Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

23.05.2009
sobota

„Remix”, czyli znów o propozycjach Lessiga

23 maja 2009, sobota,

W październiku wspominałem o rozwiązaniach prawnych, proponowanych przez Lawrence’a Lessiga w jego najnowszej książce. Wywołały dyskusję w komentarzach, choć ani ja, ani komentujący, książki nie czytaliśmy – znaliśmy je tylko ze streszczeń w sieci. Pora wrócić do tematu.

Nie będę streszczać książki – przeczytajcie sami. Sporo w niej Jenkinsa, za to na poziomie sugerowanych rozwiązań prawnych Lessig jest zaskakująco wyważony. Sugeruje, że to co dziś znajduje się w kategorii dozwolonego użytku należy zastąpić prawem do użytku wolnego/darmowego – przynajmniej w niektórych obszarach. Chodzi przede wszystkim o amatorski remiks. Wokół tego punktu krążyły komentarze pod notką w październiku – bo co znaczy „amatorski”? Lektura książki nie przynosi w 100% satysfakcjonującej odpowiedzi. Wśród pomysłów Lessiga pojawia się rozwiązanie całkiem logiczne, choć może nie do końca konsekwentne z perspektywy pochwały kultury remiksu. Remiks amatorski – o ile dobrze zrozumiałem, bo wydaje mi się, że wizja Lessiga nie jest tu całkiem spójna – to remiks robiony na własny użytek. Trzymam go na swoim komputerze i pokazuję rodzinie, ewentualnie wrzucam do sieci, ale tylko z dostępem dla znajomych. Prezentuję w szkole, ale nie rozpowszechniam.

Jeśli rodzic zremiksował zdjęcia swojego dziecka z piosenką Gilberto Gila (jak ja sam wielokrotnie), to jeśli YouTube upublicznia ten amatorski remiks, Gilowi należy się rekompensata

To dla mnie – o ile dobrze ją rozumiem – dość kłopotliwa propozycja. Bo jak miałoby to działać? Chyba, że powstałaby jakaś globalna taryfa, a twórcom-amatorom ten wydatek zrekompensuje na przykład udział we wpływach z reklam na YouTube? Czy to nie zdusi internetowej eksplozji kreatywności? I w czym różni się to od obecnej sytuacji, w której przecież babcia nie donosi na wnuczka, że zremiksował komercyjny utwór – problemy zaczynają się w momencie publicznego rozpowszechniania. Rozumiem ogólną myśl Lessiga, który podąża tropem znanym z licencji Creative Commons – działanie prawa uzależnijmy od sposobu użycia dzieła. Jeśli zaczyna konkurować z produkcją komercyjną, należy płacić – ale trudno przecież ustalić jakąś arbitralną granicę pomiędzy amatorskim i profesjonalnym. Wszystko co jest dostępne w internecie może potencjalnie odnieść sukces, więc niech w tym sukcesie ma swój udział remiksowany twórca. Wciąż jednak nie do końca rozumiem, czym zdjęcia zremiksowane z muzyką Gila – któremu Lessig chce zapłacić – różnią się od nagrania dzieciaka tańczącego do muzyki Prince’a, za który matka chłopca została pozwana przez wytwórnię, co jest dla Lessiga – słusznie zresztą – przywoływane jako totalny absurd… Bo nagrania z tańcem dziecka nie ściągnę, żeby słuchać muzyki, a pokaz slajdów już tak? Znów: gdzie przebiega granica? Czy w otwartej dystrybucji możliwe jest „niekomercyjne”? Inna sprawa, którą Lessig – o ile coś mi nie umknęło – pomija, to oferowana choćby przez licencje CC możliwość nie wyrażania przez twórców zgody na remiksowanie ich dzieł. Czy domyślna blokada remiksu ma zostać zastąpiona domyślną zgodą?

W książce wyraźnie jednak widać, że Lessig próbuje zrozumieć logikę korporacji medialnych i osiągnąć z nimi kompromis. Wspomina więc także o tym, że w USA twórca materiałów do remiksu wciąż pozostaje odpowiedzialny za remiksowane treści, czyli wytwórnia która zrobiła kreskówkę może zostać oskarżona przez rodziców, którzy zobaczyli nieodpowiedni dla nieletnich remiks. Lessig postuluje, by prawo zwolniło producentów z tej odpowiedzialności, co powinno spowodować „odwilż” w praktykach ściagania twórczości fanowskiej. Osobiście mam wrażenie, że z polskiej perspektywy – poprawcie mnie, jeśli się mylę – lektura „Remiksu” jest dość krzepiąca, bo znaczna część propozycji Lessiga jest już zrealizowana w polskim prawie i mieści się w obecnej definicji dozwolonego użytku.

Co więcej? Nowością – i chyba najbardziej odważnym spośród w większości ostrożnych pomysłów Lessiga – jest propozycja dekryminalizacji wymiany plików. Skoro nie da się skutecznie walczyć z tym zjawiskiem, należy je zalegalizować, w imię choćby uczenia młodych ludzi szacunku dla prawa (obecnie ten szacunek kuleje, skoro wszyscy ściągają i tym samym są wg amerykańskiego prawa przestępcami). Trzeba pracować nad rozwiązaniami pozwalającymi dzielić rekompensaty tak, żeby uwzględnić popularność poszczególnych utworów, co technologicznie jest na pewno wykonalne. Lessig postuluje też uwalnianie utworów o niejasnym statusie prawnym – skrócenie okresu, kiedy utwór jest chroniony automatycznie i nałożenie na właściciela praw obowiązku jego rejestracji po upływie tego czasu. Chodzi oczywiście o rozwiązanie nagminnej dziś sytuacji, kiedy utwory pozbawione już wartości komercyjnej i niedostępne na rynku nie mogą być swobodnie rozpowszechniane – choć na tym rozpowszechnianiu twórca, który i tak już nie zarabia, nie straci, a na przejściu utworu do domeny publicznej zyska potencjalnie całe społeczeństwo.

Będę wdzięczny za komentarze – zwłaszcza osób, które na prawie znają się lepiej ode mnie i tych, których lektura książki była bardziej wnikliwa od mojej, dzięki czemu potrafią wyjaśnić problem amatorskiego remiksu rozpowszechnianego w sieci.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Lessig nie wyraził się chyba w tym fragmencie dość precyzyjnie. Nie odniosłem wrażenia – patrząc na całość książki, na jej „ducha” i takie tam – żeby jednocześnie Lessig chciał uwolnienia twórczości amatorskiej i wprowadzenia opłat za korzystanie z utworów w amatorskich remiksach.

    Tok rozumowania Lessiga wiąże się raczej z tym, co pisał on o hybrydach: YouTube zarabia na amatorach (teoretycznie, to że firma nie przynosi zysków to problem udziałowców, a nie użytkowników), „amatorzy” dostają w zamian dostęp do wielkiej bazy utworów, a „profesjonaliści” nic z tego nie mają. System prawny też jest bezsilny, mimo że w innych sytuacjach wykształciły się mechanizmy pobierania opłat (w książce przykład z amatorskich przedstawieniem). Z kolei właściciele praw (bo nie twórcy – to kolejny ważny element układanki u Lessiga), czyli wytwórnie i inni, nie mają też tak naprawdę żadnego modelu biznesowego, żeby sobie z tym radzić, a na dodatek boją się powstania precedensu polegającego na tym, że „amatorski” czy „niekomercyjny” remiks może posłużyć do celów niezgodnych z wartościami firmy. Na pewnym poziomie kółka miłośników Harry’ego Pottera nie da się odróżnić od organizacji neofaszystowskiej. A skoro prawa osobiste w USA działają inaczej niż u nas (jeśli w ogóle, nie znam się na amerykańskich systemie tak dokładnie) to do osiągnięcia tych samych celów należy korzystać z praw majątkowych.

    Lessig zakłada, że zdjęcie z właścicieli praw odpowiedzialności za kontekst spowoduje, że machną ręką na część utworów, bo koszt wyegzekwowania jakichkolwiek zysków będzie zbyt wysoki, a nie będzie już niebezpieczeństwa, że ktoś ich skojarzy z jakąś dziwną organizacją.

    Nie przekonuje mnie to do końca, tak jak nie przekonuje mnie podział na amatorów i profesjonalistów ani podział na użytek komercyjny i niekomercyjny.

  2. To jest właśnie mój problem z tą książką – większa część to trochę powtórka z tego, co pisali Benkler, Jenkins oraz sam Lessig w „Wolnej kulturze”. W tym kontekście oczekiwałem, że pozostała część, z propozycjami zmian, zaoferuje coś bardziej spójnego i konkretnego. Nie oczekuję dokładnego opisu mechanizmów dzielenia pieniędzy z podatków między twórców, którzy straciliby na legalizacji wymiany plików – to kwestia czysto techniczna. Ale w wypadku „uwalniania” remiksów amatorskich Lessig powinien mieć świadomość, że bez wyznaczenia dokładnej granicy, jakiegoś spójnego pomysłu jak to podzielić, ten pomysł trudno potraktować jako gotowe rozwiązanie. Dlatego uczepiłem się kwestii rozpowszechniania, ale jeśli to ma być różnica między amatorskim a profesjonalnym, albo niekomercyjnym i komercyjnym, to wracamy do punktu wyjścia i chyba rzeczywiście nie o to Lessigowi chodziło.

    A odpowiedzialność za „niewłaściwe użycie” – wydaje mi się, że przynajmniej w Europie to nie lęk przed wrzuceniem filmu na stronę neofaszystów jest głównym problemem dla przeciwników remiksu.

  3. Wszystkim, którzy nie przeczytali jeszcze całej książki, polecam tłumaczenie fragmentu — wygląda na to, że dosyć reprezentatywne:

    http://osnews.pl/w-obronie-piractwa/

    Mój komentarz, też krytyczny wobec niespójności:

    http://osnews.pl/w-obronie-piractwa/#comment-2998992

    I wymyśliłem tylko tyle w jego obronie, że jeśli już, to jedynym mierzalnym kryterium podziału na komercyjne/niekomercyjne byłoby prowadzenie działalności gospodarczej. Ale co jeśli np. ktoś jest jednoosobową firmą i oczywiście poza tą działalnością też robi jakieś remiksy? Może sprawdzać faktury na sprzedaż czegokolwiek związanego z kulturą?

  4. http://www.bloomsburyacademic.com/current.htm

    Książka jest do pobrania tutaj – oczywiśćie legalnie.