Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

27.02.2008
środa

Aura Strikes Back

27 lutego 2008, środa,

Od czasu tekstów Waltera Benjamina z lat 30-tych XX wieku wydawało się oczywiste, że wraz z pojawieniem się mediów pozwalających na masową produkcję kultury zanika rola aury, a więc elementu związanego z wyjątkowością doświadczenia. Jednak nowe modele biznesowe przemysłów kultury pokazują, że aura znów wraca do łask.

Benjamin już ponad 70 lat temu z pewną satysfakcją ogłosił śmierć aury, którą wiązał z kultową funkcją dzieła (ale i burżuazyjnym resentymentem). Aura wiąże się z kontekstem, sytuacją w której powstaje dzieło, trudno więc o niej mówić w wypadku masowej reprodukcji – o ile przedstawienie teatralne ma aurę, bo za każdym razem jest nieco inne, to film już nie; występ muzyków na żywo ma aurę, słuchanie muzyki z płyty – nie. Jakim więc cudem aura miałaby się odradzać w XXI wieku? Całkiem niedawno jeden z ważniejszych teoretyków nowych mediów, Jay David Bolter, wspólnie z Blair MacIntyre, Maribeth Gandy i Petrą Schweizer opublikowali w magazynie „Convergence” tekst Nowe media i permanentny kryzys aury w którym stwierdzili, że aura nigdy nie zanikła ostatecznie, a pojawienie się reprodukowalnych mediów wywołało jedynie jej kryzys, który jest dla nowych mediów kluczowy. Bolter i inni utożsamiają poczucie aury (odwrotnie niż Benjamin, który aurę wiązał z dystansem, a nie bliskością) z „przezroczystością” medium – jeśli film stara się wywołać u widza maksymalne zaangażowanie, to zapominając że jesteśmy w kinie doświadczamy czegoś indywidualnego, wyjątkowego, „z aurą”. Jeśli zaś twórcy regularnie mrugają do nas okiem – aura zanika. Aura miałaby więc być dziś przede wszystkim wyborem stylistycznym podejmowanym przez twórców. Choć tekst porusza kwestię aury w dość wąskim kontekście wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, które dają poczucie immersji, wyjątkowego, osobistego doświadczenia, to wg mnie dotyka istotnego problemu, który warto postawić jeszcze mocniej.

Mam wrażenie, że zbliżamy się do takiego momentu, w którym za samo obcowanie z kulturą skłonnych będzie płacić coraz mniej osób. Muzyka i filmy będą kosztować albo śmiesznie mało, albo nic (zerknijcie na inspirowany m.in. najnowszym „Wired” wpis Edwina Bendyka). Zarobić będzie można właśnie na „aurze” – wyjątkowym doświadczeniu, czymś ekstra, na co pomimo zamiłowania do „darmochy” wysupłamy pieniądze. Czyli: muzyka w domu za darmo (no chyba że z płyty z kolekcjonerskiej edycji, koniecznie z autografem), ale drogi bilet na koncert. W wypadku muzyki to oczywiste, ale np. podczas ostatniego wieczoru „kultury 2.0” Jakub Duszyński z Gutek Film mówił, że rozwijają się festiwale filmowe, bo jest to ten rodzaj doświadczenia, którego poszukują najbardziej zagorzali kinomani. Skoro pod względem jakości projekcji wyjście do kina coraz częściej przestaje być konkurencyjne wobec oglądania filmu w domu, to zadbajmy o wartość dodaną która sprawi, że pokaz poza domem będzie wyjątkowy, np. pojawi się na nim reżyser. Podobnych przykładów widać coraz więcej i to w mediach, które za aurą nigdy nie goniły: tytułowa bohaterka komediowego serialu Disneya, Hannah Montana, to nastoletnia gwiazdka pop, która występuje nie tylko na szklanym ekranie, ale i na żywo. Jej ubiegłoroczna trasa koncertowa w USA ustanowiła rekord – żaden inny wykonawca nie zgromadził w roku 2007 tylu zamówień na bilety, co ona. I choć koncepcja „serialu telewizyjnego na żywo” brzmi dość idiotycznie, to jestem pewien, że podobnych przykładów będzie wkrótce więcej. Bo choć w czasach masowego kopiowania każdy może obejrzeć za darmo dowolny serial, to równocześnie coraz więcej osób chciałoby, aby to powtarzalne doświadczenie zamienić w coś niezwykłego. Stąd prawdziwy wysyp wszelakich „eventów” związanych z kulturą, czego doświadczamy także w Polsce (w wielu miastach „robienie kultury” równa się dziś „robieniu festiwali”). Jest zapotrzebowanie na aurę, więc koncerny medialne i instytucje kultury dbają, by je zaspokoić.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Słuszne spostrzeżenia. Ja zawsze przyczepiam się do sformułowania „wartość dodana”, ponieważ jest ono elementem instytucjonalnej nowomowy europejskiej i jestem wrażliwy na używanie go w bardziej wartościowych przekazach. Istnieją pewne paradygmaty opisywania i kształtowania owej „wartości”, które właściwie zabijają jej sens. „Eventy” i „festiwale” są kategoriami, które dosć łatwo okraszyć tą „wartością”. Ale ja przeciwstawiłbym im na przykład „festiwale” rozumiane nieco szerzej, niż rozrywkowe festyny o pewnych kulturowych ambicjach. Nie chodzi tu o rozróznienie na subsydiowaną na przykład z samorządowych środków masową imprezownię i jakiś wysublimowany klimat prezentacji kulturalnych organizowanych przez i dla rozmaitych koteryjek. Sądzę, że powoli rozkręca sie w Polsce biznes festiwalowy, nad którym pieczę sprawują ludzie o innym typie świadomości kulturowej i innym poglądzie na taka strukture jak „festiwal”. Może takie wydarzenia będą czymś wiecej, niż tylko aurą punktową, może będą przedłużonym ramieniem aury?

  2. ciekawie na temat darmowości i freekonomii piszą dziś na readwriteweb:

    http://www.readwriteweb.com/archives/beware_of_freeconomics.php