Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

20.08.2009
czwartek

„na szczęście nie ma tego w internecie”

20 sierpnia 2009, czwartek,

W „Polityce” z zeszłego tygodnia krótki tekst o przerwach wakacyjnych w warszawskich bibliotekach kończy się stwierdzeniem:

„Setki osób pisze prace dyplomowe, szuka informacji potrzebnych im w pracy zawodowej albo też podczas urlopu chce wzbogacać swoją wiedzę. I nie wszystko już jest – na szczęście – w Internecie”.

Bardzo mnie to zdanie zdenerwowało. Nie chcę się czepiać tego krótkiego tekstu, ale „nie wszystko już jest – na szczęście – w Internecie” jest symptomem szerszej tendencji, która kotłuje się w te wakacje w mediach. Tendencji do twierdzenia, że z internetem jest coś nie w porządku – najbardziej widocznej w dyskusji o chamstwie w internecie (pisał o tym niedawno Mirek).

Tłumaczę wszystko kwestiami pokoleniowymi, bo zwrot „na szczęście nie ma tego w internecie” potrafiłbym użyć jedynie w odniesieniu do treści patologicznych, które nie powinny się znajdywać gdziekolwiek, w postaci bitów bądź atomów.

Taka postawa – dla mnie kuriozalna – jest przede wszystkim szkodliwa. Szczególnie w sytuacji, gdy polskich treści naprawdę w internecie brak i świadomość problemu mozolnie, powoli, jest budowana wśród pracowników różnego rodzaju instytucji i podmiotów kultury. Przypomina mi się konferencja „Kultura 2.0”, podczas której zagraniczne przykłady publicznych, cyfrowych archiwów zdawały się na robić na przedstawicielach polskich instytucji wrażenie równie duże, co rzucanie grochu o ścianę. Dziś sytuacja jest na szczęście trochę inna – na przykład został wreszcie powołany do życia Narodowy Instytut Audiowizualny (NiNA). Na neo-luddyzm można sobie pozwolić, jako na ekstrawagancję, w głęboko zmediatyzowanym społeczeństwie – a nie w takim jak nasze, boleśnie i powolnie się cyfryzującym.

Ale nadal brak przynajmniej kilku znaczących osób publicznych (marzy mi się taka supergrupa złożona z polityka, twórcy, intelektualisty, księdza i nastolatka), które mówią zdecydowanym głosem: dlaczego – na nieszczęście – wszystkiego nie ma w internecie?

No i oczywiście w tle przewija się ciągle silne rozróżnienie „realnego” i „wirtualnego”. To dlatego informacja dostępna w bibliotece jest w porządku, a w internecie już nie; chamstwo w internecie jest wytykane palcami, a w świecie dookoła nas jakby mniej; a w debatach nad kształtem instytucji kultury nie pojawia się internet – który moim zdaniem jest dziś najważniejszą instytucją kultury.

W ostatnim „Dwutygodniku” Barbara Fatyga przypomina rozróżnienie kultury oraz anty/nie-kultury, wprowadzone przez semiotyków z Tartu. Myślę, że dużo wyjaśnia: dla wielu internet po prostu ciągle nie jest częścią świata kultury.

Pocieszam się, że najmłodsze pokolenia zapewne pukają się w głowę słysząc o takim rozróżnieniu. I nawet mając w kieszeni iPhone’a pełnego treści kultury, ściągniętych piracko (bo publicznych w Sieci brak, „na szczęście”), to i tak pójdą z nim do biblioteki, bo budynek jest fajny, można spotkać innych ludzi, i całować się w ubikacji.

*

W najbliższą sobotę odbędzie się BarCamp Wolnego Uniwersytetu Warszawy, pod hasłem „Sieciowy (nie)kongres wolnej kultury”.

BarCamp Wolnego Uniwersytetu Warszawy jest oddolną, samorządną i demokratyczną alternatywą wobec oficjalnie propagowanych sposobów rozmawiania o kulturze i społeczeństwie, oraz decydowania o ich dalszym kształcie. […] Do udziału w (nie)kongresie zaproszeni są wszyscy zainteresowani dyskusją nad stanem obecnym i przyszłością wolnej i samorządnej kultury w demokratycznym społeczeństwie.

Będzie więc okazja, do porozmawiania o kulturze, nie-kulturze i anty-kulturze w Sieci.

*

Odkryłem niedawno Muzeoblog – blog poświęcony, chciałoby się powiedzieć. „muzeom 2.0”. / Cieszę się też, że swój blog uruchomiło warszawskie Muzeum Etnograficzne, w którym dzieją się coraz ciekawsze rzeczy (i któremu kibicuję, żeby stało się pierwszym polskim „otwartym muzeum”.

*

Serwis warszawa.ngo.pl opublikował wywiad z Jackiem Powałką, twórcą „pirackiego” parku publicznego na warszawskich Kabatach. Strasznie lubię tę historię, a p. Powałkę traktuję jako bohatera. Potrzeba nam więcej takich pozytywnych historii.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. dla wielu internet po prostu ciągle nie jest częścią świata kultury

    Ba, dla niektórych komiks nie jest częścią kultury (np. nie jest cyba uwzględniany przy badaniach czytelnictwa), że nie wspomnę o nowszych elementach kultury, jak gry…

    I nawet mając w kieszeni iPhone?a pełnego treści kultury, ściągniętych piracko (bo publicznych w Sieci brak, ?na szczęście?), to i tak pójdą z nim do biblioteki, bo budynek jest fajny, można spotkać innych ludzi, i całować się w ubikacji.

    Biblioteka w moim mieście to akurat nowoczesny budynek, z dwiema pracowniami komputerowymi (dla dorosłych i dzieci) i salką konferencyjno-kinową… Kino na sierpień zamknięte, więc projekcje bajek dla dzieci robi biblioteka.

  2. „Setki osób pisze prace dyplomowe, szuka informacji potrzebnych im w pracy zawodowej albo też podczas urlopu chce wzbogacać swoją wiedzę. I nie wszystko już jest – na szczęście – w Internecie?

    Ja to rozumiem inaczej. Chodzi o prace kupione w internecie. Nie mów,że tak nie jest ale ludzie dziś masowo kupują prac, zwłaszcza licencjackie, zwłaszcza do prywatnych uczelni. I nie ma sensu udawać,że tak nie jest.

  3. w „mojej” bibliotece publicznej o ubikacjach dla czytleników to sobie mogę tylko pomarzyć (jak w większości instytucji publicznych).

  4. „Na szczęście” także różnice pokoleniowe bywają kondensowane w internecie. Problem jednak jest, jak Pan zauważa. Dotyczy on nie tylko wciąż małej dostępności wartościowych treści w sieci (uwzględniając proporcje jakość/ilość), ale także pozycjonowania tychże, jeśli już się w niej znajdą. Mimo wszystko chyba jednak jest na dobrej drodze, skoro ten temat jest poruszany chociażby przez poczytnych blogerów (jak Pan) i pozwala się nietrudno odnaleźć w sieci. Zgadzam się, że wzmocnienie tego głosu poprzez poparcie autorytetów może wydatnie przyczynić się nie tylko do popularyzacji kultury, ale wpłynąć na wzrost jakości i ilości tej jakości w internecie.

  5. @lavinka

    pisze troche po czasie, ale w ostatnich dniach odstawilam blogi skupiajac sie na mojej pracy dyplomowej 🙂
    tez mnie drazni, ze kazda prace mozna kupic, ale do tego nie jest konieczny internet. wystarczy zadzwonic pod numer z ogloszenia w gazecie codziennej. nie obwiniajmy wiec sieci za cale zlo tego swiata! 😉 poza tym nie o to „wszystko” tutaj chodzilo. „wszystko” czyli literatura potrzebna np. do pisania prac dyplomowych, a nie gotowce.
    ja mam to szczescie, ze pisze na temat, do ktorego dostepna jest w sieci bogata literatura anglojezyczna. tym sposobem do swojej pracy poza kilkoma ksiazkami polskimi (lub wydanymi w polskim tlumaczeniu kilka/kilkadziesiat lat po wydaniu oryginalu) i kilkoma raportami z polskich badan dostepnymi w sieci, wykorzystalam kilkadziesiat, dostepnych w internecie, tekstow naukowcow zachodnich. wspolczuje jednak moim znajomym, ktorym niezbedne sa polskie tytuly dostepne w bibliotekach w pojedynczych egzemplarzach, na ktore trzeba czesto czekac tygodniami lub nawet miesiacami, bo „namietnie korzysta” z nich ktos z kadry akademickiej (bez urazy prosze;) lub w ogole traca szanse na zdobycie tekstu, bo zwyczajnie gwizdnal go jakis student znudzony czytaniem w zimnej czyteli z niewygodnymi krzeslami.