Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

20.11.2008
czwartek

10 000 plików w kieszeni

20 listopada 2008, czwartek,

Myślałem sobie dzisiaj o piratach udostępniających w sieci tony treści. Biorąc pod uwagę, że wiele zjawisk sieciowych rozkłada się na zasadzie długiego ogona, można założyć, że także piractwo rozkłada się nierówno. Że gdzieś istnieje piracka „głowa” rozkładu, w której liczba udostępnianych treści osiąga niebotyczny – szczególnie jak na „amatora” – poziom.

Ciekawie byłoby poznać takie osoby i ich stosunek do posiadanej kolekcji. Wired jakiś czas temu opublikował artykuł o topsite’ach – serwerach, na których po raz pierwszy pojawiają się w sieci pirackie kopie filmów czy gier – i o piratach zapełniających te serwery treściami. Tekst jest fascynujący, bo argumentuje, że sieci p2p nie mają nic wspólnego z poziomą wymianą: są w gruncie rzeczy medium nadawczym dla topsite’ów. Jednak bohaterowie tekstu to ludzie, zajmujący się dystrybucją – i jak twierdzi autor czerpiący z piorunująco szybkiej, pirackiej dystrybucji nowych tytułów wielką frajdę.

Mnie jednak bardziej interesują kolekcjonerzy. Ludzie, którzy zapewne magazynują ilości treści wielokrotnie przekraczające indywidualne możliwości ich przetrawienia, ale robiący to jednak z wiarą – naiwną – że ściąganie służy jednak oglądaniu.

Myślałem o nich mając w tyle głowy powiedzonko Gibsona o przeszłości nierówno rozproszonej w teraźniejszości. New Scientist opublikował właśnie Science Fiction Special poświęcony przyszłości science fiction jako gatunku (literackiego). O zdanie spytano szóstkę autorów, w tym właśnie Williama Gibsona, który cytuje J.G. Ballarda („Ziemia to obca planeta”) i dodaje, że

Najprzydatniejsza rzecz, jakiej nauczyła mnie science fiction, to że każda obecna chwila, zawsze, jest czyjąś przeszłością i czyjąś przyszłością.

Idąc tropem intuicji Gibsona trzeba założyć, że któregoś dnia (niedługo?) wszyscy będziemy mieć takie kolekcje, jakie dzisiaj mają mega-piraci. I to w urządzeniach rozmiaru pendrive’a, a może nawet orzeszka. To trochę jak z przestrzenią do magazynowania danych – kilkanaście lat temu cieszyły nas dyskietki i komputery z megabajtem ramu, dzisiaj cieszą nas karty pamięci 8gb. A w ICM, gdzie pracuję, właśnie uruchomiono 221. z kolei najszybszy komputer na świecie o nazwie Nautilus, który potrafi osiągnąć niezrozumiałą dla mnie prędkość obliczeń 24 teraflopów – i który ma rozmiar szafy, niczym pierwsze komputery.

Ciekawe, jak sobie z tymi kolekcjami będziemy radzić. Wydawałoby się, że trzeba już się szykować, testować normy społeczne, wzorce zachowań, kolektywne mechanizmy filtrowania, itp. Zorganizowanych działań jakoś nie widać – ale zmiana być może dokonuje się organicznie i ma charakter międzypokoleniowy. Tak sugeruje Dan Tapscott, o którego nowej książce pisze The Economist. Tapscott przebadał 8000 osób w 12 krajach i twierdzi, że dorasta właśnie Generacja Sieci. Podobno przeciętny 20-latek ma dzisiaj za sobą 20 000 godzin w internecie i 10 000 godzin grania w gry. Co, jak sugeruje Tapscott, może być formatywnym doświadczeniem tego pokolenia – które jako pierwsze dorasta z takim bagażem doświadczeń cyfrowych.

I tu pojawia się ciekawy związek z Malcolmem Gladwellem i jego nową książką (pisze o niej Edwin Bendyk). W sylwetce Gladwella w The New York Magazine są odwołania do cytowanych przez Gladwella badań pokazujących, że prawdziwą ekspertyzę w określonej dziedzinie osiąga się po 10 000 godzinach praktyki.

Tapscott uwzględnił 30 000 godzin doświadczenia z mediami cyfrowymi – uzupełnieniem tego obrazu byłaby analiza pokazująca, jak to jest mieć 30 000 utworów – albo kilka (kilkadziesiąt?) razy więcej.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Myślę, że z tymi kolekcjami to już jak najbardziej teraźniejszość – i zmieniło się to bardzo szybko, bo pamiętam jak jeszcze 10 lat temu żeby np. obejrzeć jakieś anime, ludzie jeździli przez pół kraju lub nawiązywali kontakty face2face, żeby wymienić się nędznej jakości kasetami z n-tą kopią. Dziś niemal wszystko można ściągnąć w ciągu jednej nocy, a swoich kolekcji po prostu nie ogarniamy, co przed dekadą kojarzyło się z japońskimi otaku (zbierają, żeby mieć, nie oglądać), a dziś jest wg mnie standardem. Wystarczy, że raz na miesiąc ktoś da ci DVD pełne plików mp3, do tego coś wpadnie przy okazji z jakiegoś muzycznego bloga w sieci i sto nowych albumów miesięcznie staje się normą. A później – miałem takie sytuacje – pożyczam od kogoś płyty, które gdzieś tam jak się później okazuje już mam. Oczywiście można to jakoś skatalogować, ale nie wiem, czy można o tym wszystkim pamiętać, znać wszystkie kawałki itp. Podejrzewam, że mam w domu kilkaset godzin materiałów a-v, których nigdy nie przesłuchałem/obejrzałem w całości i które zapewne nigdy nie doczekają się na swoją kolej. Nie wiem, czy to źle – wiele osób ma w tym momencie nostalgiczną refleksję, że kiedyś było lepiej, mnie jest ona obca, bo wolę większy wybór.

  2. @mirek
    „kiedyś było lepiej” – chyba nie. porządni kolekcjonerzy książek moim zdaniem mają zawsze dużo większe zbiory, niż naprawdę potrzebują. wygląda na to, że domowe kolekcje rządzą się prawem długiego ogona równie bardzo, co kolekcje publiczne.

  3. Nie ma kolekcji.
    Teoretycznie, masowe ściąganie treści z sieci, kojarzy się z klasycznym chomikowaniem, tyle, że jest to chomik-selektor. Przy tego rodzaju ilości asymilowanych danych, każdego dnia, pojawia się przymus dokonywania bardzo radykalnych selekcji. Kiedyś sprawdzałem sobie, ile statystycznie wytrzymuje na moich dyskach album z muzyką i wyszło mi na to, że jeśli nie jest to rzecz, która mnie zachwyciła i nie została przesunięta do folderu „forever-na zawsze”, to czas jej istnienia na moich partycjach, nie jest dłuższy niż trzy tygodnie. W ciągu 7 lat intensywnego korzystania najpierw z p2p, potem z rapidów i torrentów, rozbudowałem ten „kolekcjonerski” folder do rozmiaru niecałych 15 gb. Foldery w których jest to, czego słucham na bieżąco, ważą około 80GB ale ich zawartość podlega nieustannym zmianom. Winamp mi wyświetla, że żeby to przesłuchać, potrzebne mi są 43 doby plus parę godzin. I ok – jestem w stanie być z taką ilością materiału na bieżąco, powiedzieć coś o każdej płycie, cieszyć się nią, albo skrytykować (rzadko). Co jednak nie oznacza, że uznam ją za wartą dołożenia do kolekcji. Sama „kolekcja” składa się po prostu z tych płyt, które były dla mnie jakoś ważne i są mi potrzebne, reszta to tylko informacje, które przyjmuję albo odrzucam. Nie widzę zresztą sensu gromadzenia wszystkiego – choćby dlatego, że bez selekcji można się zapędzić tylko i wyłącznie w poszukiwanie nowości – krążą po forach muzycznych złośliwe opowieści o ludziach, którym na tyle przekręciło się w głowach, że jedynym wyznacznikiem wartości płyty, jest data jej wydania (czyli „słucham tylko płyt z 2008 r.”) i gromadzenia rzeczy, o których nie pamięta się już tydzień później. Na zasadzie „mam = znam”. Tyle, że najczęściej jest to tylko mam. Czyli zupełnie bez sensu, bo gromadzenie dla samej potrzeby posiadania, mało ma wspólnego z cieszeniem się muzyką, raczej polega na wmawianiu sobie, że im więcej mam tym bardziej jestem ‚obyty’ czy coś w tym rodzaju.

    Co do dystrybuowania – to serio jest jedna z większych radości, kiedy władujesz na rapida jakąś płytę, a potem widzisz, jak licznik skacze do paru tysięcy pobrań. Rodzi się świadomość, że niskim kosztem własnym, uszczęśliwiłeś kilkuset ludzi, zabawiłeś się w św. Mikołaja, czy innego Robin Hooda, dostarczając innym coś, co cię kręci. Rodzi się po jakimś czasie taki fajny, altruistyczny odruch dzielenia się tym, co fajne, dobre, twoim zdaniem wartościowe i naprawdę miło zobaczyć, że ktoś inny też tak uznał. Bo prawie zawsze wśród pobierających, jest szansa natrafienia na kogoś, kto z albumu wyciągnie dla siebie jeszcze więcej niż ty, jeszcze bardziej się nim ucieszy.

    W kwestii filmów – z tego, co zauważam po znajomych chomikach, zgrywanie filmów, układanie ich w jakieś zbiory, kolekcjonowanie, to już raczej przeszłość. Jeśli nie przestawili się na streamingowe serwisy typu joost, czyli klikasz, oglądasz, to raczej działają w systemie ‚video on demand’ – dziś ściągam, dziś oglądam, dziś wywalam, żeby było miejsce na jutrzejszy film, czy serial. Najbardziej rozbudowane kolekcje filmowe, jakie widziałem, raczej nie sięgają powyżej tysiąca filmów – a to jest ilość, którą bez problemu można ogarnąć. Sam może doliczyłbym się na dyskach z 400, wszystkie obejrzane i przechowywane głównie dlatego, że nie ma szans na zobaczenie ich gdzie indziej, czy zdobycie legalnej kopii.

    A jeśli chodzi o ebooki, to Alek ma rację – gromadzenie książek, prawie zawsze wiąże się z pójściem w nadmiar. I z ebookami jest tak samo, z tym, że trzeba też pamiętać o tym, że sporej części ebooków, nie ściąga się, żeby poczytać – ja sporo ściągam, bo wiem, że zawierają informacje, które mogą mi się przydać w pracy, a zawsze prościej wcisnąć ctrl+F, niż się ubrać i wyjść do biblioteki, gdzie danego tekstu i tak zapewne nie będzie.

    A z kolekcjami radzi sobie wyspecjalizowany soft – czy będzie to where is it do muzyki, czy Ant do filmów, czy Digital Editions do ebooków, każdy z nich zwalnia ‚kolekcjonera’ z potrzeby pamiętania, co ma na dyskach. Wystarczy wpisać tytuł i uruchomić wyszukiwarkę.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Myślę, że to jest trochę inaczej. „Domowe” zasoby nie są już kolekcją, tylko częścią „chmury”. Nie trzeba już nic kolekcjonować, bo wszystko jest i pewnie zawsze już będzie w sieci, dostępne coraz łatwiej. Ja sam utrzymywałem na przykład jeszcze jakiś czas temu zasób instalek przydatnych darmowych narzędzi, ale już tego nie robię, od kiedy zdałem sobie sprawę że w razie potrzeby i tak łatwiej znaleźć coś w necie, niż na kilkusetgigowych lokalnych dyskach albo co gorsza w archiwum płyt CD/DVD.

    Jeszcze rok temu łakomiłem się na wydania klasycznych filmów dołączane do gazet, dziś już wcale mnie nie interesują – DVD jest passe. Przyznam, że gdyby filmy w jakości co najmniej 720p były dostępne w necie za powiedzmy 8 – 10 zł za jednorazowe obejrzenie, chętnie bym je kupował.

    Na nowe i tak chodzę do kina, którego nic nie zastąpi i które pewnie będzie się miało dobrze, albo coraz lepiej, przynajmniej do czasu wynalezienia kina wetwire 🙂

  6. Mam na swoim dysku ponad 20 Gb skanów zachodnich komiksów – głównie amerykańskich Marveli i DC, które w Polsce nie są (i chyba nigdy nie będą) wydane. Statystycznie jeden komiks waży ok. 10-15 Mb (integrale oraz rozmaite wydania zbiorcze o wiele więcej – nawet do 200 mb). Każdemu skanowi poświęciłem pewien czas i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że znam każdy komiks z mojej kolekcji. Inna sprawa – nie wszystkie uważam za tak wartościowe, by trzymać ja na swoim dysku, czy nawet marnować miejsca na płycie DVD. Mimo to trzymam je z sentymentu. Czy jest to chomikowanie – nie wiem, ale wciąż posiadam swoją przebogatą kolekcję w myśl zasady „Lepiej mieć i nie potrzebować niźli potrzebować, a nie mieć”

  7. Czytając artykuł oraz powyższe wpisy zerknąłem na półkę nad moim monitorem gdzie w ładnych okrągłych pudełkach stoi moja kolekcja płyt CD/DVD zbierana od 1990 roku (tak sądzę gdyż najstarsza płyta jaką zachowałem z magazynu ma taki rok wydania) ma około 400 krążków. Ostatni raz kiedy do niej zajrzałem był rok temu gdy stwierdziłem, że jak pozbędę się pudełek i zostawię tylko płyty będzie zajmowało mniej miejsca. Na śmietnik trafiło około 600 płyt legalnych i mniej legalnych oraz całe stado pudełek wszelakiej maści. Pozostawiłem tylko oryginały myśląc, że się przydadzą. Dziś korzystam tylko z 5 płyt, na których mam winzgrozę i sterowniki. Zamiast przekopywać się przez sterty nośników, których nie jestem w stanie skatalogować wolę wygooglować potrzebne informacje czy programy. Podobnie jest z książkami i czasopismami zarchiwizowanymi w wielkich pudłach w piwnicy. Wiedząc gdzie to ostatnio czytałem wolę znaleźć egzemplarz wirtualny i doczytać a przy okazji znaleźć coś ciekawego na ten temat niż zapuścić się w czeluści kurzu, pajęczyn i wielogodzinnego przekładania kartonów. Reasumując świadomi użytkownicy mogą kolekcjonować na zasadzie „przyda się” lecz przy przekroczeniu pewnej wielkości zbioru łatwiej będzie znaleźć i pobrać poszukiwaną rzecz z sieci niż z kolekcji.

    ps. Są jednak perełki nie do kupienia, które pokazują się na p2p. Ostano znalazłem książkę o wyrobie win z 1905 roku 🙂