Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

12.05.2008
poniedziałek

Zadanie numer 32.

12 maja 2008, poniedziałek,

Mirek pisał wczoraj krytycznie o pomysłach rozdawania dzieciom komputerów – twierdząc, że dostęp nie wystarczy, gdy brak kompetencji. Dobrą ilustracją problemu, z jakim mamy do czynienia, jest inna aktualna historia – zadania nr. 32 na egzaminie gimnazjalnym.

Najważniejsze pytanie w części humanistycznej egzaminu brzmiało:

Napisz charakterystykę wybranego bohatera „Syzyfowych prac” Stefana Żeromskiego albo „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego.

W co najmniej kilkudziesięciu gimnazjach w Polsce uczniowie nie odpowiedzieli na to pytanie, gdyż nie przerobili w porę lektur. Teraz szuka się winnych, rozważa powtórkę egzaminu. Ale tak naprawdę problem polega na nieprzystosowaniu edukacji opartej na idei kanonu, kładącej nacisk na zdobywanie wiedzy kosztem zdobywania kompetencji, do dzisiejszej rzeczywistości. Kluczową kompetencją, jaką mierzy egzamin, jest zdolność zapamiętania i odtworzenia wiedzy – w tym wypadku np. o powieści napisanej ponad 100 lat temu. Egzaminatorzy nie oczekują krytycznej analizy, czy wyrażenia swojej opinii – a jedynie podania charakterystyki bohatera. Takim, jakim się go podczas lektury zapamiętało.

Mam wrażenie, że edukacja, której symbolem jest pytanie nr. 32 jest nastawiona na szkolenie ludzkich dysków twardych: zdolnych zapisać i odczytać jak największą ilość informacji. Tymczasem potrzebujemy kształcić – by pociągnąć analogię – ludzkie procesory, zdolne z tą informacją, za pomocą wyuczonych ogólnych algorytmów, zrobić coś ciekawego.

Edukacja taka jest oparta na idei kanonu, która coraz bardziej trzeszczy w kulturze, w której zidentyfikowano na dobre istnienie jej długiego ogona. Zresztą do nauki kanonu nie potrzeba edukacji, wystarczy wyszukiwarka. Pierwsza odpowiedź na zapytanie „Syzyfowe prace” to strona zawierająca streszczenie, szczegółowe streszczenie, opracowanie, plan wydarzeń, charakterystykę bohaterów… Wszystko zoptymalizowane, by jak najszybciej wgrać do własnego mózgu, wypluć z siebie, i zapomnieć. Strony ze streszczeniami są znienawidzone przez nauczycieli – ale w gruncie rzeczy są idealnie dopasowane do obecnego modelu edukacji.

Alternatywę pięknie w trakcie konferencji TED 2006 Sir Ken Robinson, brytyjski ekspert od kreatywności, w prezentacji zatytułowanej Czy szkoły niszczą kreatywność?.

Robinson wychodzi z założenia, że w dzisiejszych czasach przyszłość jest nieprzewidywalna. Skoro edukacja ma przygotowywać dzieci do życia w takiej przyszłości, to podstawową przekazywaną kompetencją powinna być kreatywność. Według Robinsona podstawą kreatywności jest gotowość popełniania błędów – którą dzieci posiadają, a dorośli już nie. Bo zatracili ją w procesie edukacji!

(Polecam też zwrócić uwagę na styl Robinsona, który mówi o poważnych sprawach, jednocześnie powodując na sali salwy śmiechu. U nas rzecz raczej niespotykana, bo nikt nie posiada odpowiedniej – chciałoby się powiedzieć kreatywnej – kompetencji).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Tak, egzaminy promują przeciętniactwo i bezmyślne powtarzanie schematów – niedawno rozmawiałem z prof. Ewą Paczoską, która od lat organizuje Olimpiadę Literatury i Języka Polskiego i mówiła mi, że najlepsi licealiści, jeśli z matury nie zwolni ich olimpiada właśnie, osiągają na niej bardzo przeciętne wyniki, bo nie piszą o sprawach podstawowych, za które są punkty. Zresztą chyba „Dziennik” robił eksperyment niedawno i prof. Król oblał maturę z polskiego…

  2. Swoją drogą TED to niesamowita skarbnica ciekawych prezentacji/wypowiedzi. Ciekawe kiedy w PL powstanie tego typu konferencja 😉

  3. Robilismy kiedys ze znajomymi taki eksperyment, ze rozwiazywalismy grupowo przykladowy test maturalny. Jedno z zadan wygladalo tak, ze w oparciu o tekst i „wiedze wlasna” trzeba bylo podac 5 argumentow na potwierdzenie podanej tezy. Wymyslilismy wspolnie takich argumentow ponad 20, nastepnie sprawdzilismy je z kluczem odpowiedzi, w ktorym bylo podane 10 dopuszczalnych argumentow z czego 7 (!) pokrywalo sie z naszymi, gdybysmy wiec na egzaminie wpisali 5 sposrod kilkunastu pozostalych (ktore zdaniem polonistki z 30-letnim doswiadczeniem byly bardzo dobre) dostalibysmy za to zadanie 0 pkt, bo sprawdzajacy nie moze przyznac pktow za odpowiedzi, ktorych nie ma w kluczu.
    Dzis jesli komus powinie sie lapa na olimpiadzie, to niczego nie moze byc pewien.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. To co krytykujesz Alku, Freire określił mianem „bankowej koncepcji edukacji”- uczeń ma przechowywać wiedzę i wypłacać ją na żądanie. Czy ma przy tym myśleć? Tak, pod warunkiem, że nie będzie mu to w czynności wypłacania przeszkadzać.

    Dzisiejsza szkoła to karykatura pomysłów Herbarta, który uważał, że uczeń powinien „wydawać” lekcję po jej zaprezentowaniu przez nauczyciela, ale Herbart, choć się z nim kompletnie nie zgadzam, miał przynajmniej zamysł- jego dryl szkolny i oparcie na wypracowanej psychologii miało prowadzić do kształtowania charakteru, efektem edukacyjnego procesu miał być rozbudzony intelektualnie, wyposażony w wartości moralne człowiek.

    A dzisiejsza szkoła ma jeden cel- przechowywanie, jak piszesz, informacji na twardych dyskach. Ani kroku w stronę budowania wiedzy, ani kroku w stronę krytycznej refleksji. Samopowielająca się maszyna, której refleksyjna obsługa, chcąca doskonalić sprzęt, dawno gdzieś zniknęła i wiadomo tylko, co robić, by wszystko działało wciąż tak samo.

    Niektórzy, jak np. profesor Joanna Rutkowiak, podejrzewają, że szkoła pozbawiona wpajania wartości i pozbawiona konkretnego celu, to szkoła, która produkuje jednostki, które mają godzić się na obecny system, szkoląca wyrobników na potrzeby rynku, potem za cele ustanawiających sobie konkretne produkty. Mówi nawet o „ukrytym programie ekonomii korporacyjnej”, nawiązując do hidden curriculum. I zarzuca szkole „zerojedynkowość”- maszynowość opartą na testach, które są straszliwym złem, bo nie kształcą myślących obywateli, ale maszyny. Podobnie Szkudlarek i Melosik, kiedy piszą, że gdy szkoła zatraca swój cel, w jej miejsce wchodzą korporacje, a szkoła, która miała zrównywać szanse staje się opresyjnym, dyscyplinującym organem nowego reżimu.

    Zatem sztywny i niereformowalny konserwatyzm szkolny, który nie zauważa konieczności rozbudzania intelektualnego młodych ludzi, przyczynia się do masowego ogłupienia. Dowodem na jałowość szkolnej debaty są spory o kanon lektur. Sam kanon nie jest złem (nie jestem konserwatystą w typowym rozumieniu, ale dlaczego nie mielibyśmy poznać pewnych podstaw naszej cywilizacji? sam pragmatyzm to głupia ścieżka w przeciwną stronę)- złe jest bezrefleksyjne wtłaczanie uczniom szczegółów z książek i później problem, kiedy pytanie na egzaminie jest: o czym śniła Izabela Łęcka, a okazuje się, że nie śniła, tylko marzyła i iluś uczniów elegancko się na pytaniu wyłoży. Równie dobrze na maturze moglibyśmy rozwiązywać krzyżówki.

    Przepraszam za przydługi wywód. Mam alergię na głupotę instytucjonalną szkoły, może dlatego zostałem pedagogiem…

  6. Alku,

    Piszesz:

    „Edukacja taka jest oparta na idei kanonu, która coraz bardziej trzeszczy w kulturze, w której zidentyfikowano na dobre istnienie jej długiego ogona. Zresztą do nauki kanonu nie potrzeba edukacji, wystarczy wyszukiwarka. Pierwsza odpowiedź na zapytanie ?Syzyfowe prace? to strona zawierająca streszczenie, szczegółowe streszczenie, opracowanie, plan wydarzeń, charakterystykę bohaterów? Wszystko zoptymalizowane, by jak najszybciej wgrać do własnego mózgu, wypluć z siebie, i zapomnieć. Strony ze streszczeniami są znienawidzone przez nauczycieli – ale w gruncie rzeczy są idealnie dopasowane do obecnego modelu edukacji.”

    OK – coś w tym jest, ale zapominasz, że rozwijanie kreatywności to tylko jedna z funkci dobrej szkoły. Druga – równie ważna, to przygotowanie do uczestnictwa w kulturze, która nnie zaczęła się wczoraj i nie skończy się jutro. Przyswojenie „kanonu”, to jest zatem ważny element kulturyzacji, niezbędny np. do tego, żeby uczniowie pojęli, że koła nie trzeba co rusz wynajdywać na nowo, że pewne problemy były już w przeszłości dyskutowane przez całkiem światłych ludzi i że warto je poznać zanim samemu zacznie się znowu bić tę samą pianę…

    Pozdawiam,
    ZS

  7. A w jakich to czasach przyszłość była przewidywalna?
    Robinson chyba nie mówi o kreatywności jako o „podstawowej przekazywanej (sic) kompetencji”, ale usiłuje podnieść znaczenie kreatywności do poziomu umiejętności pisania i czytania. Nie jest to znowu aż tak bardzo wysoko 😉

    A zadanie nr 32 dziwnie ma się do kreatywności. Nie wiemy nic o tych uczniach, którzy nie przeczytali tych książek, albo w ogóle nic nie pamiętali, a ODPOWIEDZIELI na pytanie!!!! Puste miejsce pod zadaniem to prawdziwa porażka tych, którzy bali się spróbować, bali się popełnić błąd, przeszukiwali TYLKO swoją pamięć i niczego tam nie znaleźli.

    Ehh.. chyba też coś napiszę o tym na naszym blogu, bo mnie zatkało jak przeczytałem ten wpis :))

  8. Komentowałem ten tekst wczoraj na naszym roboczym blogu (btw, zapraszam), ale widzę, że trackback z nieznanych mi bliżej przyczyn nie zadziałał.
    Pozwolę sobie tylko zacytować samego siebie: „Kiedyś byłem skłonny sądzić, że odtwórczość w systemie kształcenia to wina ustalonych odgórnie reguł. Programów, celów nauczania, wymagań egzaminacyjnych. Coraz bardziej sie jednak skłaniam ku tezie, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy spływa na ludzi, którzy sie po prostu w takim systemie czują komfortowo.”

    @Ziggy: Trudno zaprzeczyć Twojemu twierdzeniu, że znajomość „kanonu problemów” jest dla wykształconego człowieka obowiązkiem. Problem jednak polega na tym – i tak to, jak rozumiem, widzą i Alek, i Robinson – że od uczniów zazwyczaj oczekuje się także znajomości gotowych rozwiązań. Z drugiej strony ani nowe, twórcze podejście do starych problemów, ani umiejętność transferu wiedzy nie są odpowiednio rozwijane. Lubimy się z tego śmiać, ale rzeczywistość jest taka, że „Słowacki wielkim poetą był”.

  9. @janyugo

    Zapewne w dużej części masz rację. Wydaje mi się jednak, iż jest to problem szerzej rozumianej dewaluacji edukacji w systemach nowoczesnej demokracji – tak samo w Polsce jak i w innych krajach. Zwróć uwagę, żeby każdy z celów edukacyjnych realizować na przyzwoitym poziomie misję kształcenia obywateli trzeba by zatrudniać wysoko wykwalifikowanych nauczycieli, którzy będą w stanie samodzielnie a jednocześnie posiadając wysokie społeczne zaufanie oceniać postępy pupili, adaptować program do ich możliwości, eliminować zupełnie odstających itd. Oznacza to nauczyciela dobrze opłacanego, nie przeciążonego i systematycznie dokształcanego. Tymczasem masowe szkolnictwo publiczne, to szkoła na ogół tania, prowadzona przez kiepsko opłacanych i przeciążonych nauczycieli w za dużych klasach. I to nie jest tak, że państwo „skąpi”, lecz realnie – na tyle rynek „wycenia” masową edukację. Mówiąc cynicznie – aby odtworzyć super dobrze wykształconą elitę niezbędną dla podtrzymania rynku wystarczy polegać na dzieciach obecnej elity, którą stać na szkolnictwo prywatne. Klasa średnia wystęka i wypoci, ale swoje dzieci i tak w znacznej mierze sama wykształci. Natomiast niziny społeczne tak naprawdę nie są potrzebne dla odtworzenia elity – są potrzebne do odtworzenia takiej siły roboczej i tu żadne wybitne wykształcenie potrzebne nie jest. Najlepsi z tej biedoty nie zmarnują skromnego państwowego dofinansowania i wykształcą się jakoś nawet w złej szkole, a jeśli będą bardzo zdolni załapią się na jakieś stypendium, co w przyszłosci otworzy im drogę do dobrej pracy i awansu społecznego. Reszta to społeczne „mięso armatnie”.

    Mówiąc krótko – skończyły się dobre czasy. To, co państwo może dać ludziom, to nauka czytania, pisania i rachunków. Reszta coraz bardziej zahacza o fanaberie… po co komu 30 milionów maturzystów???

    Konsekwencją tego urynkowienia jest jednak rozpad więzi społecznych już nie tylko na płaszczyźnie ekonomicznej, lecz głębszej – przepaści kulturowej. Pojawiają się wileomilionowe masy, którym nic nie mówi „tradycja kultury”, które żyją jedynie tym, co tu i teraz, tym, czym karmią je (coraz bardziej komercyjne) media. W demokracji takie społeczeństwo nie będzie skłonne finansować subtelnej, ezoterycznej nauki – co widać już dziś w USA, gdzie Państwo tnie budżety kosztownych programów z dziedziny fizyki cząstek elementarenych, astronomii, itd. Już dziś można zaryzykować, że pałeczkę po NASA przejmie… Chińska Agencja Kosmiczna a Amerykanie będą siedzieć przed TV i żreć frytki oglądając chiński podbój Marsa. Europa nie jest jeszcze aż tak zdemoralizowana, ale problem upadku edukacji jest tak w istocie problemem paradoksu w łonie samego paradygmatu demokracji opartej na wolnym rynku…

  10. @Ziggy
    Odnoszę wrażenie, że inaczej podchodzimy do kreatywności. Ty nadajesz jej chyba znacznie bardziej elitarne znaczenie niż ja. Dla mnie kreatywność to cecha niezbędna w życiu codziennym, w najzwyklejszych problemach. Czy jest ona niepotrzebna np. spawaczowi czy mechanikowi? Co jeśli trafi na problem, z którym wcześniej nie miał do czynienia?
    Dlatego właśnie opowiadam się za jej stymulowaniem. Na poziomie bardziej ogólnym może ona także być mechanizmem facylitacji awansu społecznego – twórczy spawacz rozwiąże trudniejsze problemy, zarobi więcej i założy firmę albo pójdzie na studia.
    Gdy mamy do czynienia z 10-latkami to jeszcze nie wiemy, którzy z nich zostaną za kolejne 10 lat „mięsem”, a którzy popchną ten świat do przodu. Warto zwalczyć o wszystkich, choćby tak na wszelki wypadek.

    Druga sprawa: zachęcanie do kreatywności to także pozwolenie dzieciom na samodzielne decydowanie, co jest dla nich ważne i w czym się najlepiej zrealizują (vide historia Gillian Lynne u Robinsona). Fajnie, żeby mój mechanik czytał Mickiewicza ale jeszcze lepiej, żeby dobrze naprawiał samochody.