Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

5.02.2008
wtorek

Kisiel multimedialny z mikrokawałkami

5 lutego 2008, wtorek,

Chris Anderson pisze, że słucha radia publicznego NPR już nie przez odbiornik, lecz iPhone’a. Zamiast transmisji słucha podcastów, dobierając sobie programy, które mu odpowiadają. NPR jest radiem specyficznym – słucha się go za pośrednictwem lokalnej radiostacji, która miesza ogólnokrajowe pozycje z własnymi programami. Anderson preferuje te pierwsze, z pomocą iPhone’a odrzucając resztę.

Fakt, że nie wspieram już ogólnej stacji radiowej, lecz poszczególne programy wskazuje na to, że radio ulegnie mikrorozkawałkowaniu (microchunked), podobnie jak reszta mediów.

Dlaczego o tym piszę? Radio i reszta mediów nie tylko się fragmentaryzują (microchunking to właściwie inny sposób nazwania „pull media”), ale też upodabniają do siebie poprzez dywersyfikację produkowanych fragmentów. Gazety produkują klipy wideo, a w wyjątkowych sytuacjach publikują klipy audio (jeszcze nie własne nagrania, tylko głównie retransmisje z dyktafonów podsłuchowych). TVN24 nakłania dziennikarzy telewizyjnych do pisania blogów, a iTVP ma blogi prowadzone przez fikcyjne postaci. Wydawnictwa promują książki z pomocą klipów wideo. Piotr Waglowski, blogujący już ponad 11 lat, napisał niedawno:

coś się zmieniło: nabyłem sobie cyfrową kamerę. W praktyce testuję, co znaczy konwergencja.

I tak dalej. Wszystko to rzeczywiście w rozmiarze mikro, świetnie nadajacym się na przekąskę.

Nic właściwie dziwnego – multimediatyzacja (z braku lepszego słowa) na poziomie treści jest wynikiem konwergencji na poziomie narzędzi medialnych. Ale na skutek tego procesu media, nadal jeszcze różnorodne, zlewają się w jeden multimedialny kisiel.

Nazwy takie jak radio i telewizja, gazeta i płyta zapewne jeszcze trochę z nami pozostaną. Bo np. wielki multimedialny portal będzie się nazywał gazetą. Albo dziennikarze z rozpędu będą pisać o płytach piratowanych w sieci, choć tak naprawdę żyjemy już w epoce playlisty (jeszcze jednej formy kisielu z microchunkami).

O zakresie zjawiska może świadczyć fakt, że nawet biblioteki muszą definiować na nowo swoją rolę, w ramach jak stają się raczej mediotekami – a ich cyfrowe odnogi wyglądają bardziej jak darmowe serwisy z treściami niż biblioteki. Z bibliotek w końcu wypożycza się pozycje, a nie kopiuje.

Myślę, że warto mieć w tyle głowy ten szerszy kontekst obserwując na przykład obecne problemy finansowe Polskiego Radia – bezpośrednio wynikające z zupełnie innej przyczyny: niepłacenia abonamentu przez słuchaczy oraz niskiej atrakcyjności dla reklamodawców.

Można się zastanawiać, po co martwić się losem radia skoro muzyki, a nawet publicystyki (w postaci podcastów) można słuchać z tylu innych, różnych źródeł? Oczywiście, odpowiedź jest prosta – istotny jest nie kanał przekazu, lecz zespół, który w niego nadaje. Na przykład zespół będącego w tarapatach Programu 2. Polskiego Radia, „największej w Polsce filharmonii i salą teatralnej” – za którego produkcjami będą tęsknić radiosłuchacze.

Powraca więc pytanie, jak finansować produkcję, gdy kompletnie zmieniają się reguły gry, a do tego istnieje silny nacisk, by wszystko było za darmo? Pytanie też, jak multimedialną magmę regulować (i czy w ogóle to robić?).

Zastanawiam się – puszczając wodze fantazji – czy któregoś dnia profesjonalne treści będą tworzone przez redakcje multimedialne, które dla samo-określenia nie będą już używać nazw przekaźników? Dziś takie multimedialny twór można nazwać np. „serwisem internetowym” – ale pewnie i sam internet przestanie być „widoczny”, gdy już naprawdę się upowszechni. Podobnie posiadanie videobloga nie będzie już powodem do dumy, bo każdy amator będzie człowiekiem orkiestrą.

Pytanie wreszcie, czy po zażyciu solidnej porcji kisielu Marshall McLuhan nie wyplułby swojego „Przekaźnik jest przekazem”?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Wolałbym by pani Streżyńska i reszta tej bandy (następców, poprzedników, podłokietników) od Internetu się odczepili. Nie to bym wierzył, że to zrobią ale jednak.

  2. Gdy mówi się o produkcjach II programu PR, podkreśla się, że to wyjątkowo cenna działalność w ramach MISJI. Ale koniec końców okazuje się, że MISJA publicznych mediów, to przede wszystkim „Misja Specjalna” i przykrawanie Wiadomości do PiSowskich wzorców przez niezastąpioną Pati Koti.
    Podoba mi się, że w nowych mediach, sterowanych przez odbiorcę, to odbiorca, poprzez dokonywanie wyborów określa jakie przekazy do niego trafią. Znakomicie to utrudnia propagację wszelkiej propagandy (przynajmniej do momentu, kiedy jej twórcy nie nauczą się obracać w nowych warunkach).
    Nie czepiałbym się McLuhana, gość wyprzedził epokę o ładne ćwierćwiecze i mnóstwo nadal trafnych sądów oparł głównie na doświadczeniach płynących z radia i kina i raczkującej w jego czasach TV.
    Zgadzam się, że media zmierzają w stronę fragmentaryzacji. Ma to zjawisko dwie strony: 1) Fragmentaryzacja na poziomie treści. To spostrzegł już dawno McLuhan. Liczy się przekaz, za którym już nie podąża uogólnienie i wnioskowanie, jest tylko konsumpcja bieżącej treści.
    2) Fragmentaryzacja na poziomie zasobów. Za czasów McLuhana tego nie było. Wiadomości szły strumieniem, nikt nie mógł zamówić sobie kawałka strony z gazety czy pojedynczego niusa z Kroniki Filmowej, bo niby jak? 🙂
    Teraz mamy (rosnącą od poziomu ciekawostki do konieczności) możliwość selekcji = kreowania strumienia informacji do nas docierających.
    Każdemu wedle woli! Czy aby jednak nie grozi to odcięciem od informacji istotnych choć nieprzyjemnych?
    Fikcyjne blogi itvp nie wliczałbym do kategorii zjawisk związanych z nowymi mediami, raczej do archiwów historii propagandy.
    Odbiciem rozwoju mediów, w sensie przyjmowania ich strumienia, jest rozwój tzw. socjotechnik. W naszych realiach, lata 2005 – 2007 przyniosły niebywałe skupienie na roli socjotechnik. Gdyby posłuchać liczne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, można odnieść wrażenie, że przekaz jest Bogiem! (McLuhanie, słyszysz?) Dla znaczącej siły społecznej, oddziaływanie poprzez media stało się i narzędziem i źródłem oddziaływania. Pamiętamy utyskiwania JK, że na wynik wyborów z 21.10.2007. wpływ znaczący mogło mieć to, że w ogóle doszło do debaty między nim a Donaldem Tuskiem. W innych sytuacjach, agresywne wypowiedzi działaczy tej partii miały za zadanie nie tylko zwracać uwagę na istniejące problemy, ale tworzyć jakieś nowe byty – linie podziału, nie istniejące problemy, zafałszowane nakładki (jak maski w programach graficznych zmieniające źródłowy obraz).
    Zwracam uwagę tylko na to, że w świecie selektywnych i oddolnie selekcjonowanych treści mediów, te wszystkie zabiegi nie miałyby żadnego sensu. Bowiem przekonywanie przekonanych nie ma sensu, a nie przekonani, będą przekazy płynące z niepożądanych źródeł odrzucać.
    To jest tak jak z reklamą. Reklama w powierzchniowej warstwie ma wzbudzać zachwyt. Realnie – często wzbudza niechęć i irytację, ale to nie ma żadnego znaczenia, bowiem ci zirytowani widzowie reklam równie stają sę klientami.
    Jedynym wrogiem reklamy (ale też propagandy) jest obojętność. Tak naprawdę najzdrowiej jest wyłączyć tv i komputer, wziąć dobrą książkę do ręki i pójść z nią do łóżka. Będziemy mieć dużą szansę, że zamiast strumienia hałaśliwych choć błahych treści, otrzymamy czyjś przemyślany wywód i pogląd. Zamiast gorączki tempa współczesnego świata, otrzymamy chwilę zadumy dającej szansę na zastanowienie się kim i gdzie jestem. Pozdrawiam, G.S.