Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

29.12.2007
sobota

Kultura 2.0? Ankieta – część 2.

29 grudnia 2007, sobota,

Listę odpowiedzi na pytanie o „kulturę 2.0” niedawno zainaugurował na naszym blogu James Boyle. Dziś odpowiedź z polskiego podwórka – głos zabiera Tomasz „Polimerek” Ganicz, adiunkt w CBMiM PAN, od 2001 r. współautor Wikipedii.

Według mnie terminy „Web 2.0” i „Kultura 2.0” to hasła, którymi nazywamy coś, co w internecie istniało od samego początku, tyle że pozostawało niewidoczne dla większej części społeczeństwa. Ja sam działam w internecie niemal od jego początków w Polsce, czyli od roku 1992. Pamiętam jeszcze okres, kiedy sieć nie była skomercjalizowana, była domeną ludzi związanych z uczelniami i hakerów (w dobrym tego słowa sensie), którzy rozwijali ją w dużym stopniu za darmo, dla samej radości tworzenia. Zresztą w tym czasie aby dostać konto mailowe trzeba było podpisać dokument, który zakazywał używania poczty elektronicznej w celach komercyjnych i politycznych. Wszystkie dostępne w internecie usługi, takie jak listy dyskusyjne, IRC, czy gopher – protoplasta stron WWW – były tworzone i zarządzane przez skupione wokół nich społeczności, którym nikt niczego nie narzucał. Dziś powiedzielibyśmy, że były właśnie „2.0”.

W Polsce komercjalizacja – głównie w postaci powstania wielkich portali w rodzaju Onetu czy Wirtualnej Polski – zaczęła się gdzieś pod koniec lat 90. Nagle, w przeciągu 2-3 lat, sieć z medium tworzonego przez elitarną społeczność stała się produktem komercyjnym – z masą migających reklam, spamu i wielkimi serwisami WWW, w których dostaje się gotową do spożycia „papkę”, na której treść nie ma się żadnego wpływu, podobnie jak to jest z telewizją czy gazetami. Równolegle z komercjalizacją następował też gwałtowny wzrost liczby osób, które miały dostęp do sieci, stąd większość użytkowników internetu nie zetknęła się z nim przed okresem jego komercjalizacji i z tego powodu wydaje się im, że istnienie zasobów i usług tworzonych przez niekontrolowane społeczności dla nich samych jest czymś nowym. Najwyraźniej jednak, po okresie zachłyśnięcia migającymi banerami i robienia w internecie szybkich pieniędzy, zapotrzebowanie na miejsca, w których treść jest tworzona oddolnie była tak silna, że przynajmniej niektóre usługi społecznościowe – uporczywie kontynuowane w zmienionej formie przez osoby pamiętające dawne czasy – „chwyciły” jakby na nowo. Dawne mailowe listy dyskusyjne zostały zamienione na fora dyskusyjne dostępne przez strony WWW. Prywatne strony WWW przekształciły się w blogsferę. Gophery i BBSy – czyli publiczne zbiory danych, do których każdy mógł dołożyć własną cegiełkę – znalazły swój wyraz w technologii wiki – czyli stron WWW, które każdy może edytować mając samą tylko przeglądarkę internetową. Siła tego ruchu jest na tyle duża, że tradycyjnym portalom – funkcjonującym nie jako społeczności, ale raczej na podobnych zasadach jak telewizja – jest coraz trudniej utrzymać się na powierzchni i stają się one anachroniczne.

Coraz więcej ludzi chce mieć realny wpływ na informacje, które otrzymuje – a ci którzy chcą tylko z nich korzystać stwierdzają, że jakość i trafność tego co oferują projekty społecznościowe zaczyna przewyższać to, co mają do pokazania „centralnie sterowane” źródła informacji i rozrywki. Przykładem tego jest m.in Wikipedia. Dość powszechnie pokutuje mit że jest to miejsce, w którym „rządzą” uczniowie szkół średnich piszący głównie dla swoich kolegów i dlatego nikt poważny, z dużym dorobkiem życiowym, nie chce w tym projekcie uczestniczyć. Społeczność wikipedystów jest tworem bardzo zmiennym. Z powodu pełnego otwarcia tego projektu, w którym edytować można całkowicie anonimowo, nawet bez konieczności logowania się do systemu, nikt nie ma żadnych informacji o olbrzymiej większości piszących okazyjne, tj. wykonujących mniej niż 10 edycji na miesiąc. W polskiej edycji jest ich średnio ok. 5 tysięcy miesięcznie. Można tę grupę nazwać „aktywnymi czytelnikami”, którzy korzystają z zakładki „edytuj”, głównie poprawiając drobne błędy merytoryczne, językowe i ortograficzne. Z drugiej strony statystyki pokazują, że istnieje grupa ok. 300-500 osób, która jest związana z Wikipedią trwalej i która wykonuje średnio więcej niż 100 edycji na miesiąc. Te same statystki dowodzą też, że ta wąska grupa tworzy ponad 80% treści zawartych w tym projekcie. Mitem jest zatem stwierdzenie, że Wikipedię pisze jakaś wielka rzesza młodych ludzi, nazywanych czasami „dziećmi neostrady”. Grupę tę formuje raczej cały przekrój społeczny – od uczniów gimnazjum do profesorów wyższych uczelni. Średnia wieku tej grupy to ok. 27 lat, przy czym osoby w wieku powyżej 30 lat stanowią ok. 20% jej składu. Ścisłą „elitę” wikipedystów, pojawiającą się na zlotach i konferencjach organizowanych przez Stowarzyszenie Wikimedia Polska, tworzą w większości studenci i doktoranci, jednak jest wśród nich także profesor medycyny, doktorzy habilitowani chemii i filozofii, kilka osób z doktoratami (socjologia, informatyka, prawo), znany poeta średniego pokolenia, dziennikarz jednego z największych dzienników opiniotwórczych, dyrektor jednego z najbardziej znanych muzeów, właściciel hotelu pod Warszawą, właściciel sieci sprzedaży kosmetyków, kierownik dużej drukarni, świeżo wyświęcony ksiądz i wreszcie twórca znanego internetowego portalu wolnomyślicielskiego.

Niewątpliwym problemem Wikipedii jest odchodzenie z projektu wybitnych autorów, którzy nie są w stanie znieść tego, że ich autorytet może zakwestionować każdy. Wielu luminarzy nauki nie jest przyzwyczajonych do tego, że ich poglądy mogą być bezpardonowo kwestionowane w Wikipedii, podczas gdy w swoim środowisku mają taką pozycję, że nikt nie ma śmiałości wytykać im błędów. Z drugiej strony, cóż to za „ekspert”, który obraża się na to, że ktoś wytknie mu w uzasadniony sposób błąd merytoryczny albo nie ma dość cierpliwości, aby udowodnić swoje racje w dyskusji? Niekiedy jednak dyskusje w Wikipedii – zwłaszcza na tematy „ideologiczne” – są bardzo ostre i niezbyt merytoryczne. Uparty dyletant może długo i skutecznie „psuć” artykuł prawdziwemu specjaliście – aż ten w końcu odchodzi dochodząc do wniosku, że „nie będzie kopać się z koniem”. Wydawałoby się, że rozwiązaniem tego problemu byłoby przyznanie statusu „eksperta” wybranym w jakiś sposób edytorom Wikipedii. Pytanie jednak brzmi: kto i jak miałby ich wybierać? Przecież istnieje ryzyko, że „ekspert” może forsować swoje prywatne poglądy. W sytuacji, gdy wszyscy edytorzy są równi, fachowca mogą weryfikować inni wikipedyści, którzy mają może mniejsze formalne przygotowanie, ale w amatorski sposób zdobyli wiedzę wystarczającą np. do przyłapania eksperta na manipulacji. W rezultacie dla jakości i dynamiki projektu jest lepiej, gdy każdy ma równe prawa go tworzyć, a większy od innych wpływ na projekt można uzyskać tylko ciężką pracą i zdobyciem naturalnego autorytetu w społeczności. Autorytetu, o który trzeba cały czas walczyć, bo może być w każdej chwili podważony.

Wikipedia, podobnie jak inne rozproszone projekty społecznościowe, które starają się tworzyć lub gromadzić wiedzę są zdaniem amerykańskiego filozofa Davida Weinbergera naturalną odpowiedzią na „spłaszczenie” i „demokratyzację” współczesnej wiedzy, oraz na fakt, że wiedza nie jest czymś z góry danym, lecz zmienia się i ewoluuje w zawrotnym tempie. Nie ma już wiedzy mniej i bardziej „ważnej”, a ekspertem może stać się każdy. Wszystko się z sobą miesza i stale przewartościowuje. Stąd encyklopedia pisana potencjalnie przez wszystkich, która gromadzi informacje zarówno o noblistach, jak i o pokemonach – przy czym może tak się zdarzyć, że artykuły o pokemonach są obszerniejsze i bardziej fachowo napisane. Taka encyklopedia po prostu lepiej odpowiada na potrzeby czytelników niż tradycyjna publikacja, która jest uaktualniania raz na kilka lat, a pisać ją mogą tylko osoby wyselekcjonowane przez nobliwą radę redakcyjną składającą się głównie z emerytowanych profesorów, z których większość nawet nie ma pojęcia, co to są pokemony.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop