Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

9.05.2008
piątek

Premier nie rozumie

9 maja 2008, piątek,

kompwszko450l.jpg
Fot. Extra Ketchup, Flickr, (CC BY SA)

Rząd walczy z wykluczeniem cyfrowym – przed tygodniem w swoim orędziu premier zapowiedział uruchomienie programu Komputer dla każdego ucznia. Problem w tym, że jego założenia już na starcie są chybione. Podobnie jak innego programu, który szykuje MSWiA.

Premier w swoim orędziu powiedział:

Chciałbym Państwu ogłosić, że powołuję zespół, który opracuje program pod wszystko mówiącym hasłem: „Dostęp do komputera dla każdego ucznia”. Tak jak każdy polski uczeń ma prawo do ciepłego posiłku, tak powinien mieć też dostęp do komputera, oprogramowania edukacyjnego i internetu. To zrewolucjonizuje polską edukację i wyrówna szanse między dziećmi z rodzin biednych i bogatych.

I pozornie z takim stanowiskiem trudno jest polemizować – brak dostępu do komputera ogranicza szanse młodych ludzi. Jednak już kilka lat temu świat zauważył, że samo zasypanie biednych dzieci komputerami niczego nie zmieni, a już na pewno nie wyrówna szans ludzi wywodzących się z różnych grup społecznych. Wystarczy zresztą zajrzeć do Diagnozy Społecznej (swoją drogą to trochę żenujące, że poza Diagnozą nie bardzo jest gdzie zaglądać – wciąż niewiele jest powszechnie dostępnych raportów, opisujących w kompleksowy sposób wykorzystanie nowych technologii w naszym kraju), żeby zobaczyć, że niedostatek komputerów w polskich domach, także na wsi, nie jest aż taki znów wielki (komputer jest w 53,3% domów rolników). Sytuacja w szkołach też wygląda nieźle.

Jednak rząd – nie tylko w planach programu Dostęp…, ale i działaniach MSWiA, które chce kupować komputery najbiedniejszym Polakom – reprezentuje myślenie w stylu „więcej komputerów niż uczniów zrobi z nas drugą Finlandię”. W sumie trudno się dziwić, takie rozumowanie jest powszechne w naszym kraju, o czym świadczy fakt, że w tych gospodarstwach domowych, w których mieszkają osoby uczące się, komputery i internet obecne są dwukrotnie częściej, niż w pozostałych. Każdy polski rodzic wie, że dziecko powinno mieć komputer, i nawet jeśli najbliższa rodzina nie może sobie nań pozwolić, to można zrobić zrzutkę, np. na komunię. Kłopoty zaczynają się dopiero później, kiedy komputer stoi już przed uczniem. Dlaczego?

Dziecko z domu o niskim kapitale społecznym korzysta z komputera inaczej, niż dziecko, którego rodzice są dobrze wykształceni i jeśli nawet nie przekażą dziecku konkretnych kompetencji, to przynajmniej rozbudzą w nim chęć eksplorowania innych niż zabawowe zastosowań komputera (porażający raport na ten temat, autorstwa Katarzyny Krakowskiej, ukaże się w czerwcowej „Kulturze Popularnej”). Nieprzypadkiem XO z projektu One Laptop Per Child to nie tylko tani laptop, ale też urządzenie edukacyjne ze specjalnie skonstruowanym systemem operacyjnym i wsparcie polegające na udostępnianiu zasobów i opisów dobrych praktyk z całego świata. Polskim uczniom w przeważającej części nie brakuje okazji, by usiąść przed komputerem, za to brakuje pomysłów i umiejętności, by wykorzystać go do zdobywania wiedzy, tworzenia, nawiązywania przydatnych kontaktów i umiejętności pracy w grupie. Zakładanie, że samo pojawienie się nowej technologii w szkole czy w domu odmieni jej użytkowników, to myślenie magiczne. Wydawało mi się zresztą, że w roku 2008 nie jest to żadne odkrycie. Pieniądze na kolejne komputery można zapewne wydać znacznie lepiej – przynajmniej część z nich przeznaczając na edukację, w pierwszym rzędzie nauczycieli. To wymagałoby jednak działań mniej spektakularnych, za to bez wątpienia bardziej skomplikowanych.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 23

Dodaj komentarz »
  1. prawda.

  2. Nie do końca rozumiem Twoje rozróżnienie między deklaracją Tuska (że
    niewystarczająca i oparta na błędnych założeniach – źle), a pomysłami
    Negropontego (One Laptop Per Child – dobrze). Osobiście, te pomysły
    wydają mi się bardzo zbliżone, w tym jak ujawniają fetyszyzm
    technologii, którym podszyta jest duża część dyskursu o nowych mediach
    (w tym część celebrujących „web 2.0” jako bezsprzeczną rewolucję).

    (Pisząc „fetyszyzm”, odnoszę się do skłonności przypisywania obiektom
    wykonanym przez ludzi, działania o skali lub wymiarze nadludzkim –
    radio zjednoczy narody, zmywarka wyzwoli kobiety, laptop wyrówna
    szanse).

    Tusk instalując komputery w szkołach chce wyrównywać szanse w obrębie
    Polski, Negroponte – w ramach globalnych. Tusk mówi o komputerach
    internecie, oprogramowaniu edukacyjnym, Negroponte, w Twoich słowach,
    o „urządzeniu edukacyjnym ze specjalnie skonstruowanym systemem
    operacyjnym i wsparciu polegającym na udostępnianiu zasobów i opisów
    dobrych praktyk z całego świata”. To drugie, przyznajmy, brzmi
    bardziej sexy, ale filozofia jest właściwie ta sama: przedmiot / kod,
    który ma moc przekształcania relacji społecznych.

    Nie widzę większej różnicy między tym, co określasz jako błędne
    myślenie w kategoriach: „więcej komputerów zrobi z nas Finlandię”, a
    tym co chwalisz, a co ja określiłbym, przez analogię, jako: „zrzucenie
    laptopów na kraje rozwijające się zmieni świat w globalną wioskę
    rządzącą się etosem północnoamerykańskiej klasy średniej”. I tu, i tu,
    kreatywne użycie nowych technologii jest traktowane jako punkt wyjścia
    i warunek sine qua non, a nie jako punkt dojścia złożonego i
    długotrwałego procesu edukacji, albo wyrównywania szans (w którym, jak
    sam piszesz, komputery mają gdzieś swoje miejsce, ale jednak bardzo
    daleko po, albo obok, dobrze wykształconych, zapalonych i skutecznych
    ludzi).
    Innymi słowy, mam wrażenie, że strzelając do Tuska, trafiłeś też
    Negropontego, i wielu innych.

    To, mniej więcej, na temat.

    Mniej na temat: Są projekty, którym czas sprzyja – bo pogłębiająca się
    złożoność pojawiających się problemów i autorefleksja ich zwolenników
    je wzbogaca. Tymczasem zwolenników zmiany społecznej przez technologię
    czas wydaje się traktować mniej łaskawie – im więcej złożoności i
    autorefleksji, tym bardziej projekt się sam rozmontowuje i
    dekonstruuje, ujawniając błędne, fetyszystyczne założenie leżące u
    podstaw.

    „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”?

  3. Dzieciak znajomych (gimnazjum) ma dwa kompy w domu. Wpadł na pomysł, ze je sobie połączy w sieć. Przychodził, pytał, wytłumaczyłem jakie adresy, jaki kabelek, sam sobie go zrobił i… parę dni później pytam
    -Jak tam Marcin, udało się?
    -Nie.
    -Dlaczego?
    -Bo tata powiedział że popsuje albo wpuszczę wirusa (!) i mi wszystko zabrał i wyrzucił.

    Nawet gościu nie przyszedł się spytać. Kompów ma dzieciak pod dostatkiem, ale le mu to nie pomogło. Więc może akcja „pomyślunek w każdym domu”?

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Rozumiem o czym Pan pisze. Kiedyś, u progu lat 90-tych pracowałam kilka tygodni w małym sklepie spożywczym niemal w centrum miasta, ale w otoczeniu „dziedzicznej biedoty”. Mieszkańcy starych kamienic, baraku z mieszkaniami socjalnymi itp na dodatek osiedle znane ze środowisk kryminalnych jeszcze sprzed II wojny. Dzieci z tego „fyrtla” (jak się w Poznaniu mówi) zaniedbane wychowawczo, rzadko z pełnej rodziny, część widocznie niedożywionych i znerwicowanych, jednocześnie sprytne, zaradne (nawet zbyt zaradne), opiekujące się młodszym rodzeństwem w czasie, gdy matka „zarabiała” na następnego potomka albo kolejną butelkę. Dzieci te czasem miewały pieniądze i nie zdarzyło się, żeby kupiły za to kilka bułek, karton mleka czy kostkę masła i ser. Nie. Kupowały w ilościach wielkich gumy do żucia, oranżadę, batoniki. Powie ktoś, że miały mało radości, więc sobie umilały życie. Nie. One powielały sposób życia rodziny. Ich matki też w charakterze posiłku dla rodziny kupowały zupy w proszku i sosy Knorra, bo ziemniaki trzeba by obrać, ugotować i choćby jajko do tego dorzucić. Kiedy zaś miały jakąś większą gotówkę, kupowały ciastka, kawę, cukierki (jabłek już nie). Tych dzieci nikt nie uczył gospodarności. Nie miały więc tak przyziemnych potrzeb, jak bułka z masłem To samo jest z komputerami. Widzę wśród sąsiadów – komputer to gry i gadu-gadu, jeszcze pliki muzyczne i filmy. Praktycznie nic poza tym

  6. Jeszcze raz o tym samym: jeżeli zaczniemy rozdawać kompy najbiedniejszym, to ja mam pytanie: ile z nich dostaną ludzie, którzy nie powinni ich dostać, bo stać ich na kupno, tylko korzystają ze statusu najbiedniejszych, bo ukrywają dochody, a ile z tych kompów wartych przypuśćmy tak 2000 PLN będzie można kupić na targowiskach za 500 PLN?

    A teraz oprogramowanie: Każdy z tych kompów będzie miał zainstalowanego legalnego windowsa (~300PLN) i office’a (~200PLN). Skoro mamy rozdawać publiczne pieniądze to może nie rozdawajmy ich firmom z drugiej półkuli albo kupmy więcej kompów ale z darmowym softem? (a niech się pobiedzą troche jak chcą sobie lewego windowsa założyć)

    A może rozdając je warto przyjąć kryterium, że biorą ci, co mają jakiekolwiek zatrudnienie? To byłby chyba czytelny sygnał…

  7. @Mateusz:

    Różnicę pomiędzy OLPC a zwykłym kupowaniem komputerów widzę w tym, że OLPC to kompleksowy projekt, o którym Negroponte wielokrotnie mówił, że nie jest projektem laptopowym i nie chodzi o to, żeby posadzić dzieciaki z Afryki przed komputerem z zainstalowanym pakietem biurowym. Oczywiście czy to kwestia marketingu, czy fakty, pokaże czas – moja wiedza o XO opiera się na studiowaniu strony projektu, nie miałem tego laptopa w rękach. Ale jest totalnie nietypowy interfejs, który ma na różne sposoby rozwijać właśnie chęć twórczego obcowania z komputerem, wierzę też, że nazwiska pedagogów których doświadczenia uwzględniono podczas prac nad systemem nie są tylko zaklęciami w stylu „konsultowaliśmy się z ekspertami”. Są zasoby w sieci – a myślę, że to też ważne, bo to chyba najlepszy sposób, żeby uaktywnić nauczycieli: podsunąć im gotowe rozwiązania. Wreszcie – podobają mi się pomysły typu „zapłać za dwa komputery, dostaniesz jeden i kontakt do dziecka, któremu zafundowałeś sprzęt, będziesz mógł sprawdzać, jaki robi z niego użytek”. Reasumując: różnica dla mnie jest taka jak różnica między wiarą w komputery i wiarą w edukację. Oczywiście wiarą ograniczoną – nikt nie twierdzi, że zapisanie się do OLPC załatwi wszystkie problemy. Ale sądzę (może się mylę), że coś może zmienić. Same komputery na pewno nie załatwią niczego.

  8. Mirek, co ty sie taki pewny zrobiles? Slyszales o takim gosciu co sie nazywa Peja? Jezeli tym dzieciakom nie warto dawac komputerow to i wam nie nie warto. Wrecz nie wolno!
    tez Mirek

  9. Problem komputerów w domu i w szkole jest sztucznie wyolbrzymiany i upraszczany. Dzieciaki z Polski które przyjechały z Polski do Stanów po dobrej podstawówce są o kilka klas do przodu w porównaniu do rówieśników mających nadmiar komputerów . Lekarze z Polski są wychwalani pod niebiosa, posiadając wiedzę o której inni mogą marzyć. Podobnie jest w innych dziedzinach. Demonizowanie problemu dostępu do komputerów dla dzieci w podstawowej szkole to absolutna przesada. Wystarczy dostęp do komputerów w szkole i w bibliotekach. Reszta należy do poziomu wymagań jakie stawia szkoła przed uczniem. Widzicie co narobili amerykańscy ekonomiści MAJĄCY DOSTĘP najlepszych komputerów i do nagród Nobla. Oni sprowadzili kryzys ekonomiczny. „Komputer nie zrobi z ciebie ekonomisty” to hasło XXI wieku.

  10. Myślę, że pan Premier lepiej by zrobił inwestując w te ciepłe posiłki, albo nie tyle w kształcenie nauczycieli, co w obiecane podwyżki dla nich. Uważam, ze nasi nauczyciele są przeważnie dobrze wykształceni, tylko mają coraz mniejsze pole do manewru w kwestii wychowania swoich uczniów. Jestem dopiero studentem, więc często słyszę od osób starszych, że kiedyś to nie było problemu, nauczyciel lał po łapach i uczeń był grzeczny. A teraz to nauczyciel się zdenerwuje, nakrzyczy na ucznia, uczeń się poskarży rodzicom, rodzice poskarżą się dyrektorowi i nauczyciel kończy na bruku. Gdybym był nauczycielem, to robiłbym w gacie przed każdą lekcją, bo miałbym do czynienia z ludźmi których nie mogę wychowywać mimo iż jest to moim obowiązkiem. Chylę czoło przed nauczycielami.
    Myślę, że Premier powinien się zająć skończeniem jakiegoś projektu najpierw a nie rozpoczynaniem nowych. Nie podoba mi się działanie tego rządu.

  11. Piotrex ma racje. Najpiwrw skonczyc z jednym i dopiro potem dobrze sie przygotowac do nastepnych projektow. A biedny nauczyciel nie zmobilizuje sie do przyswojenia nowych technologii. Po co mu to?

  12. To zabawne, ze oburzamy sie na lekarzy odchodzacych, w ramach strajku, od lozek pacjentow, a jestesmy pelni zrozumienia dla nauczycieli, ktorzy nie odczuwaja potrzeby rozwijania sie dla dobra naszych dzieci. Gdzie sie podzialo powolanie?! Ktos powie, ze latwo mi tak mowic, bo nie rozumiem sytuacji biednego, zrezygnowanego nauczyciela majacego na utrzymaniu rodzine. Rozumiem te sytuacje, az za dobrze – moj ojciec uczy w wiejskiej podstawowce.
    Ale tez nie jest tak, ze nauczyciele sa winni wykluczenia cyfrowego na poziomie kompetencji w Polsce. Absolutnie nie. Moim zdaniem podobnie jak dzieci – sa ofiarami zle dzialajacego systemu, ktory nie przygotowuje ich do wdrazania edukacji medialnej, a dodatkowo utrudnia to przez brak czasu w czasie zajec (1 godzina zajec informatyki tygodniowo i przeladowane programy innych przedmiotow, ktore uniemozliwiaja skuteczne wprowadzanie ‚sciezki medialnej’). Mamy wiec czesto nauczycieli, ktorzy mimo dobrych checi i staran nie sa w stanie pomoc swoim uczniom. Badane przeze mnie dzieci otrzymywaly w szkole ‚plusy’ lub szostki za wyszukiwanie w internecie dodatkowych informacji na omawiany na zajeciach temat. Nauczyciele chca dobrze – zachecaja dzieci do korzystania z sieci. Problem w tym, ze sami z niej nie korzystaja i nie sa w stanie doradzic dzieciom, gdzie najlepiej takich informacji szukac. W skutek tego dzieci ida do miejscowej darmowej kawiarenki internetowej i prosza pracownikow o wyszukanie potrzebnych informacji lub same staraja sie to robic, ale maja z tym duze problemy (nie bede tu dokladnie omawiac sposobu w jaki posluguja sie Googlem, choc temat jest ciekawy) a do wyszukanych informacji podchodza raczej bezkrytycznie.
    Nie mozna tez mowic, ze lepiej najpierw zajac sie dozywianiem dzieci, a potem myslec o edukacji medialnej. Takie myslenie hamuje jakikolwiek postep. Bo nawet jesli nakarmimy teraz wszystkie dzieci z najbiedniejszych rodzin, to za 20 lat bedziemy ciagle karmili ich dzieci, dlatego ze ich rodzicow nikt nie nauczyl radzenia sobie w rzeczywistosci, w ktorej niezbedne sa pewne kompetencje komputerowe, przez co sa zupelnie nieporadni i niesamodzielni.

  13. Zupełnie nie rozumiem, czemu projekt premiera jest kontrastowany z OLPC – czemu to nie mógłby być ten sam projekt? Co stoi na przeszkodzie kupowaniu tanich urządzeń zaprojektowanych z myślą o kształceniu dzieci dokładnie w tym celu?

    Warto zauważyć, że dołączając do tego projektu rozwiązałoby się na raz kilka fundamentalnych problemów, o których przedmówcy już wspomnieli:
    – usunięcie rynku wtórnego (XO jest za mały dla dorosłego i estetyką przypomina zabawkę)
    – tylko wolne oprogramowanie, ze wszystkimi jego zaletami
    – tani dostęp do internetu z tych urządzeń
    – takie urządzenia nie zostaną „tylko” zgrabnymi odtwarzaczami multimedialnymi
    – niska cena
    – pieniądze zaoszczędzone na rozwijaniu „naszego, rdzennie polskiego” projektu można przeznaczyć na edukację nauczycieli

  14. Wątek z OLPC to był jednozdaniowy wtręt, chodziło mi przede wszystkim o wiarę w komputer jako przedmiot, który sam dokona zmiany, bez reformy edukacji itp. Nic też nie słyszałem, aby polski rząd był zainteresowany dołączeniem do OLPC, a szkoda. Jeśli okaże się, że rządowy projekt zostanie oparty o XO z całym wsparciem dla niego, z radością odszczekam swoje zarzuty.

  15. rozumiem, że wątek komputer od rządu vs. OLPC był w Mirka wpisie marginalny – ale jednak jest ciekawy. różnica, jak sądzę, polega na tym, że w jednym wypadku wręcza się te samo urządzenie, które dorosłe już dzieci znajdą w urzędach gminy, bankach, sklepach, itd. w drugim wypadku – Mirek zwrócił na to uwagę – daje się urządzenie bardzo dziwne.

    dla mnie w przypadku XO najważniejszym wyróżnikiem nie jest pakiet treści w niego wepchniętych, ani nowatorska logika systemu operacyjnego (o których zresztą trudno wiele powiedzieć, bo nie wiemy za dobrze, jak to sprawdzi się w użyciu) – wyróżnikiem jest jego inność. Oznacza ona, że nie da się łatwo przełożyć istniejących wzorców korzystania z komputera. W takiej pustce dziecko może zrobi coś naprawdę kreatywnego – jest oczywiście też szansa, że znajdzie sposób na emulację środowiska windows. Albo że nowatorski system operacyjny będzie nieistotny, skoro podobno „sieć jest dziś systemem operacyjnym” i wszystko da się zrobić w okienku przeglądarki.

    Jedna zaleta, którą podobno ma mieć XO, to duży nacisk na wspieranie działań wspólnych, czyli aspekt społecznościowy – jeśli dobrze pamiętam, XO fizycznie jest uzależniony od szkoły, do której chodzi jego właściciel/ka – bo ma mały dysk i korzysta ze szkolnego serwera.

    odnośnie budowania kompetencji – nie widzę za bardzo, jak mieli by ich nabrać nauczyciele w swojej masie – prędzej widziałbym tu jakiś system wolontariatu, w którym nastolatki stawałyby się „starszym cyfrowym rodzeństwem” dzieci młodszych. oczywiście jest to wizja dla wielu zapewne straszna, i natychmiast podpięto by do takiej diady, na trzeciego, szpiegującego rodzica.

    przyszedl mi do glowy jeszcze jeden pomysl – moze o takim laptopie nie nalezy myslec jako o technologicznym cudzie, tylko o prostym urzadzeniu, z ktorego dziecko korzystaloby wylacznie w szkole. taki cyfrowy odpowiednik zeszytu. czyli żaden cud, ale punkt startu, z założenia na początku wykorzystany zapewne w 1%.

  16. no tak, tylko ze najpierw ktos musi nauczyc dzieci z takiego ‚zeszytu’ korzystac. ‚starsze cyfrowe rodzenstwo’? ok, fajny pomysl! tyle ze na przyklad na wies ktos musialby to rodzenstwo przywiezc, bo tam im starsze dzieci tym mniej, prawde mowiac, umieja. czesc gra sprawniej od maluchow w gry i potrafi przegladac profile na fotce, ale na tym koniec. widzialam naprawde wielu gimnazjalistow i licealistow, ktorzy nie potrafia poslugiwac sie nawet Googlem. co w takiej sytuacji? wozic dzieciaki ze wsi do miasta na zajecia komputerowe ze starszymi kolegami tak jak niektore szkoly woza je na basen? tylko kto za to zaplaci? obawiam sie, ze wiekszosci rodzicow nie stac, zeby do tego doplacac. co z nimi? zostawic najbiedniejszych w domu? bez sensu.

    a jak szkolic nauczycieli? nie mam pojecia. ale moze zaczac od tego, ze zajecia informatyczne beda prowadzic ludzie po odpowiednich studiach, a nie osoby, ktore ucza tez matematyki i techniki, albo przyrody, a obslugi komputera uczyli sie na 3-miesiecznym kursie? moze studentow kierunkow pedagogicznych uczyc wykorzystywania nowych technologii? kiedy ja studiowalam rusycystyke (i wiem, ze do dzis zupeli nic sie nie zmienilo) w instytutowej pracowni komputerowej bylo kilka komputerow, na ktorych byly tylko notatniki (bo instytutu nie bylo stac na oprogramowanie…), nikt nie wpadl tez, zeby znalazly sie tam klawiatury z cyrlica. wiec jesli nawet studenci do Runetu zagladaja, to nie mysla o nim jako czyms co mozna wykorzystac w pracy w szkole. a przeciez takie zajecia jezykowe, na ktorych dzieciaki szperalyby po Runecie pod okiem rusycysty bylyby znacznie ciekawsze niz czytanie opowiadan o zwrotnicach i krainach syntaktyki!!!

  17. hmm… chyba za mocno to wszystko uogolnilam. na pewno nie we wszystkich wsiach i nie we wszystkich instytutach jest tak, jak ja to opisalam. chcialabym wierzyc, ze to przypadki szczegolne, skrajne wrecz. ale obawiam sie, ze tak nie jest (robilam badanie we wsi, w ktorej jakiejs strasznej biedy nie ma i studiowalam w jednym z najlepszych ponoc instytutow rusycystyki w kraju). a jesli nawet, to o takich miejscach zapominac nie mozna.

  18. Panie Edwinie (Alku, Mirku),

    Czy naprawdę ktokolwiek jeszcze wierzy, że nasz rząd jest w stanie wypracować sensowny program walki z wykluczeniem cyfrowym? Bardzo miło, że rząd dostrzegł przynajmniej konieczność przygotowania takiego programu – to więcej, niż się spodziewałem. Ale w tym momencie taki program powienien być już gotowy i podsunięty rządowi. Nie rozumiem jak można w XXI wieku liczyć we wszystkim na władze. Szczególnie, jeżeli ma to być program kształcenia otwartego, neutralny technologicznie i nie zawężający się do używania oprogramowania jednego producenta… Od ponada dwóch lat wspomina się po różnych blogach i konferancjach o potrzebie edukacji medialnej – szkoda, że nic oprócz gadania z tego nie wynikło, tym bardziej, że wystarczająco mądrych osób jest zainteresowanych powstaniem takiego programu…
    Podejrzewam, że za kilka miesięcy dobry wujek Microsoft zaoferuje, oficjalnie lub nieoficjalnie, swoją pomoc w przygotowaniu „nowoczesnych i bezpiecznych” rozwiązań dla szkół… I co wtedy? znowu larum, że państwo uzależnia się od jednego dostawcy?

  19. Pewnie sporo w tym racji, rozmawiamy o oczywistościach i nic się nie zmienia. Niestety nie mam pomysłu, jak miałoby wyglądać przekształcenie systemu edukacyjnego bez udziału państwa. Bo oczywiście jest sporo fajnych inicjatyw oddolnych, ale dużych zmian bez państwa zrobić się nie da.
    A temat edukacji medialnej pojawia się, co tym bardziej smutne, przynajmniej od dekady – fakt, że wcześniej głównie w odniesieniu do tv, dziś raczej nowych mediów. Wykluła się z tego tylko międzyprzedmiotowa ścieżka medialna – listek figowy, który zakrywa problem i pozwala pokazać przed Komisją Europejską, że coś się z tematem u nas robi.
    Zobaczymy, co wymyślą MEN i MKiDN w ramach prac nad edukacją kulturalną, ale doświadczenia przeszłości nakazują zachować sceptycyzm…

  20. Zgadzam się w pełni z tezą wpisu. Zauważyłem, że – niestety – że im lepszym komputerem dysponuje dziecko (i nie tylko dziecko, dorosłych też to dotyczy), tym mniej twórczo i sensownie go wykorzystuje. Albo mniej w ogóle. W rezultacie gościu, który potrzebuje kompa tylko do oglądania filmików z YT „musi mieć laptopa”, bo przecież nie będzie na złomie-desktopie pracował, Internet „musi” być bezprzewodowy, bo przecież uwiązanie do kabelka to dla niego obraza…
    A inna osoba wykorzystuje do edukowania swojego dziecka zabytek (w okolicach pierwszych Pentiumów), który dostała, bo poprzedni właściciel wynosił go już z piwnicy na śmietnik.
    Przykłady z życia.

  21. @Jurgi

    Ciekawe obserwacje, teraz jeszcze weryfikacja statystyczna.

  22. O, właśnie okazało się, że na XO zagości Windows XP…

  23. jedna piata amerykanow w zyciu nie korzystala z maila

    http://www.businessweek.com/the_thread/techbeat/archives/2008/05/one_fifth_of_am.html

    news w temacie

  24. Wszystkich ślicznie pozdrawiam ,i proszę żebyśmy wzieli się do pracy ,niech każdy robi to co do niego należy a nie stale strajkować i wołac o podwyżke ja pracowałem po wojnie za pare groszy i żyje chwała Bogu do pracy Polacy a mniej Politykować z poważaniem Paweł Cieszyn !!