprawdę nic nie robiłem, może i dobrze bo to jest szansa na oszczędzenie planety przed nadmierną aktywnością czlowieka.
    hehehe

    Najwazniejsza jest i tak krytyczna postawa człowieka każdego z osobna i jego osobisty rozwój wobec tego co sie naokoło wydarza. nie rozwój kultury ale rozwój człowieka. internet ani nie pomoże ani nie zaszkodzi.

    Ja bym nazwał wszystkich Pokoleniem Śmieciarzy – zaśmiecająsiec, język kulturę literaturę i wszystko co tylko się da tylko dlatego żę jest taka możliwość.

    hej

  9. Z okazji styczniowego wydania „KP” narodził się pomysł ankiety, nie pomysł na hasło „kultura 2.0”. Które oczywiście jest etykietką równie dobrą/słabą, jak każda inna. Zastanawia mnie jednak łatwość, z jaką choćby „obly” przykleja łatkę osobom z pokolenia, którego częścią się nie czuje. Nie ma sprawy, ja też się nie identyfikuję, ale dlaczego mają to być Ego-Dekle? Skąd wiadomo, że są zakochani w tym, co robią? Choć sam już raczej powinienem się martwić, że mam „generation gap”, niż identyfikować z nowinkami, to jednak wciąż irytuję się takimi uproszczeniami. To dla mnie jakaś mentalna dysfunkcja: jeśli ktoś robi coś innego niż ja, to znaczy że od razu mogę go uznać za debila?!

  10. @ JD / braineater
    lubię takie jedno zdanie z Johna Fiskego, że kultura popularna jest efemeryczna. moim zdaniem taka była do czasu internetu, rzeczywiście o filmie widzianym w kinie można było pogadać przy kawie, ew. wyciac sobie zdjecie aktorki z pisemka i wkleic do jakiegos notesu. a teraz? wszystko to samo robimy w internecie – i nadal jest to jakoś efemeryczne, ale jednak inaczej, bo jednocześnie *jakoś* trwałe. i myślę, że nadal nie zrozumieliśmy charakteru, a tym bardziej skutków, tej nowej efemeryczności i w tym cała trudność.

    to dlatego np. „obly” pisze o smieceniu – bo jeszcze niedawno efemerydy nie ukazywaly sie drukiem.

    aha, i zeby bylo jasne, nie sadze, zeby w oczywisty sposob obecnosc w sieci kultury efemerycznej jest zjawiskiem pozytywnym – natlok rzeczywiscie jest problemem, znow brak odpowiednich filtrow.

    i tu pojawia sie kwestia „kuratorow” – bo jest tak, ze nieliczne grono zamiast wrzucac w siec swoje ego i jego wytwory, filtruje dla innych. np. obecny tu braineater pod linkiem ma strone, na ktorej co pewien czas swietnie dobiera animacje. mozna sobie je obejrzec, z krotkim komentarzem, itp. – dla mnie bomba.

  11. Alku nie do końca tak, serio 🙂
    Bo ta ‚kuracja’ to nic innego, jak filtr oparty tylko i wyłacznie na własnym guście – nie gwarantuję Ci, ani nikomu innego, że to, co jest wrzucane, jest w jakiś sposób dobre, wazne, ciekawe. Jedyna konkretna informacja, jaką możesz z tego wyciągnąć, to ta, że są to rzeczy, które mnie (anonimowemu uzytkownikowi internetu, o którym niewiele wiadomo) podobają się na tyle, by podtykać je innym. Gdybym zajmował się tym ‚na powaznie’ to raczej blok byłby podobny, do tego, co wyszło pod Waszą egidą, czyli DVD z polskimi animacjami, z podanym kontekstem, historią, szczegółami etc ( taki blog na livejournalu robi np Ivan Niff, skupiony tylko na rosyjskiej animacji). A tak jest to tylko linkownia na zasadzie miałem udany wieczór oglądając to, może wam się też spodoba. Na podobnej zasadzie działa choćby blog Pajęczaków, gdzie linkowane sa ciekawe (w/g Pajęczaków) zjawiska znalezione na innych blogach, to samo czasem robi też przecież Makowski i wiele innych osób.
    I tu jakby wracamy do centralnej kwestii, czyli wspomnianych filtrów – bo chyba jest tak, sami to zresztą pośrednio proponujecie nawołując do poszerzenia zakresu medialnej edukacji, że te filtry musi sobie każdy wyrobić w dzisiejszych czasach samodzielnie. Spoko, zawsze będzie jakies grono expertów, które coś zasugeruje podpowie (czy aktualnie metaekspertów typu serwisy Rotten Tomatoes), ale ostateczna decyzja, czy z czymś się zapoznać czy nie zależy tylko od odbiorcy – to co pisałem powyżej do JD – zagadasz bądź zaklikasz, to wtedy są szanse, że czegoś się dowiesz. I w sumie jest tak (chyba), że po jakimś czasie wyrabiamy sobie te filtry wszyscy – żaden z nas przecież nie klika wszystkich linków na które natrafi, nie ogląda wszystkich filmów na tubie, nie słucha wszystkich płyt uploadowanych na blogach, tylko kierując się własnym gustem wybiera, to co go w danej chwili interesuje, bądź sądzi, że może zainteresować. I jakby najfajniejsze w tej sytuacji jest to, że z każdym kliknięciem ten filtr się ‚polepsza” (może usprawnia byłoby lepszym słowem), bo uczymy się w najlepszy z mozliwych sposobów, bo na własnych doświadczeniach, omijać rzeczy, które nas nie interesują, bądź mogą zaszkodzić.
    I jeszcze jeden element, który zdajemy się pomijać wszyscy – my, w kategoriach internetowych, jesteśmy, ekhm… starzy:) Internet pojawił się w momencie, kiedy już po pierwsze coś wiedzieliśmy o swoich gustach (to plus) ale po drugie, kiedy decyzję o tym co mamy oglądać,słuchać, czytać etc podejmowały postaci na poły mityczne typu Adam Michnik, Nina Terentiew, czy Jerzy Baczyński (gdzie na filtry stosowane przez nich, prócz własnego gustu, składają się jeszce takie pojęcia, jak dochodowość, ideologiczność, próba przekazania określonej wizji polityki, kultury czy gospodarki). Spora część świata docierała już do nas przefiltrowana, skomentowana, opatrzona tagami (jak napisał tu Obły), w jakiś sposób przezuta i przetrawiona. Ludzie o tych paręnascie lat młodsi od nas uczą się żuć i trawić samodzielnie, od samego początku kontaktu z siecią są skazani, zmuszeni do narzucenia sobie własnych filtrów i dlatego też, za pare lat, jak mi się zda, ich filtry moga być lepsze, mocniejsze, bardziej szczelne.
    Albo wszystko weźmie głeboki zamach i nastąpi powrót do kultury ekspertów – w co jednak słabo wierzę.

  12. Zgoda, ale moim zdaniem wszystko nie sprowadza sie tylko do wlasnych filtrow – bo sledzac cude filtrowanie moge ustalic, czyje gusta sa dla mnie bliskie badz intrygujace – i zaczynam sie wtedy posilkowac jego wyborami we wlasnych wyborach.

    PS. Nie uczestniczylismy w tworzeniu antologii animacji, wydalo ja PWA we współpracy z Marcinem Giżyckim (i może jeszcze kimś?) – my tylko zrobiliśmy spotkanie związane z antologią.

  13. No tak, tylko, że tutaj wchodzi w grę coś w rodzaju homeopatii – podobne przyciąga podobne – szukamy raczej tych, których gust choć częsciowo pokrywa się z naszym, a potem dopiero sprawdzamy, rzeczy nam nieznane (ja tak przynajmniej mam, żeby nie było, że ugólniam:). I budowanie zaufania do bloggera, twórcy strony czy innego sieciowca tak chyba wygląda – najpierw znajdujemy punkty wspólne, potem róznice, jeśli róznice nam tez podejdą, to w końcu dorzucamy dany produkt do ulubionych i szukamy kolejnych, choćby po linkach wychodzących z danego bloga/strony. Pojawiają się wtedy natępne kontakty i tworzą się jakieś mikrospołeczności (daleko nie szukając, chociazby ten blog, gdzie jakby głównie w komentarzach pojawia się towarzystwo klikających się wzajemnie – to bynajmniej nie zarzut, bo i mnie dotyczy:). A z czasem (na razie rzadko) zdarza się, że te mikrospołeczności wzajemnych powiązań są w stanie zrobić razem coś konstruktywnego.

    Korekta do poprzedniego wpisu – z nadmiaru przeglądanych regularnie blogów, pomieszałem Pajęczaki (fajny blog ale niezwiązany z tym, o czym pisałem) z Papryczkami, które powinny były się pojawić jako przykład kuratorskiej linkowni.

  14. Chwilunia, jak to sie nie czuję tym pokoleniem i jak to przyklejam łatkę? Nie wolno burzyć nieprzemyślanej konstrukcji wrażeniowej. I do tego przyklejam jedną łatkę? Każdy każdemu przykleja łatkę, czyli ocenkę i to jest targowisko właśnie łatek, łatki łażą, łatki się prężą. Ja nie oceniam i nie piszę czy to dobrze czy to źle. NIE MA INNEGO WYJSCIA.
    Targowiska nie tylko są organizowane przez uczestników, ale przez wnikliwych badaczy targetu. Powstają również unikalne wspólnoty z inicjatyw niezinstytucjonalizowanych ale szybko są przejmowane jak tylko aktywność ich upada. Docelowo i tak chodzi o sztuczne wymuszenie ruchu klikania. Stąd pożywka dla Ego Dekli. Których uwiera groszek w pupce i chcą to objaśnić światu za pomocą wielkiego JA. Robią to skutecznie. Rozmowy kiedyś prowadzone na klatkach schodowych teraz są prowadzone w necie. Różnica jest jedna. W necie pozostaje ślad. Wyobraź sobie właśnie targowisko gdzie jest co dziennie 60 tysięcy osób i każda wypowiedziana fraza zostaje w powietrzu zawieszona jak dymek komiksowy z podaniem daty i autora. Po kilku latach powstają analizatory segregujące te dane. Kilkaset różnych i pod różnymi kątami. Wypowiedzi zaczynają sie przegrupowywać i tworzyć mini enklawy, mikrospołeczności. Dobierają sie łączą się w grupki. Automatycznie i wypowiedzi również się zmieniają dostosowywujac sie do enginów, pod kątem oczekiwanych efektów (jak powiem kalafior to znajdą mnie ludzie łaknący kalafiora). Natomiast sama informacja przestaje być istotna. Istotą jest sam akt wypowiedzi. Stad uważam, że to śmietnik i wcale ale to wcale nikogo nie obrażam, ani nie przypisuję łatek. Po prostu jak się łazi po śmietniku to nie ma co udawać że to jest wzniosłe i inspirujące. Inspirujący mogą być natomiast przechadzający się tam również ludzie. Podkreślam – mogą. Ktoś tu napisał dość lekceważąco o wklejaniu linków na blogusiu do określonej muzyki, utworów muzycznych czy obrazów jako nieatrakcyjne i odtwórcze. Chciałem powiedzieć, że to co się wkleja jest to forma komunikacji i zależnie od tego co mówisz jest lub nie odzew z takiej badz innych.
    np blog „to co mi gra” który mimo ze nic niby nie wnosi – ogniskuje gorących i wieloletnich wielbicieli zapomnianych nagrań polskiej muzyki lat 70 i 80. Natomiast pamiętać trzeba, że nadal są to tylko porozrzucane narzędzia. Nic więcej. I tak najwięcej klików i komcióf ma pudelek i innego typu formy aktywizacji Dekli którzy świetnie się czują komentując to i owo starając się być w temacie.

    To co się próbuje określić jako kultura 2.0 to jest to właśnie nic innego jak rozbudowana platforma komunikacji i wszystkie nadzieje i obawy jakie za nią stoją. Po pierwsze kończą sie dzikie czasy samodzielnego robienia stronek – niby można ale wielkie platformy za którymi stoją wielkie pieniądze zapewniaja wymuszanie obiegu. tagi. pozycjonowanie. reklicki, pt „zobacz kto cie odwiedził” – precyzyjnie przygotowane krwioobiegi łaknące krwi które napędza sie własnie takimi polemikami. ;), w których nieistotne jest o co chodzi ale ile osób to interesuje.

    Interesujący zdarzają się natomiast Ludzie – żę tak powiem „Wilki Netowe” stoją gdzieś z boku i precyzyjnie używają tego narzędzia. Stąd nie da się mówić ogólnie o kulturze. To jakby mówić kultura „młotka”. Jeden młotkiem zrobi z siebie Mitoraja a drugi walnie się w palucha i będzie krzyczał najgłośniej jak się da. Dlatego wszelkie tego typu próby okiełznania uogólnieniem jakiegoś pokolenia jest to jak zwykle prosta i na potrzeby manipulacja. Tak samo jak pokolenie JP2. Do którego przynależność potwierdziło jedynie kilku chętnych chcących napisać coś wzniosłego o sobie. A Tag zacny bo JP2 wiec więcej słuchaczy.

    Pozdrawiam i życzę czegoś tam za ileśtam

  15. @ braineater

    rzeczywiscie, homeopatia jest dobra do odnajdywania ludzi do wspolnych dzialan, a tak poza tym nienajlepsza. marzy mi sie warsztat opracowywania roznych odjechanych mechanizmow filtrujacych, tak jak opisany przez ciebie „wybijamy niepopularne”. np. mechanizm podajacy nam rzeczy zupelnie obce. chcialbym tez zrobic, a propos pokolen, takie spotkanie gdzie kazda grupa wiekowa, (podzialka np. co 10 lat) opowiada o tym, co dla niej wazne, a inni sluchaja – i jednego dnia mielibysmy lalki barbie, nu rave, zapieprzanie w korporacji i chore nerki. i mysle, ze to byloby cos, choc nie wiem czy strawne.

    @obly
    nie wiem czy dobrze rozumiem twoj skadinnad imponujacy flow, ale jesli myslisz, ze traktujemy haslo ‚kultura 2.0’ pokoleniowo, to jednak tak nie jest. z drugiej strony k2.0 to nie platforma – jest nia web2.0. a k2.0 to ma byc kultura wokol tej platformy wypracowana. rzeczywiscie jest to uogolnienie, ale bez niego nie byloby jak mowic o zjawisku, ktore jest w Polsce malusienka nisza – a tak wbijamy w nia szpilke z etykietka i moze ktos zauwazy.

    aha jeszcze chcialem powiedziec ze rozmowy takie jak ta dowodza, ze cos jest strasznie nie tak z podzialem na wpisy i komentarze.

  16. Ja powiedziaelm jak ja to widze i jak ja to stosuje i jak u mnie to dziala wiecej co ci moge powiedziec?
    Sa takie fajne odzywki forumowe ale chyba to nie tu.
    niemniej filtr mamy nie ten tegez 😉
    a tak czytajac twój komentarz to widzę że jednak skupiamy sie na opisie młotka i wpływu młotka na nasze życie. a za rogiem czekają grabie.
    i tu jest podstawowy myk.
    OCZYWISĆIE WG MNIE, JA TAK SĄDZĘ! nawet jesli milion much mysli inaczej to nie znaczy ze tak własnie nie jest.

    tak to było ziarnko ironii…
    pozdrawiam siarczyście w ten korkowy dzień

  17. a tak swoją drogą drąząc temat można by było stworzyc profile znanych osób aby móc wyszukiwać np z mojego kompa te wiadomości które sie cieszą zainteresowaniem tych osób. np muzyka, film, ksiażki, scena polityczna i w ten sposób pogłębiać swoje przestrzenie wgłębno-rozumieniowe. tak jakby wchodzić w sieć ich oczami. eeee… nudne
    no to wciskam Enter

  18. Widzę, że dyskusja potoczyła sie w każdym chyba możliwym kierunku… Kultury 2.0 nikt zapewne nie traktuje pokoleniowo, jak napisał Alek, lecz mechanizm „generacyjny” funkcjonuje właściwie tak samo. Weźmy pod uwagę, że szanowne „pokolenie” oscylujacych wokół trzydziestki ludzi „uczestniczy” w k 2.0, bo o niej rozprawia, natomiast koleżka z blokowiska ściagający dziennie kilkadziesiąt płyt z gangsterskim rapem i hardcore techno już nie – przynajmniej w myśl prawidłowości, która przewinęła sie przez Wasze komentarze. Bo koleżka tylko konsumuje wytwory k 2.0 nie wzbogacajac jej, a wieczorem i tak idzie uskuteczniać k 0.0 albo i k -1.0 na osiedlowej ławce. Więc w czym uczestniczy? W web 2.0? Ale to podobno nie kultura, lecz zbiór narzędzi, czy też platforma komunikacyjna… Dlatego właściwie zgadzam się z „oblym”. Choć „krwioobiegi łaknące krwi” przeraziły mnie niesamowicie 🙂

  19. Uczestniczy – i to nawet dośc bezpośrednio. Chociażby wbijając swojej ekipie, że posuchajta chopoki, ale wyj..ana muza, na sieci była, żem se ściong. Moga wom przegrać, abo sami se ściongcie.
    I następny podpina się do netu, zachęcony nieskomplikowaną rekomendacja, zaczyna szukać czegoś dla siebie, w końcu któryś z nich z nudów załozy bloga ‚nasz blok’ albo ‚gieksa pany, legia to ch..e’, coś przy nim porobi, poprowadzi go jakiś czas, dołozy kolejną cegiełkę do śmietnika.
    I z dzisiejszej perspektywy, rozumiem, że ma to nikłą wartośc, ale spróbuj sobie trochę pomyśleć naprzód – jest rok2050 i jakiś studenciak szuka tematu na pracę lic. albo mgr. i w końcu postanawia pisac o sieciowym obliczu blokowisk albo o internetowych stronach piłkarskich ultrasów.
    I wtedy ten smieć zmienia się w jakies dane socjologiczne, kulturoznawcze etc.
    Wiem, że może to brzmieć dziwnie, ale po mojemu każdy wytwór człowieka czemuś służy – czy będzie to strona porno, która za 40 lat będą badali medioznawcy pod kątem faworyzowanych perwersji pierwszej dekady nowego tysiąclecia, czy onetowski bloogaaaaasek pełen komciufff i różowych serduszek, dzięki któremu wbędzie można za paręnaście lat próbować stan psychiki i intelektu pokolenia dzisiejszych 13 latek, w tym czasie już powaznych pań prowadzących firmy, stojących na czele rządów itd.
    Numer polega po prostu na tym, że dziś jesli masz plus minus od 0 do 40 lat (tak na oko) to chcesz czy nie chcesz w jakiś sposób tworzysz kulturę sieciową – czy to poddając się jej wpływom i spamując znajomym jakies linki z joemonstera, czy rzeźbiąc sobie jakąś własną stronkę.

  20. Czasami zdarzają się sytuacje (a internet jest ich świetnym nośnikiem), gdy próbując przejść na poziom szczegółow, ktoś boleśnie przenosi Twoje własne myśli z powrotem na szczebel ogólny. Chciałem zauważyć, że nie rozprawaim tu o tym, czym jest, a czym nie jest uczestnictwo w kulturze, lecz podaję po prostu przykładową watpliwość dotyczącą istoty kultury 2.0.

    Pragnę wyraźnie zaznaczyć, drogi Braineater, że całkowicie podzielam Twój pogląd na temat uniwersalnej pod względem historycznym wartości ludzkich wytworów.

    „I z dzisiejszej perspektywy, rozumiem, że ma to nikłą wartośc, ale spróbuj sobie trochę pomyśleć naprzód – jest rok2050 i jakiś studenciak szuka tematu na pracę lic. albo mgr. i w końcu postanawia pisac o sieciowym obliczu blokowisk albo o internetowych stronach piłkarskich ultrasów.”

    Do tego chyba nie potrzeba roku 2050…