Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

24.07.2008
czwartek

Nielegalne zdjęcia z wystawy Olafura Eliassona!

24 lipca 2008, czwartek,

Jeż węgierski pisze o barze Kópé terasz w Budapeszcie, otwartym w dawnym socjalistycznym domu handlowym Skála. Rozumiem, że to tak, jakby ktoś otworzył fajny bar w warszawskim Supersamie (zamiast go burzyć).

Miejsce piękne, kolejny raz jestem po wrażeniem inwencji i energii ludzi, którzy takie miejsca tworzą.

Kope - panorama
„panorama z tarasu”, fot. Jeż węgierski, CC BY

Podczas robienia zdjęć Jeż miał przygodę:

Było na tyle pusto, że kiedy robiłem zdjęcia podpadło to personelowi, który najwyraźniej nie miał nic lepszego do roboty, skutkiem czego podszedł do mnie zarządzający tym miejscem chłopak pytać dla kogo fotografuję.

Mnie podobna przygoda spotkała ostatnio w Barcelonie, gdy robiłem zdjęcia na wystawie Olafura Eliassona w Fundacji Joana Miró w Barcelonie. Pilnująca wystawy pani kazała mi schować aparat, wskazując na wiszący – rzeczywiście – na ścianie symbol z przekreślonym aparatem fotograficznym. Jeśli dobrze rozumiem, prywatne instytucje mogą zabronić robienia widzom zdjęć. Publiczne już nie, chyba że fotografowanie dziełom szkodzi. Niemniej uważam, że widzowie powinni mieć do tego prawo w każdej sytuacji.

Pomijając to, co słuszne, a co nie – myślę, że zakaz bardziej Fundacji szkodzi niż pomaga. Dlaczego? Bo wśród widzów są blogerzy. Podejrzewam przy tym, że Fundacja odmiennie traktuje profesjonalne media, uznając w takim wypadku zdjęcia – które najprawdopodobniej sama rozdaje – jako swoją promocję. Jednym z jej celów jest bowiem „promocja dzieł artystów współczesnych”.

A dlaczego miałaby podobnie traktować blogerów? Bo są równie dobrą promocją, a czasem jedyną. Wyszukiwarka nie wypluła mi żadnego opisu lub recenzji tej wystawy po polsku – moja będzie więc pierwsza (choć króciutka):

Zdecydowanie polecam wystawę Eliassona, bo to, co potrafi on zrobić ze światłem i kolorami jest przepiękne. Wisząca na środku pokoju szklana obręcz rysuje, odbijając światło, na ścianie tęcze i blade księżyce. Dwa reflektory rysują w kącie pokoju światłem jeszcze jedno załamanie ściany. I tak dalej.

Oto przykład:

Olafur Eliasson

Oczywiście rozpoznawanie blogerów jest dużo trudniejsze niż rozpoznawanie garstki zawodowych dziennikarzy – ale nie byłoby chyba dużym kłopotem wymyślić system weryfikacji także mrowia osób blogujących. Mógłby to na przykład być system wzajemnej weryfikacji partnerskiej, na wzór systemu stosowanego przy kluczach PGP. Nie chodzi więc o zrównanie amatorów z profesjonalistami – lecz znalezienie modelu, który uszanuje także ich pracę. Na przykład poprzez „drobne przysługi” – tańsze bilety, zgodę na fotografowanie, itp.

Niestety, przygody polskich Wikipedystów z fotografowaniem Wawelu powodują, że moje pomysły należy niestety zaszufladkować w przegródce „fantastyka”.

Olafur Eliasson

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Odnosząc się do wątku z fotografowaniem zbiorów muzealnych: przyczyna upartej obstrukcji ze strony czynników muzeowładczych jest prosta, a w zasadzie są dwie:
    1) ?nie, bo nie, bo ja tu rządzę?,
    2) bo oweż czynniki mają w d? upowszechnianie i promocję kultury. Ważna jest ciepła posadka.

  2. Przeczytałem ten wpis z lekkim niedowierzaniem przemieszanym z zażenowaniem…

    Pilnująca wystawy pani kazała mi schować aparat, wskazując na wiszący – rzeczywiście – na ścianie symbol z przekreślonym aparatem fotograficznym.

    Symbole o zakazie fotografowania wiszą zwykle przy wejściu do danego obiektu czy sali i naprawdę ciężko je przeoczyć. Chyba że człowiek się za nimi nie rozgląda, bo wychodzi z założenia, że wszystko mu wolno. Jak polskim turystom za granicą, co niedawno po raz kolejny mogłem zobaczyć na własne oczy…

    Jeśli dobrze rozumiem, prywatne instytucje mogą zabronić robienia widzom zdjęć. Publiczne już nie, chyba że fotografowanie dziełom szkodzi.

    Owszem, publiczne też mogą tego zabronić. Raz, że fotografowanie (lampa błyskowa) szkodzi większości eksponatów. Dwa, że spora część muzeów i innych przybytków kultury za niewielkie pieniądze sprzedaje pocztówki czy albumy z danego miejsca czy danej wystawy. Zakaz robienia zdjęć ma przeciwdziałać zmniejszeniu wpływów do kasy danej instytucji.

    Niemniej uważam, że widzowie powinni mieć do tego prawo w każdej sytuacji.

    Albowiem? Idąc tropem Twojej logiki Cuevas del Drach na Majorce, z unikatowymi formacjami skalnymi też powinny być opstrykiwane przez tłumy turystów? I nieważne, że po kilku latach takiego „zwiedzania” szlag trafiłby mikroklimat jaskiń, grunt że widzowie skorzystali ze swojego prawa do błyskania fleszami gdzie popadnie.

    Pomijając to, co słuszne, a co nie – myślę, że zakaz bardziej Fundacji szkodzi niż pomaga. Dlaczego? Bo wśród widzów są blogerzy.

    A także artyści, konserwatorzy sztuki czy milionerzy. Być może nawet blogujący…

    Podejrzewam przy tym, że Fundacja odmiennie traktuje profesjonalne media, uznając w takim wypadku zdjęcia – które najprawdopodobniej sama rozdaje – jako swoją promocję. Jednym z jej celów jest bowiem ?promocja dzieł artystów współczesnych?.

    Podejrzewam, prawdopodobnie… a może lepiej sprawdzić/zapytać u źródła?

    Fundacja działa profesjonalnie i przygotowała press kity w specjalnej sekcji dla dziennikarzy. Dzięki temu każdy może pobrać sobie zestaw fotek i informacji o obecnych i przyszłych wystawach. Oszczędności spore, lud zadowolony, a natłoku żurnalistów zadeptujących muzeum nie ma.

    A dlaczego miałaby podobnie traktować blogerów? Bo są równie dobrą promocją, a czasem jedyną.

    Może dlatego, że blogger to nie jest nikt w sensowny sposób identyfikowalny?

    Oczywiście rozpoznawanie blogerów jest dużo trudniejsze niż rozpoznawanie garstki zawodowych dziennikarzy – ale nie byłoby chyba dużym kłopotem wymyślić system weryfikacji także mrowia osób blogujących.

    Proszę bardzo, wymyślaj. Jestem święcie przekonany, że jak taki system wymyślisz i zabezpieczysz przed nadużyciami, to będzie stosowany przez większość przybytków kultury na świecie.

    Nie chodzi więc o zrównanie amatorów z profesjonalistami – lecz znalezienie modelu, który uszanuje także ich pracę. Na przykład poprzez ?drobne przysługi? – tańsze bilety, zgodę na fotografowanie, itp.

    Przepraszam, jaką pracę? Jeśli pisanie bloga to Twoja praca, to raczej jest to działalność gospodarcza, a Ty tym samym jesteś wydawcą serwisu internetowego. Wystarczy go zarejestrować i już jesteś dziennikarzem.

    Poza tym w imię czego blogger ma mieć tańsze bilety i zgodę na fotografowanie? W imię poświęcenia trzech minut na odpalenie jakiegoś serwisu blogowego i założenie tam konta?

  3. Mikołaj z taką pogardą wyraża się o blogerach, że aż musiałem zabrać głos, ponieważ sam należę do tej bandy nierobów (w końcu to tylko trzy minuty, co to za praca?). Otóż drogi Mikołaju, pragnę ci zakomunikować, że blogerzy, w przeciwieństwie do dziennikarzy, są naprawdę zainteresowani tematem (a nie bufetem i gadżetami). Profesjonalny dziennikarz zadowoli się gotowcem w postaci press kita, którego czasem zerżnie żywcem, żeby się nie narobić. Tymczasem bloger jest pasjonatem, często znawcą tematu – jemu nie wystarczy tekst przygotowany przez dział promocji czy gotowe zdjęcia – on chce sam wszystko zobaczyć, przeżyć, przetrawić i o tym napisać. Właśnie dlatego blogi są siłą internetu. Okej, są blogi robione byle jak, przez byle kogo, ale nie oszukujmy się, one nie mają racji bytu, bo internauci są wyczuleni na pewne sprawy, także na to, czy traktuje się ich poważnie.

    Mówię przez pryzmat swoich ponadrocznych doświadczeń. Doskonale wiem ile życia zabrało mi pisanie bloga, prace nad jego ulepszaniem, nad dotarciem do czytelników. Mam z tego satysfakcję i paru stałych czytelników. Dlatego, Mikołaju, zanim zaczniesz kogoś traktować z buta, bo coś ci się wydaje, zastanów się najpierw – ośmieszasz nie blogerów, a siebie.

    Natomiast co do merytoryki opisanego wydarzenia – to prawda, że w wielu muzeach jest zakaz fotografowania i jest on słuszny. To prawda, że niektórzy blogerzy powinni mieć takie same przywileje jak dziennikarze. A jak ich weryfikować? Po prostu – jeśli do restauracji przyjdzie bloger, który prowadzi markowego bloga z recenzjami kulinarnymi, każdy szef sali potraktuje go jak recenzenta kulinarnego, na takich samych prawach jak krytyka ze znanej gazety. Wniosek dla blogerów – pracujcie ciężko na swoją opinię, a będziecie traktowani tak samo jak panie/panowie redaktorzy z pracy i TV.

    Pozdrawiam

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @Mikołaj, chyba nie do końca się rozumiemy i pewnie się nie zrozumiemy, ale spróbujmy.

    Nie uważam, że widzowi wszystko wolno, i nie zaczynaj proszę z argumentami odnośnie polskiego ducha narodowego, bo on wymarł gdzieś pod koniec romantyzmu. Stwierdziłem jedynie, że wolno mu moim zdaniem robić zdjęcia.

    Pierwsza grupa Twoich argumentów dotyczy szkodliwości fotografowania. Tu pełna zgoda, jeśli lampa niszczy stary obraz, albo odwiedziny masowe turystów psują mikroflorę, to jest to powód, żeby zakazać – fotografowania lub wizyt. Ale nie sugerujesz chyba, żeby z jakichś powodów zamknąć przed publicznością wystawę Eliassona? Nie ma tam czułych na światło zabytków, ani cennej mikroflory. Starałem się wytłumaczyć, że istnieje tam raczej nadmierna troska o własność intelektualną.

    Piszesz o tym, że fotografowanie zmniejsza wpływy z kasy. Masz rację – dlatego rozróżniam instytucje publiczne i prywatne. Prywatne mogą zdecydować, że w trosce o kasę chcą ograniczyć to, co mogą widzowie. Dla publicznych moim zdaniem dostęp do dziedzictwa powinien być priorytetem – a ew. mniejsze przychody są problemem, z którym muszą sobie poradzić, a nie argumentem, za ograniczaniem swobody widzów.

    Dalej wziąłem na warsztat bardziej kontrowersyjną sprawę komercyjnych galerii / muzeów – widzę, że nie przekonałem Cię, że danie zgody na fotografowanie ma dla nich sens ekonomiczny.

    Zabawne, że wspominasz o press kitach, które ratują galerie przed zalewem dziennikarzy. Myślę, że i tak chodzą do galerii, zwiedzając sobie prywatnie wystawy, za darmo, wchodząc na swoje press passy. Zresztą wystarczająco duży jest natłok turystów, który zresztą na pewno cieszy tę prywatną instytucję.

    I tu sprawa robi się naprawdę zabawna – piszesz, że system identyfikacji blogerów byłby podatny na nadużycia. Tymczasem już dzisiaj podatny w ten sposób jest system identyfikacji dziennikarzy – bowiem nie ma regulacji dotyczących legitymacji prasowych. Możesz więc zarejestrować swoją stronę jako tytuł prasowy i wyrobić sobie legitymację na domowej drukarence.

    Dodam jeszcze, że argumenty typu: nie da się tego zrobić mało mnie interesują, bo zamykają na dzień dobry próbę kreatywnego pomyślenia o rozwiązaniach dla zachodzących zmian. Moim zdaniem rola blogerów, albo ogólniej nieformalnie działających źródeł informacji będzie rosnąć – i pewnego dnia przyjdzie nam zmierzyć się z dwoma wyzwaniami: znalezienia systemu ich weryfikacji (szeroko rozumianej) oraz zapewnienia im dobrym warunkom funkcjonowania. Jeszcze raz podkreślam, że moim zdaniem powody ku temu będą po części ekonomiczne.

    Dalej: praca nie musi być działalnością gospodarczą. A stereotypowi „blogera, który w trzy minuty stawia blogaska”, sam przeczysz wkladajac w pisanie chyba sporo czasu (i pracy 😉 ) – a takich osób jak Ty jest wiele.

    Podsumowując przydługi argument: robienie zdjęć w instytucjach kultury powinno być swobodą nie wymagającą tłumaczenia. Ale dla niedowiarków istnieje moim zdaniem argument ekonomiczny za tą swobodą.

    I jeszcze wróćmy do przykładu z Budapesztu: gdybym jechał tam niedługo, to udałbym się do Kope – tylko dlatego, ze przeczytalem o tym na blogu Jeza Wegierskiego (a nie przeczytam na ten temat w zadnym „profesjonalnym” tytule.

  6. Dobro zgromadzone w naszych narodowych muzeach jest naszym wspólnym dobrem, a nie własnością garstki biurokratów. I ograniczenia w dostępie do nich powinny istnieć wtedy, kiedy to konieczne (ze względu na ich trwałość, bezpieczeństwo itd), a nie z „widzimisię”.
    Co do zarabiania na pocztóweczkach itp. Owszem. Ale nikt tych pocztóweczek nie kupi, jeśli nie przyjedzie, a nie przyjedzie, jeśli coś go do tego nie zachęci (np. ciekawy tekst na poczytnym blogu). A temat promocji muzeów to temat sam w sobie.

  7. Barcelona centrum świata 🙂
    1. Fundacja Miro jest organizacją non-profit zajmuje się głównie promowaniem młodych artystów i rozdaje pieniądze a nie zarabia. Na pewno nie zarabia kosztem blogerów. Nawet tych z Polski. Sam Joan Miro, który za życia też tworzył w domenie publicznej. Oprócz fundacji mogłeś zobaczyć m.in Park Miro oraz mozaikę na Las Ramblas i obfotografować je do woli. Co więcej część prac graficznych wykonywał w dużych seriach mając na celu właśnie ich udostępnienie masom.

    2. Robienie zdjęć na wystawie, która składa się z efektów świetlnych jest niedopuszczalne bo albo będziesz miał statyw i długi czas naświetlania (przeszkadzając innym zwiedzającym), albo też zrobisz zdjęcia takie jakie zrobiłeś (bardzo złe). Możesz też użyć lampy błyskowej i uzyskać zarazem efekt przeszkadzania oraz złe zdjęcia.

    3. Część z prac prezentowanych na opisywanej wystawie zostało stworzonych specjalnie na zamówienie i za pieniądze Fundacji. To Fundacja i artysta decydują o tym czy i jak chcą ustalać i egzekwować swoje prawa autorskie. Blogerom, nawet tym z Polski, nic do tego. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zapłacił i udostępnił jakąś prace znanego artysty jako CC. Co więcej, sam możesz stworzyć jakieś dzieło na takiej licencji.

    4. Jak już napisano wyżej Fundacja Miro udostępnia rozbudowane zestawy prasowe i galerie (udanych) zdjęć w internecie. Zastrzegając przy tym prawa autorskie, ale umożliwiając promocję na blogach. Co więcej, nawet jako bloger możesz zwrócić się o pomoc do departamentu prasowego fundacji uzyskując dodatkowe materiały. O ile wiem (a jako „oksymoron” wiem dobrze), jest to powszechna praktyka dziennikarska. Blogerska też. Nawet studenci tak robią i im też się odpowiada.

  8. @pwrzosin

    Sprawa najwyraźniej nadal nie jest jasna – albo całkowicie różnię się w poglądach z Tobą i z innymi krytykami:

    Jedyne co starałem się pokazać, to że oprócz „profesjonalnej” ścieżki relacjonowania (zwracanie się z prośbą o pomoc, zestawy prasowe, profesjonalne zdjęcia) istnieje też ścieżka amatorska – zdjęcia pstrykane na szybko, brak czasu o proszenie o zgodę (bo jestem na wakacjach, bo piszę szybki wpis, a nie artykuł do jakiegoś tytułu). Wydaje mi się, że ta druga ścieżka pozostaje – co pokazuje moja przygoda – niedoceniona; i że jest to klasyczna sytuacja niedocenienia potecncjalnych zysków i przecenienia potencjalnych szkód.

    Jeśli chodzi o kwestie techniczne: mi tam moje zdjęcia się podobają; ich zaleta jest też taka, że są to jedyne zdjęcia z wystawy łatwo dostępne w polskim internecie. A jeśli chodzi o Twój argument, że „albo będziesz miał statyw i długi czas naświetlania (przeszkadzając innym zwiedzającym)” jest zabawny ale niezbyt mądry, bo statyw rozstawiony w sali raczej nie przeszkodzi w sytuacji, gdy we zwiedzaniu przeszkadzają sobie nawzajem tłumy gości.

    Aha, jeszcze jeśli chodzi o kwestie finansowe, strasznie przekręcasz moje myślenie: nie twierdzę, że fundacja Miro zarabia kosztem blogerow – sam chetnie zaplacilem bilet – tylko ze niepotrzebnie naklada ograniczenia uzywajac (nieuzasadnionych) argumentow finansowych.

    Tak samo dopowiadasz mi stwierdzenia dotyczace udostepniania prac na CC – w ogole o tym nie wspominalem.

    Podsumowujac obydwa glosy krytyczne – zastanawiam sie, czemu cos, co mi wydalo sie ciekawym pomyslem na ustabilizowanie blogowania jako zajecia quasi-dziennikarskiego, zostalo odebrane glownie jako przejaw cwaniactwa (pwrzosin, jak rozumiem typowo Polskiego). I to przez dwoch blogerow.

  9. Prawdę mówiąc zapomniałem o tym komentarzu, ale nadrabiam zaległości…

    @ panic

    Mikołaj z taką pogardą wyraża się o blogerach, że aż musiałem zabrać głos […]

    YPB? Bo może trzeba było przeczytać całość jeszcze raz, ale bez nerwów, za to ze zrozumieniem? Wykład na temat blogów pozwolę sobie pominąć milczeniem.

    @ Jurgi

    Dobro zgromadzone w naszych narodowych muzeach jest naszym wspólnym dobrem, a nie własnością garstki biurokratów. I ograniczenia w dostępie do nich powinny istnieć wtedy, kiedy to konieczne (ze względu na ich trwałość, bezpieczeństwo itd), a nie z „widzimisię”.

    Owszem, generalnie masz rację. Tyle że nie mówimy o polskim muzeum państwowym.

    Co do zarabiania na pocztóweczkach itp. Owszem. Ale nikt tych pocztóweczek nie kupi, jeśli nie przyjedzie, a nie przyjedzie, jeśli coś go do tego nie zachęci (np. ciekawy tekst na poczytnym blogu).

    Tutaj możemy się już różnić, bo promocja muzeów to nie tylko blogi. Ba, powiedziałbym, że z perspektywy turystyki blogi nadal są niszą, więcej ruchu zapewniają przewodniki czy instytucje organizujące zwiedzanie grupowe.

    A temat promocji muzeów to temat sam w sobie.

    Pełna zgoda, zwłaszcza promocja muzeów polskich. Ale to może kiedy indziej…

    @ Alek

    Nie uważam, że widzowi wszystko wolno, i nie zaczynaj proszę z argumentami odnośnie polskiego ducha narodowego, bo on wymarł gdzieś pod koniec romantyzmu.

    Nie mówię o duchu narodowym, a o pogardzie dla zakazów. Niestety, ludzie robiący zdjęcia tam, gdzie nie wolno (lub nie wolno używać lampy) to na ogół Polacy. Owszem, inne nacje też się zdarzają, tyle że polskie wycieczki łamią te zakazy hurtowo. Łącznie z robieniem zdjęć z lampą w oceanarium, co przecież też „nie szkodzi”.

    Stwierdziłem jedynie, że wolno mu moim zdaniem robić zdjęcia.

    No i dostałeś szereg przykładów, które jasno to prawo ograniczają / wykluczają. Ponadto stwierdzenie „niemniej uważam, że widzowie powinni mieć do tego prawo w każdej sytuacji” jasno wskazuje, że nie bierzesz poważnie nawet swoich zastrzeżeń dotyczących szkodzenia dziełom.

    Ale nie sugerujesz chyba, żeby z jakichś powodów zamknąć przed publicznością wystawę Eliassona?

    Zamknąć przed publicznością nie. Zakazać robienia zdjęć — w tym konkretnym przypadku i owszem. Z przyczyn, o których już napisał pwrzosin, a ja powtarzał nie będę.

    Starałem się wytłumaczyć, że istnieje tam raczej nadmierna troska o własność intelektualną.

    Nie byłem na tej wystawie, przeczytałem jej opis na stronie. Poniższe zdanie wystarczyło mi do przyznania racji Fundacji, nie Tobie:

    The 50 artworks in the exhibition exemplify his output from 1993 to the present, including new works produced specifically for the Joan Miró Foundation.

    Co oznacza, że Fundacja ma prawa do części z tych dzieł. I tyle.

    Piszesz o tym, że fotografowanie zmniejsza wpływy z kasy. Masz rację – dlatego rozróżniam instytucje publiczne i prywatne. Prywatne mogą zdecydować, że w trosce o kasę chcą ograniczyć to, co mogą widzowie.

    I właśnie z tego powodu zostałeś pogoniony.

    Dla publicznych moim zdaniem dostęp do dziedzictwa powinien być priorytetem – a ew. mniejsze przychody są problemem, z którym muszą sobie poradzić, a nie argumentem, za ograniczaniem swobody widzów.

    Nie wiesz przypadkiem, jak sobie te muzea mają poradzić z tymi mniejszymi wpływami? Chciałbym usłyszeć konkretne rozwiązania, bo na razie pachnie mi to takim miksem komunistyczno-kapitalistycznym — za darmo dla ludu, a właściciel / opiekun niech sobie jakoś radzi.
    Generalnie muzea (nie tylko w Polsce) są dość poważnie niedoinwestowane. Takie np. muzeum KL Auschwitz dostaje 10% tego, co powinno dostawać na prawidłowe zabezpieczenie całej ekspozycji. Zabezpieczenie, nie rozbudowę czy unowocześnienie ekspozycji. Dla zdecydowanej większości muzeów każdy sprzedany folder to konkretne uzupełnienie budżetu.

    Dalej wziąłem na warsztat bardziej kontrowersyjną sprawę komercyjnych galerii / muzeów – widzę, że nie przekonałem Cię, że danie zgody na fotografowanie ma dla nich sens ekonomiczny.

    Konkretów i wyliczeń nie widziałem, więc ciężko mówić o przekonywaniu. Natomiast argumentacja życzeniowa może być zbita krótkim stwierdzeniem — oni są właścicielami i ich zdaniem im się to nie opłaci. Do przekonania ich trzeba przedstawić coś więcej, niż tylko iluzoryczne „moim zdaniem się opłaci”.

    Zabawne, że wspominasz o press kitach, które ratują galerie przed zalewem dziennikarzy.

    Biorąc pod uwagę dość powszechne podejście do swoich obowiązków, śmiem twierdzić że większość dziennikarzy pojawi się w pobliżu siedziby Fundacji idąc na jakieś piwo. Press kit zapewnia im dobre zdjęcia i wystarczający materiał na krótką notkę — tak się zalicza wierszówkę i następnego dnia pisze o dziurach w jezdni.

    Myślę, że i tak chodzą do galerii, zwiedzając sobie prywatnie wystawy, za darmo, wchodząc na swoje press passy.

    Nie wszędzie legitymacje dziennikarskie działają, bardzo często tylko pierwszego dnia lub przed premierą wystawy. Poza tym profesjonalne press kity pozwalają zredukować liczbę fotografów, którzy najbardziej zagrażają eksponatom — i o to chodzi.

    I tu sprawa robi się naprawdę zabawna – piszesz, że system identyfikacji blogerów byłby podatny na nadużycia. Tymczasem już dzisiaj podatny w ten sposób jest system identyfikacji dziennikarzy – bowiem nie ma regulacji dotyczących legitymacji prasowych. Możesz więc zarejestrować swoją stronę jako tytuł prasowy i wyrobić sobie legitymację na domowej drukarence.

    Oczywiście. Tyle że jest jedna drobna różnica, której nie chcesz najwyraźniej zauważyć. Blog/serwis należy zarejestrować, a następnie sobie ową legitymację wydrukować. To znakomicie redukuje liczbę chętnych chcących się na ową legitymację powoływać.

    Dodam jeszcze, że argumenty typu: nie da się tego zrobić mało mnie interesują, bo zamykają na dzień dobry próbę kreatywnego pomyślenia o rozwiązaniach dla zachodzących zmian.

    Ależ ja Ci nie bronię kreatywnego myślenia i opisywania rozwiązań. Chciałbym po prostu zobaczyć propozycje konkretnych rozwiązań, a nie absurdalne pomysły, których nie da się zrealizować / ich realizacja nie ma sensu.

    Moim zdaniem rola blogerów, albo ogólniej nieformalnie działających źródeł informacji będzie rosnąć – i pewnego dnia przyjdzie nam zmierzyć się z dwoma wyzwaniami: znalezienia systemu ich weryfikacji (szeroko rozumianej) oraz zapewnienia im dobrym warunkom funkcjonowania. Jeszcze raz podkreślam, że moim zdaniem powody ku temu będą po części ekonomiczne.

    Przepraszam, a z jakiej racji ktokolwiek ma zapewniać dobre warunki funkcjonowania nieformalnym źródłom informacji? Jakaś akcja wyrównawcza? Poprawność ekonomiczna? Chcesz mieć blog o sztuce, to go załóż i prowadź. Wyrabiaj sobie kontakty, buduj reputację etc. Będziesz dobry, to spokojnie wejdziesz na każdą wystawę i zrobisz zdjęcia nawet w Kaplicy Sykstyńskiej, bo pozwoli Ci na to Twoja reputacja. Będziesz jednym z bezimiennych milionów, to będziesz mógł sfotografować drzwi od muzeum. Dla mnie to proste i jasne kryteria, a na dodatek dość sprawiedliwe. Ba, chyba bardziej sprawiedliwe, niż jakikolwiek stworzony sztucznie system.

    Dalej: praca nie musi być działalnością gospodarczą.

    Wybacz, ale jeśli coś nazywasz pracą, to wypadałoby to traktować jak działalność gospodarczą. W przeciwnym wypadku jest to hobby, a nie praca.
    Jeżeli domagasz się szeroko pojętych profitów (zniżek, zgody na fotografowanie etc.), to zaczyna to wykraczać poza bycie zwykłym szarym człowiekiem, inaczej dosłownie każdy mógłby się tych przywilejów domagać i nie sposób byłoby mu odmówić.

    A stereotypowi ?blogera, który w trzy minuty stawia blogaska?, sam przeczysz wkladajac w pisanie chyba sporo czasu (i pracy 😉 ) – a takich osób jak Ty jest wiele.

    Przeczytaj jeszcze raz ten fragment, bo najwyraźniej go nie zrozumiałeś. Albo wyjaśnię go od razu: dosłownie każdy ledwo piśmienny osobnik może w parę minut założyć bloga, tym samym stając się bloggerem. Na tej podstawie mógłby się domagać profitów od muzeum — zniżek, możliwości fotografowania etc. — albowiem te profity przynależne byłyby bloggerom. Czy teraz kwestia „3 minut” jest już jasna? Podobnie jak absurdalność przyznawania profitów komuś tylko z tej racji, że zarejestrował się w jakimś serwisie blogowym?

    I jeszcze wróćmy do przykładu z Budapesztu: gdybym jechał tam niedługo, to udałbym się do Kope – tylko dlatego, ze przeczytalem o tym na blogu Jeza Wegierskiego (a nie przeczytam na ten temat w zadnym „profesjonalnym” tytule.

    Tyle że to jest przykład lekko absurdalny, bo żadne zagraniczne miasto nie ma polskojęzycznego serwisu, w którym wypisane byłyby wszystkie smaczki. Ba, takich serwisów nie ma przypuszczalnie również w rodzimych narzeczach.
    Przy czym może jakoś inaczej szukam, ale bez większego problemu znalazłem informacje w serwisach, które m.in. o zwiedzaniu Budapesztu traktują: budapestfunzine.hu, budacast.hu czy budapesthotels.com. W budapesttimes.hu też to idzie znaleźć, więc generalnie ten argument też można byłoby obalić…

    Sprawa najwyraźniej nadal nie jest jasna – albo całkowicie różnię się w poglądach z Tobą i z innymi krytykami:

    Może to kwestia zaakceptowania faktu, że jednak istnieje również własność prywatna, a kultura Open* ma swoje granice? Sam zrobiłem trochę rzeczy ogólnodostępnych oraz udostępnionych za darmo, co nie oznacza że wszystkie moje dokonania są takimi. To naprawdę można rozróżniać…

    Jedyne co starałem się pokazać, to że oprócz ?profesjonalnej? ścieżki relacjonowania (zwracanie się z prośbą o pomoc, zestawy prasowe, profesjonalne zdjęcia) istnieje też ścieżka amatorska

    Tyle że nie odkryłeś tym niczego specjalnego, to rzecz znana od dawna. Teraz jedynie się upowszechnia z racji znacznego obniżenia bariery wejścia.

    – zdjęcia pstrykane na szybko, brak czasu o proszenie o zgodę (bo jestem na wakacjach, bo piszę szybki wpis, a nie artykuł do jakiegoś tytułu). Wydaje mi się, że ta druga ścieżka pozostaje – co pokazuje moja przygoda – niedoceniona;

    Może właśnie dlatego niedoceniana, że na szybko i byle jak? Może po prostu część instytucji nie chce takiej promocji, albowiem z ich punktu widzenia będzie ona wątpliwa? Może dobrze byłoby spojrzeć na rzecz oczyma drugiej strony?

    i że jest to klasyczna sytuacja niedocenienia potecncjalnych zysków i przecenienia potencjalnych szkód.

    Może dlatego, że straty są realne (brak kupionego folderu), a zyski mocno iluzoryczne (publikacja kiepskich zdjęć z fatalnym opisem, co zniechęca do odwiedzin)?

    Jeśli chodzi o kwestie techniczne: mi tam moje zdjęcia się podobają;

    A mnie nie. Będziemy się licytować? Zrobimy sondę? Zapytamy przedstawicieli Fundacji o zdanie?

    ich zaleta jest też taka, że są to jedyne zdjęcia z wystawy łatwo dostępne w polskim internecie.

    Ich wada jest taka, że nie są podpisane, że nie wiadomo co przedstawiają, że w Google mogą być znalezione praktycznie tylko przez wpisanie imienia i nazwiska autora.

    A jeśli chodzi o Twój argument, że ?albo będziesz miał statyw i długi czas naświetlania (przeszkadzając innym zwiedzającym)? jest zabawny ale niezbyt mądry, bo statyw rozstawiony w sali raczej nie przeszkodzi w sytuacji, gdy we zwiedzaniu przeszkadzają sobie nawzajem tłumy gości.

    Skoro goście przeszkadzają sobie w zwiedzaniu, to statyw jakiegoś amatora będzie przeszkadzał jeszcze bardziej. Teraz do tłumów wystarczy sobie dodać pięć statywów, bo przecież do fotografowania dopuścimy tłumy. Nadal uważasz, że argument o przeszkadzaniu zwiedzającym jest zabawny?

    Aha, jeszcze jeśli chodzi o kwestie finansowe, strasznie przekręcasz moje myślenie: nie twierdzę, że fundacja Miro zarabia kosztem blogerow – sam chetnie zaplacilem bilet – tylko ze niepotrzebnie naklada ograniczenia uzywajac (nieuzasadnionych) argumentow finansowych.

    Mam wrażenie, że nadal nie rozumiesz istoty własności prywatnej. Część eksponatów jest ich własnością i mogą je eksponować na swoich zasadach. Jedną z tych zasad jest zakaz robienia zdjęć. Chcesz: obejrzyj na ich warunkach. Nie chcesz: nie oglądaj.

    Podsumowujac obydwa glosy krytyczne – zastanawiam sie, czemu cos, co mi wydalo sie ciekawym pomyslem na ustabilizowanie blogowania jako zajecia quasi-dziennikarskiego

    Wybacz, ale ja tutaj nie widzę żadnego pomysłu na ustabilizowanie blogowania jako zajęcia ~dziennikarskiego. Widzę jedynie żądania jakichś przywilejów dla osób, które tym się wyróżniły, że zdołały założyć bloga. Więcej konkretów nie ma, więc nie widzę według tych żądań różnicy między bloggerem z kilkuletnim stażem i powszechnym uznaniem, a bloggerem mającym blog z dwoma wpisami.

    zostalo odebrane glownie jako przejaw cwaniactwa (pwrzosin, jak rozumiem typowo Polskiego). I to przez dwoch blogerow.

    Mówiąc za siebie powiem, że to nie tyle przejaw cwaniactwa, co raczej przejaw nieuzasadnionych roszczeń, które nie są podparte żadnymi argumentami. Jeśli podasz jakieś rzeczowe argumenty, może uda się podyskutować, na razie nie widzę w tych pomysłach niczego zdroworozsądkowego…

  10. @Mikołaj

    cóż mogę powiedzieć – potwierdziłeś, że rzeczywiście nie zgadzamy się w żadnej sprawie, skoro do każdego zdania masz zastrzeżenie. ale dzięki za uwagę i rzetelną odpowiedź – albo cię temat interesuje, albo serdecznie Cię ta sprawa zdenerwowała.

    Akceptuję przede wszystkim argument na temat „spojrzenia oczami fundacji” – pytanie tylko, czy logika, którą stosują jest słuszna (i to nie dla mnie, tylko obiektywnie – w świetle istniejącej sytuacji, czy pozwala im się dostosować do zmian).

    Mniej już przekonuje mnie twierdzenie, że kiepska sytuacja finansowa uzasadnia zamykanie dostępu do dziedzictwa – sprawa nie jest prosta, bo na szali są konstytucyjne prawa.

    I będę się upierał, że nawet brzydkie i źle opisane zdjęcie jest dla instytucji promocją. Szczególnie jeśli linkuję do źródła (czyli strony fundacji). Zdjęcia są dziś czymś tak ulotnym i nagminnym, że nie wierzę, że kiepskie zdjęcie dobrej wystawy powstrzyma kogoś przed surfowaniem dalej – łykamy dziś kiepski PR bez mrugnięcia.

  11. cóż mogę powiedzieć — potwierdziłeś, że rzeczywiście nie zgadzamy się w żadnej sprawie, skoro do każdego zdania masz zastrzeżenie.

    Raczej cytuję zdania/akapity i odnoszę się do nich bezpośrednio, przynajmniej wiadomo, o co mi chodziło 😉

    Co do meritum: nie powiedziałem, że nie zgadzamy się w każdej sprawie 🙂

    Obaj zgadzamy się z tym, że dostęp do kultury powinien być szeroki, różnica polega na uznaniu przeze mnie własności prywatnej. Która to własność ma swoje prawa, w tym możliwość ograniczenia dostępu w wybranym zakresie.

    Obaj zgadzamy się, że zachłanność „instytucji” prawa autorskiego zaczyna graniczyć z absurdem i że nawet prawo własności powinno w którymś momencie być ograniczane ze względu na dobro ogółu.

    Obaj zgadzamy się z tym, że zbiory państwowe / publiczne (innymi słowy: opłacane z naszych podatków) powinny być udostępniane w pełnym zakresie. Różnica między nami jest taka, że ja nadal widzę możliwość zastosowania ograniczeń, przede wszystkim związanych z fizyczną ochroną zbiorów.
    Miliony fotopstrykaczy są realnym zagrożeniem dla zbiorów, dla mikroklimatu ekspozycji czy wreszcie dla zwierząt. Świeży przykład z weekendu: na wystawie kotów hordy idiotów używały lamp błyskowych. Owszem, oświetlenie pozostawiało trochę do życzenia, ale przecież tam były żywe zwierzęta, którym flesze szkodzą. W efekcie wielu kotów nie można było obejrzeć, bo właściciele postanowili zasłonić klatki kawałkiem tkaniny.

    Nie zgadzamy się z pewnością co do kwestii związanych z promocją i ułatwianiem różnym grupom społecznym dostępu do zbiorów. Przy czym ja się nie zgadzam z zaproponowanym przez Ciebie szerokim rozwiązaniem, które jest de facto nierealne. Być może przy propozycji bardziej akceptowalnej nasze stanowisko byłoby wspólne.

    Akceptuję przede wszystkim argument na temat ?spojrzenia oczami fundacji? – pytanie tylko, czy logika, którą stosują jest słuszna (i to nie dla mnie, tylko obiektywnie – w świetle istniejącej sytuacji, czy pozwala im się dostosować do zmian).

    Nie sądzę, żeby dało się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Każdy przypadek jest inny i ciężko nawet porównywać taki Wawel z Auschwitz, że o prywatnych muzeach nie wspomnę. To raczej rzecz do szerokiej dyskusji, w tym dyskusji o finansowaniu placówek muzealnych. Przy tej właśnie dyskusji ciągle będzie mi po głowie chodził casus Auschwitz, na którym zarabiać ciężko, a które trzeba zachować dla potomnych…

    Mniej już przekonuje mnie twierdzenie, że kiepska sytuacja finansowa uzasadnia zamykanie dostępu do dziedzictwa – sprawa nie jest prosta, bo na szali są konstytucyjne prawa.

    Moment, moment. Masz prawo wejść i obejrzeć, więc dostępu nikt Ci nie odbiera. Dyskusyjny zaczyna być dostęp „dodatkowy” — filmowanie, nagrywanie, robienie zdjęć. Prawnikiem nie jestem, ale ograniczenia tej części dodatkowej będą do wybronienia przed sądem, wszak dostęp w ogóle masz.
    Przez analogię: wolno głosić Ci swoje poglądy, ale jak zaczniesz je wykrzykiwać o 02:00 pod moim balkonem, to Twoje prawo do wolności wypowiedzi zostanie ograniczone przez policję czy straż miejską 😉

    Poza tym w specyficznych przypadkach muzea odbierają dostęp do swoich zbiorów i jest to rzecz uzasadniona. Nie mówię tu o magazynach, gdzie często jest 70-90% całej ekspozycji. Mówię o zamykaniu ekspozycji, na remont których nie ma pieniędzy i których eksponowanie w dotychczasowej postaci stanowi zagrożenie zbiorów, ludzi lub jednego i drugiego. Zatem nawet powoływanie się na wolności nie zawsze da jakikolwiek efekt.

    I będę się upierał, że nawet brzydkie i źle opisane zdjęcie jest dla instytucji promocją. Szczególnie jeśli linkuję do źródła (czyli strony fundacji).

    Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli zdjęcie linkuje do źródła i jest sensownie opisane, to mały problem. Gorzej, gdy zdjęcia do niczego nie linkują, pokazują całość wystawy i są takiej sobie jakości. Takiej sobie, czyli sporo widać, ale niewiele mają wspólnego z rzeczywistością.

    Zdjęcia są dziś czymś tak ulotnym i nagminnym, że nie wierzę, że kiepskie zdjęcie dobrej wystawy powstrzyma kogoś przed surfowaniem dalej – łykamy dziś kiepski PR bez mrugnięcia.

    No niestety, zdziwiłbyś się, jak bardzo lenistwo się rozprzestrzenia. Nawet profesjonaliści opisujący serwisy potrafią z opisywanego serwisu nie skorzystać, co widać w recenzji. Przypuszczalnie zdziwiłbyś się, jak często ludzie potrafią stan ze zdjęcia uznać za stan faktyczny i nawet nie zadają sobie trudu weryfikacji czy refleksji. Zbyt często widziałem np. dyskusje nad wiernością barw w publikacji, gdy ludzie oglądali zaledwie jej skany czy zdjęcia cyfrowe. Równie wiele widziałem debat o malowaniu sprzętu historycznego, gdzie ludzie gotowi byli się pokroić za swoje zdanie, mając za źródło drukowane wzorniki barw.

    ale dzięki za uwagę i rzetelną odpowiedź – albo cię temat interesuje, albo serdecznie Cię ta sprawa zdenerwowała.

    Dwa w jednym. Mam szacunek do zbiorów muzealnych i wiem, jak potrafią być niszczone przez oglądających. Na własnej skórze doświadczam również restrykcji, które zagwarantowały spore rzesze rodaków.