Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

19.02.2009
czwartek

Upadek klasy kreatywnej?

19 lutego 2009, czwartek,

Kryzys jest wszędzie – skoro wspominają o nim nawet bohaterki serialu „Desperate Housewives”, to dyskusja oczywiście nie omija obszarów zbliżonych do biznesu Web 2.0 i szerzej, ekonomii opartej na innowacyjności i manipulacji symbolami. Alek podsunął mi niedawno ciekawą polemikę Kazysa Varnelisa z Richardem Floridą, wieszczem „klasy kreatywnej”.

Poszło o tekst Floridy w magazynie „Atlantic”. Florida to oczywiście autor bardzo optymistycznej, i z tego względu mnie osobiście dość bliskiej wizji klasy społecznej, która „żywi się” społecznym zróżnicowaniem. Oznacza to, że najszybciej rozwijają się te miasta, w których jest dużo mniejszości etnicznych, seksualnych i artystów, a nie te, w których są najniższe podatki, bo dobra atmosfera przyciąga ludzi kreatywnych silniej, niż niskie koszty życia i pracy. Florida w swoim tekście w „Atlantic” broni tej koncepcji twierdząc, że obecny kryzys odmieni ekonomiczny krajobraz Ameryki, a prekursorami nowego porządku będą właśnie miasta, w których biznes opiera się w dużej mierze właśnie na klasie kreatywnej. Chodzi głównie o niewielkie „centra innowacyjności” oraz Nowy Jork – skompromitowaną stolicę finansów, ale nie tylko finansów, bo jak pisze Florida: „Nowy Jork jest mekką bardziej dla projektantów mody, muzyków, filmowców, artystów i – tak – psychiatrów, niż dla finansistów”. Gorzej rysuje się wg Floridy przyszłość takich miejsc jak Detroit czy Pittsburgh, dla których, mówiąc wprost, nie widzi już ratunku. To właśnie je dobije kryzys, za to klasa kreatywna z obecnych zawirowań wyjdzie jeszcze silniejsza. Varnelis widzi to zupełnie inaczej.

W odróżnieniu od Floridy, który – co jasne – jest bardzo przywiązany do swojej koncepcji (Varnelis wytyka mu ironicznie, że opatentował nawet określenie „klasa kreatywna”), Vernelis w swej polemice dokonuje szybkiego przeglądu sektorów, w których kreatywni znajdują zatrudnienie. Redakcje największych amerykańskich dzienników stoją na progu bankructwa, kłopoty branży muzycznej i filmowej też są coraz poważniejsze, a zarabianie na treściach tworzonych przez amatorów udaje się nielicznym. „Pomiędzy kryzysem nadprodukcji dóbr kultury, która charakteryzuje kulturę sieci, a darmową dostępnością treści tworzonych przez amatorów, przemysły kreatywne czeka upadek podobny do tego, jaki ma miejsce w Detroit” – pisze Varnelis, idąc w swych opiniach bardzo daleko i kewstionuje w ogóle istnienie klasy kreatywnej. Wg niego była ona efektem ubocznym bańki finansowej, bo napędzały ją pieniądze z sektora bankowego. To one nakręcały koniunkturę na komsumpcję kultury, to one umożliwiały życie w drogich miastach. Teraz tych pieniędzy nie ma, a wraz z nimi rozwiewa się kapitalistyczny sen o fajnej, niezobowiązującej i dającej prestiż pracy – zwłaszcza freelancing staje się przekleństwem. Niezbyt wesoła to wizja, ale optymizm Floridy zbyt mocno podszyty jest myśleniem życzeniowym. Pozostaje więc tylko mieć nadzieję, że w zmienionym porządku ekonomicznym dla większości kreatywnych znajdą się jednak inne miejsca pracy, niż serwowanie hamburgerów w McDonalds. Nie ma też wątpliwości że Polski ten problem dotyczy w znacznie mniejszym stopniu, niż USA. Co nie znaczy, że nie dotyczy wcale.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. Nie wiem na czym opiera pan swe przeświadczenie, że opisywany problem dotyczy Polski w stopniu znacznie mniejszym. Moim skromnym zdaniem – populacja o której mowa jest mniej liczna – lecz trafiona będzie ona z takim samym impetem przy o wiele skromniejszych alternatywach przetrwania.
    Inna sprawa, że ocena tego zjawiska jest niebywale trudna. Nie wiadomo czy cieszyć się czy martwić. Chyba że należy się do poszkodowanych.

  2. Swoje przeświadczenie opieram właśnie na mniejszej liczebności „klasy kreatywnej” i ogólnie relatywnie niskim znaczeniu przemysłów kreatywnych w polskiej gospodarce. Nie uważam, że polskim kreatywnym mniej się oberwie niż amerykańskim, bo wszyscy słyszymy o cięciach budżetów, ale myślę, że z perspektywy całej gospodarki będzie to miało stosunkowo niewielkie znaczenie – na pewno nie takie, jak w Stanach.

  3. Przy okazji widać, że niewiele wiemy o polskiej „klasie kreatywnej”. Jak jest liczna? Na ile gra znaczącą rolę w gospodarce? Statystyki udziału sektora kultury w produkcji GDP, stworzone przez MKiDN są niejasne i opublikowane bez uzasadnienia… Myślę, że w Polsce klasa kreatywna jest na pewno mniejsza niż na Zachodzie, ale nadal jest pokaźna, nawet jeśli nie jest tak nazywana. Problem, nawet jeśli nie zaistnieje w makro-skali, to może dotknąć określone środowiska – nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby za jakiś czas stał się zauważalny wśród czytelników tego bloga?

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Pojęciem „klasy kreatywnej” zwykł się posługiwać minister Boni. Prezydent Dutkiewicz też się na nie powoływał… Zatem jest znane i pożądane….
    Co z tego, jeśli kryzys przyzna rację Vernelisowi

  6. Teoria R.Floridy wyjasnia nie tyle to dlaczego niektore miejsca sie rozwijaja, ile to dlaczego z pewnych miejsc sie ucieka. Najlepsza ilustracja dla tej teorii jest kraj z ktorego uciekly miliony.

  7. Ale według Floridy klasa kreatywna to nie tylko przemysł kreatywny… a więc część miejsc pracy nie jest zagrożona, bo to nie wyłącznie duże korporacje.

    To że nikt nie zrobił statystyki, nie oznacza, że klasa ta jest w Polsce niewielka, świadczy tylko o tym, że niewiele o niej wiemy. Pozdrawiam

  8. @a

    myślę, że jednak klasa kreatywna to w dużej mierze profesjonaliści zatrudnieni w tak zwanym sektorze kultury – wiec jego maly rozmiar wplywa na rozmiar klasy. ale rzeczywiscie sa to domniemania. natomiast nie twierdze, ze maly rozmiar klasy wynika z naszej niewiedzy o jej rozmiarze! 😉

    zgadzam sie, ze w gruncie rzeczy do klasy naleza tez kreatywni amatorzy. ale juz z kolei profesjonalisci zatrudnieni poza korporacjami (np. freelancerzy), moga odczuc efekt domina.

    wreszcie polska specyfika moze byc biurokracja kulturowa, ktora pewnie formalnie nalezaloby zaliczyc do klasy k., choc to chyba kompletne przeciwstawienstwo kreatywnosci.