Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

30.12.2008
wtorek

Kino i sieć

30 grudnia 2008, wtorek,

Temat nie jest najświeższy, ale zacząłem się nad nim znów zastanawiać obserwując w ostatnich dniach liczbę „premier” wysokiej jakości kopii filmów w sieciach p2p i sprawdzając terminy, w których trafią oficjalnie na polskie ekrany.

Przykłady z ostatnich 2 tygodni sieciowych „premier” – Ciekawy przypadek Banjamina Buttona w polskich kinach będzie dopiero od 6 lutego; Slumdog. Milioner z ulicy – od 27 lutego; Zapaśnik – 13 marca; Miasto ślepców – 3 kwietnia; Vicky Cristina Barcelona – 17 kwietnia. W drugiej połowie stycznia do kin trafi wreszcie Gomorra, w sieciach p2p w wersji wysokiej jakości krążąca już od września. Jak widać, na te – bez wyjątku bardzo dobre – filmy trzeba czekać naprawdę długo.* Pokusa ściągnięcia DVD-ripa z sieci jest więc spora. Często jej ulegam.

Lubię kino. Zawsze mam w głowie listę filmów, na które oczekuję. Często skazany jestem na sieci p2p, bo wiele interesujących tytułów w ogóle nie trafia do dystrbucji w Polsce i wcale nie muszą być to pozycje niszowe (dystrybutora wciąż nie znalazł choćby nowy Kevin Smith). Oczywiście czasem zdarza mi się kupić DVD z Amazona – ale najczęściej są to filmy które już widziałem i które chciałbym mieć w kolekcjonerskim wydaniu (choć tu znów sprawa zaczyna być kłopotliwa – w sieci wiele jest pirackich kopii w rozdzielczości HD, czyli wyższej niż oferowana przez DVD, a pewnie nie tylko mnie średnio uśmiecha się „upgrade” filmowych zbiorów do nowych standardów i kupowanie tych samych filmów na płytach Blu-ray).

Skala nielegalnej wymiany plików jest w naszym kraju (i nie tylko) ogromna – stanowi wręcz . Zastanawiam się – i to chyba kolejne dość proste do przeprowadzenia badanie, które trzeba zrobić – czy z perspektywy polskiego użytkownika sieci p2p pobieranie plików to konkurencja wobec kina. A może to już niezależne od siebie dwa światy, jak sugerował choćby Jakub Duszyński z Gutka podczas spotkania K2.0 w lutym? Czy są specjalne „filmy do kina”, czy może wyjście do kina samo w sobie jest bardziej wydarzeniem, niż obejrzany w nim film? Czy gdybym na nowy film Woody’ego Allena nie musiał czekać aż 4 miesiące, obejrzałbym go w kinie, czy to tylko wymówka? Jak sądzicie? A może ktoś już to zbadał?

*To wszystko pewnie należy jeszcze rozszerzyć o kwestię miejsca zamieszkania – w Warszawie czy Krakowie filmy pojawiają się w momencie premiery, ale już np. w całkiem dużych miastach na Śląsku często z wielotygodniowym opóźnieniem.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 19

Dodaj komentarz »
  1. Nowego Smitha miałem ochotę obejrzeć w kinie.
    Ale podano datę premiery – maj.
    I ochota mi przeszła, film ściągnąłem, do kina nie pójdę.

    Jest więc jakąś konkurencją. Ale na 95% ściągniętych filmów do kina bym nie poszedł.
    Zresztą i tak ostatnio ciekawsze są seriale. A to że trzeba je ściągąć z p2p zamiast ze stron dystrybutora (wzbogacone o reklamy) to już naprawdę jest problem dystrybutorów.

  2. A wg jakich kryteriów wybiera się film „do kina”? Wyjątkowo dobre, wyjątkowo spektakularne (więc potrzebny wielki ekran), jeszcze coś innego? I dlaczego nie wszystko w kinie, a raczej niewiele w kinie – bo cena biletu, bo trudniejsza logistyka (wyprawa do kina, konkretna godzina, itp.)?

  3. Chciałam zauważyć, że poza Gomorrą, żaden z powyższych filmów nie wisi w necie w super jakości (tj. conajmniej DVDrip). DVD Screener to żadna jakość.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Może jestem mało wymagający, ale mnie tych kilkanaście sekund z małym napisem „Property of…” niespecjalnie przeszkadza.

  6. Witam 🙂 Po pierwsze dość interesujące, że wszyscy zgadzają się tu (milcząco), że ściąganie filmów jest ok – używam skrótu myślowego 🙂 Ale ja nie o tym…
    Moim zdaniem tradycyjna dystrybucja zmierza ku pewnej sytuacji granicznej. Nie da się walczyć z piractwem (wymianą P2P, ściąganiem – jak zwał, tak zwał…) skutecznie. Nie da się zatrzymać intelektualnego, czy rozwrywkowego kanału wymiany przekazów między ludźmi na całym świecie. Co dalej? Zmiany, zmiany… Mam nadzieję, że – tak jak pisze Luster – proces zostanie zalegalizowany (pod pewnymi komercyjnymi warunkami oczywiście) i ucywilizowany, czyli dopasowany do kultury i mentalnosci współczesnego konsumenta.

  7. Tyle że ta legalizacja jest w miarę prosta przy serialach.

    Ale jak zrobic film który ma wielomilionowy budżet?

    Władca Pierścieni to film który by na reklamach nie dał rady. No, ale na taki film warto iść do kina.
    Ale co z tymi ambitniejszymi filmami, które reklamami nie zarobią (bo mała oglądalność), ale nie są na tyle „wystrzałowe”, że oglądanie ich w kinie daje wartość dodaną?

    Chyba niezłą drogą byłaby „personalizacja” reklam. Chcąc obejrzeć film wchodzisz na stronę i podajesz sporo danych na swój temat (zapewne tylko raz, potem cię zapamiętają) i przerwy reklamowe są dostosowywane do profilu konsumenckiego. W ten sposób oglądając Californication możesz mieć reklamę pubu na rogu i Happy Hour które będzie w nim za 2 godziny.
    Dla producentów całkiem nowe źródło dochodów (sumaryczne budżety reklamowe lokalnych przedsiębiorstw mogą być całkiem niezłe) i może wtedy biznes „będzie się zapinać”.

    Tyle że to wymaga wizjonerstwa i wielkich inwestycji. Tak naprawdę to chyba jedyną firmą zdolną do tego jest Google…

  8. Stawiam na wymówkę, ale uzasadnioną:)
    Kino jako model rozrywki się po tych stu latach istnienia chyba już trochę przeżarło; sami kiniarze chyba zdają sobie z tego sprawę, bo film jako taki stanowi tylko część atrakcji powiązanych z ‚wyjściem do kina’ i to bynajmniej nie tą najważniejszą. Traci przede wszystkim na tym, że bardzo rzadko potrafi zapewnić właściwe warunki odbioru – to, że ekran ma 20m, a głośniki ryczą w koncertowych decybelach, bynajmniej nie przysłania głównej wady kina, jaką jest obecność reszty publiczności, które ględzi, mlaska i mendzi (wiem, są małe, studyjne, wygląda w nich dokładnie tak samo, przynajmniej w ‚dużych miastach na Śląsku:) ). Oglądanie filmu w takich warunkach mija się z celem, chyba że jest to jakaś szybkostrzelna, widowiskowa fabułka, przy której nie trzeba się skupiać. Plus, chyba coraz bardziej jesteśmy przyzwyczajeni (przez net) do tego, że kulturę najlepiej konsumuje się samodzielnie, w czasie i miejscu, które sami sobie możemy wybrać.

  9. odchodząc od tematu i nawiązując do obyczajowych i kulturowych naszych realiów. WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU 🙂

  10. @Marceli

    Czyli uważasz, że gdy rozpowszechnią się dobrej jakość rzutniki i będziemy w stanie w domu mieć ekran wielkości największej ściany (a meble będziemy przysłaniać zwijanym ekranem) to kina całkiem zginie?

    Ja bym nie był pewien… „wyjście do kina” to też pewna instytucja, więc chyba wyewoluuje w jakimś kierunku…

  11. @ Luster
    „Wyjście do kina” ciągle ewoluuje, więc też wierzę, że nie zabraknie atrakcji, które nadal będą napędzały ten biznes, choćby i najbardziej abstrakcyjnych (jak np rozpowszechnianie fake-3D w kinach, które do tej pory funkcjonowały na normalnych ekranach), że pójdzie to w stronę jakiegoś dziwacznego wyścigu technologicznego, które będzie miał na celu utrzymywanie widza w przekonaniu, że tylko w kinie może właściwie odebrać, odczuć film. Tyle, że te zabiegi mają niewiele wspólnego z przyjemnością oglądania dobrego filmu, który powinien bronić się sam, nawet na 7′ ekranie w komórce. Widzi mi się więc, że może rynek rozwarstwi się jeszcze bardziej, na multiplexy, w których film nie ma żadnego znaczenia, na małe kina i festiwale, gdzie dominować będzie elitarność i ważniejsze będzie samo uczestnictwo w ‚wąskim hermetycznym kręgu widzów oglądających wielkie_dzieła_zrecenzowane_przez_Przekrój_ i_ z_imprimaturem_Romana_Gutka” oraz na resztę normalnych widzów, którzy sobie będą te wszystkie filmy ściągać i w spokoju oglądać, bez zmuszania się do udziału w „zjawisku społecznym”, „przeżyciu grupowym” i tym wszystkim, co nam się sprzedaje pod propagandową otoczką ‚magii kina’. Jak chcę zobaczyć film, to go ściągam, jak chcę magii, to idę do cyrku. 🙂

  12. PS -Alek
    Benjamina Buttona z mininovy nie warto. Rip ma zharatany dźwięk i w dwóch miejscach jest ewidentnie cięty. A sam film, bida z nyndzom, panocku 🙂

  13. Ups, źle otagowałem, to mój wpis. Też sądzę, że nastąpi dalsze rozmycie kina i szukanie wyjątkowości choćby w 3D – w USA zdaje się że wytwórnie wykładają wielką kasę, żeby dofinansować tę technologię dla możliwie największej liczby kin.

    Ja z kolei traktuję wyjście do kina bardziej jako atrakcję samą w sobie, a nie wyprawę na film, ewentualnie coś pośrodku, bo oczywiście rzeczy typu Bond staram się oglądać na wielkim ekranie. Zabawna autorefleksja jest taka, że ostatnio w kinie najbardziej zirytował mnie przypalony popcorn, co chyba dobrze ilustruje charakter takich wyjść. Ale z kolei jeśli za dwa bilety, colę i kubeł popcornu (sorry, popcorn to dla mnie integralna część pop-kina) plus paliwo żeby do tego kina dojechać wydaję może niecałe, ale blisko 100 zł, to oczekuję, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Niestety z reguły nie jest, więc kiedy wreszcie kupię projektor być może w ogóle odpuszczę sobie kino, a wspólnotowość załatwię zapraszaniem znajomych.

    Choć nie ukrywam, że w tym wszystkim trochę mi brakuje miejsca na tzw. „ciężkie” kino, na którym czasem trudno wysiedzieć, ale czasem warto. W multipleksie go nie znajdziesz, a w domu z kolei trochę się nie chce, albo ogląda się na raty. Zostają festiwale, ale to jednak straszna nisza, obliczona chyba jednak głównie na studentów.

  14. @Marceli

    Ale przy tym założeniu kino wysokobudżetowe przestanie istnieć 🙂
    Jeśli ludzie będą TYLKO. ablo GŁÓWNIE ściągać to po prostu duży budżet się „nie zapnie”.
    Mniejszy zresztą też będzie miał problemy z zapięciem.

    Paradoksalnie najmniej straci kino ambitne – bo DKFy będą jakąś tam wartością dodaną dla której warto wyjść z domu i obejrzeć film w kinie.

  15. Będę ostatnią osoba roniąca łzy nad śmiercią ‚kina wysokobudżetowego’ 🙂 Choć raczej nie wierzę, że tak się stanie, po prostu do godzinnego product placementu będziesz miał dołożone pół godziny dinozaurów, wybuchów i Bonda, które na pewno będą na tyle efekciarskie, by przyciągnąć publikę do kina. Plus – zwróć uwagę na to, co Mirek napisał – dobre rzutniki, spotkania w domu – rynek na efekciarskie kino na nosnikach jest i będzie, a jakby nie raz już we wszystkich okołopirackich dyskusjach wyszło, że zbiór ściągających pokrywa się ze zbiorem kupujących legale w bardzo dużym zakresie, tyle, że (i to jest rzecz do przemyślenia przez dystrybutorów), rzadko kupują w momencie premier, wolą poczekać, aż cena dvd z 80pln zejdzie do 20. Gdyby od startu była taka, to i sprzedaż pewnie byłaby znacząco większa. Na razie ‚się to nie opłaca’, ale mam wrażenie, ze w końcu będzie musiało się zacząć opłacać.

  16. Może też przedefiniowaniu ulegnie „wysoki budżet” – trudno bowiem wciąż udawać, że robienie i sprzedaż filmów nie tanieją. Kamery takie jak Red One wielokrotnie obniżają koszty kręcenia filmów, bo nie trzeba już tego robić na analogu, a później transferować na cyfrę. Obróbka i proste efekty specjalne są coraz tańsze, dystrybucja w sieci to darmocha, a aktorzy być może nie muszą zarabiać 20 milionów $ za film. No i oczywiście zostaje wspomniany product placement, albo dokładanie do robienia filmów w celach wizerunkowych, jak choćby zrobiło HBO z serialem „Rzym” – wiadomo było, że serial nie zarobi 100 milionów $, które kosztował. No i nie zapominajmy o tym, że to wszystko dotyczy Hollywood, Europa od zawsze wydatnie dopłaca do kinematografii z państwowej kasy, ale to osobny temat (bo osobiście dziwi mnie, dlaczego np. film dofinansowywany przez PISF funkcjonuje na rynku jako normalny produkt, choć państwo mogłoby przecież nakładać na producentów zobowiązanie, że powiedzmy po 10 latach przechodzi do domeny publicznej).

  17. Mnie tam Władcy Pierścieni byłoby żal 😉
    A w nim nie zrobisz product placementu. Chyba że zabawek dla dzieci, ale wtedy też siłą rzeczy każdy film „nieteraźniejszoczasowy” będzie targetowany do dzieci.

    Co prawda „Clerks” pokazał że można robić dobre filmy za śmieszne pieniądze, ale jakos w 100% do takiej wizji nie jestem przekonany…

    Z muzyką nie mam tego problemu, jej tworzenie jest naprawdę niskokosztowe, droga jest promocja i dystrybucja. A to ile zarobi producent to mnie akurat g… obchodzi. Niech się uczy żyć w nowych czasach.

  18. zapominacie chyba o najważniejszej roli kina – miejsca gdzie chodzi się na randki! 😉 niekoniecznie wtedy ważny jest oglądany film. ja mogę nawet pójść na koszmarną komedię romantyczną – jeśli tylko osoba towarzysząca jest tego warta:)

  19. A ty myślisz że co miałem na myśli pisząc ” ?wyjście do kina? to też pewna instytucja, więc chyba wyewoluuje w jakimś kierunku”? 😉

  20. No ale kiedy kina właśnie już wyewoluowały w stronę ‚place to date’ – klasyczny multipleks zapewnia wszystko, co randce niezbędne, od kawy na dzień dobry, po solidny posiłek na koniec i ciacho w trakcie, intymna atmosferę ciemnej sali, niezbędna romantykom i tylko jeszcze usług hotelowych nie oferuje, przez niedopatrzenie chyba tylko.
    Z tym, ze nadal nie ma to nic wspólnego z oglądaniem filmów:)