Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

1.09.2009
wtorek

O „Manifeście nooawangardy”: na bycie źródłem dynamicznej zmiany trzeba sobie zasłużyć

1 września 2009, wtorek,

W CSW w Warszawie trwa wystawa ?Niezwykle Rzadkie Zdarzenia / Dystrybucja Nooawangardy?, przy okazji której opublikowano ?Manifest Nooawangardy? (jednym z jego autorów jest nasz blogowy kolega, Edwin Bendyk). Przyznam, że manifest dał mi do myślenia, i trochę zdenerwował, stąd przydługi komentarz poniżej.

Jeśli nie chce Wam się czytać, w skrócie pytanie brzmi: czy rzeczywiście, tak jak chcą autorzy manifestu, sztuka w sposób automatyczny funkcjonuje jako ?outlier?: autonomiczne i marginalne zjawisko, które niemniej silnie oddziaływuje na rzeczywistość w sposób dynamiczny?

A na samym końcu (na który niecierpliwi powinni od razu przeskoczyć) staram się odnieść tę sprawę do kultury pojmowanej szerzej niż sztuka.

Wraz z wystawą Edwin Bendyk organizuje też cykl wykładów „Antropocen, noosfera, nooawangarda” ? kto przegapił pierwszy, tak jak ja, pierwszy, może go obejrzeć w sieci. Jutro wykład drugi, Maciej Gdula będzie opowiadał o tym, ?Czy można obalić kapitalizm kognitywny?? (środa, 2 września, 16.00, KinoLab w CSW w Warszawie). Liczę, że nagranie tego wykładu też trafi do sieci.

*

Według autorów manifestu, „sztuka jest laboratorium”. Dla mnie dużo ciekawsze jest stwierdzenie, że ?laboratorium jest [czymś na kształt] sztuki?. A szczególnie ciekawe są ?laboratoria informatyczne?, czyli komputery pełne kodu, albo też sieci połączonych ze sobą komputerów pełnych kodu.

Wedug manifestu sztuka oznacza tak naprawdę dowolny akt twórczy, a artysta reprezentuje najróżniejsze obszary kreatywnej działalności. W takim ujęciu zgadzam się z całym tekstem – sęk w tym, że wiele tych form twórczości i twórców nie chce być definiowanych jako sztuka; nie ma też sensu nazywać wszystkiego sztuką.

W wielu sytuacjach sztuka może jest, jak chcą autorzy, outlierem: jednym z ?podważających ją [rzeczywistość] idei i perceptów, które oddziałują na nią w nielinearny, dynamiczny sposób?. Jednak w równie wielu przypadkach sztuka, lubująca się dzisiaj w spojrzeniu krytycznym, być może rzeczywistość podważa, ale oddziaływania już nie widać ? idee i pomysły są wypracowywane i krążą w hermetycznym świecie instytucji sztuki, ich współpracowników i użytkowników.

Tymczasem ?laboratoria jako sztuka? potrafią oddziaływać nielinearnie i do tego na wielką skalę. Innymi słowy, warto się zastanowić, czy na miano outliera, bardziej niż jakiekolwiek dzieło sztuki, nie zasługuje Napster? Albo też czy jest sens nazywać Wikipedię – outliera jakich mało, oddziaływującego na świat edukacji, nauki, rynek wydawnictw referencyjnych, teorię zarządzania pracą, itd. – sztuką?

Co więcej, manifest opisuje sztukę jako czarną skrzynkę, albo raczej ślepą wyrocznię ? działającą bez zainteresowania odbiorem, dającą się ocenić jedynie po fakcie. Można oczywiście ogłosić, że dowolna sfera nie podlega żadnym kryteriom oceny ? pytanie tylko, po co to robić? Bruno Latour i inni teoretycy Actor Network Theory twierdzą, że należy jednak stosować podstawowe kategorie oceny, związane z (najszerzej pojętą) skutecznością i trwałością. Najcenniejsze są więc projekty konstruujące nie tylko coś nowego, ale także byty zdolne trwać.

Manifest zwalnia sztukę z tej odpowiedzialności ? i rzeczywiście prace artystyczne częściej są przelotnymi gestami (o okresie trwania wyznaczonym często terminami wystaw i uwagą mediów branżowych) niż trwałymi konstrukcjami.

Tak więc autorzy manifestu chcą, by naczelną zasadą sztuki była autonomia. Z kolei wszelkie działania obejmujące jej wykorzystanie (kierujące się więc kategoriami przydatności, skuteczności) autorzy opisują jako zawłaszczanie sztuki poprzez ?kapitalizm kognitywny?. Wolałbym, żeby sztuka kierowała się także wewnętrznymi kryteriami związanymi z jakością, ocenianą pod kątem trwania i skuteczności (niekoniecznie pojmowanych ekonomicznie).

Tu znów kłania się etyka hakerska, z zasadą tworzenia rzeczy efektywnych i przydatnych. Dla autorów manifestu sztuka ?wygrywa, jeżeli jest w mniejszości? – tymczasem oddziaływanie zjawisk marginalnych nie dokonuje się automatycznie. Dużo łatwiej jest więc koderom (ale też np. fanom popkulturowym), którzy nie mają oporów z trafianiem do mainstreamu, rozumiejąc dobrze, że także rzeczy ?większościowe? mogą być outlierami (mamy ich pełno dookoła nas: wspomniane już sieci p2p, telefony komórkowe, Craigslist, Nasza klasa).

Zresztą autonomia sztuki wobec kapitalizmu kognitywnego (który dopiero po fakcie ?zawłaszcza wartość dodatkową sztuki?), głoszona w manifeście, często nie ma miejsca w rzeczywistości ? artyści sami chcą uczestniczyć w procesie komunikacji i generować ze swojej pracy wartość nie tylko symboliczną, ale też finansową (i chyba nie ma w tym nic złego?).

Ogólnie rzecz biorąc, mam wrażenie, że manifest mówi o jakiejś innej sztuce niż ta, która nas otacza ? jednocześnie nie zauważając zjawisk, które nijak nie chcą być definiowane jako sztuka, a są outlierami.

Zupełnie inaczej czytałbym manifest, gdyby zamienić ?jest? na ?powinna? – potrzeba nam więc prac artystycznych oddziaływujących jako outliery. Ale na to muszą sobie zasłużyć, nic nie dzieje się automatycznie tylko dlatego, że ktoś jest społecznie definiowany jako artysta, a jego praca jako sztuka.

*

Jak to się ma do kultury? Moim zdaniem wiara, że dzieło jest outlierem ? a wraz z nim przekonanie o autonomiczności twórczości i niemożności jej oceny ? świetnie odróżnia kulturę ?wysoką? od ?niskiej?. Ta pierwsza chce mieć charakter autonomicznego impulsu rządzącego się własnymi prawami, nie podlegać ocenom innym niż wewnętrzne, i wierzyć w ?przyrodzoną? wyjątkowość. Ta druga nie ma trudności z brakiem własnej autonomii, uwikłaniem w rzeczywistość kulturową, ciągłym ocenianiem i nawet pospolitością. Zaletą takiego ujęcia jest oczywiście uniknięcie wartościowania.

W Polsce rozmowy o kulturze często bezwiednie są ograniczane do tej pierwszej sfery (ostatnio dobrym tego przykładem były dyskusje o raporcie Hausnera oraz o mediach publicznych ? a pomija się kulturę, która chce być popularna (np. komiks) lub która chce być efektywna i oceniana (architektura).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. sztuka jest błędem w systemie: zamierzonym, nieświadomym, sprowokowanym, wyobrażeniowym; jest niepodporządkowana jednej intencji, lecz splotowi pobudek i odczuć. Stąd prokuruje mnogość antagonistycznych definicji i postaw.

  2. Zaczynając od końca: jestem przeciwny binarnym podziałom, a przede wszystkim teoretycznym zajmowaniu się nimi. Bo to wtórne i bezproduktywne. Ale jak zauważasz, Alku, rozróżnienie bez wartościowania okazuje się możliwe i wydaje się zupełnie sensowne. Z drugiej strony, może zamiast próbować udowadniać instytucjonalno-intelektualnemu betonowi, że popkultura nie jest tożsama z niską jakością, może warto zastanowić się nad tym, czym jest dziś to „niepopularne” (jak niszowość ma się do „wysokiego”)?

    Ten manifest przemawaia do mnie o tyle, że jest całkiem radykalnym komunikatem. Pojęcie „kapitalizmu kognitywnego” podoba mi się, jako nowe określenie pewnej hegemonii. Ale ciężko byłoby nie zgodzić się z Twoją krytyką. Tak, czy inaczej, to chyba dobrze, że ktoś próbuje zadać pytanie o zasadność i swoiście „moralny” (nie znajduję innego słowa) wymiar ekonomicznego uwikłania sztuki. Można uznać, że jak radykał wyrzeka się dóbr materialnych, jakich mogłaby mu dostarczyć jego działalność twórcza, to jest idealistycznym odszczepieńcem. Tym bardziej, że taki twórca nie zostanie stworzony na nowo poprzez strategie opisu sztuki, które w mechanizmy owego kognitywnego kapitalizmu całkiem dobrze się wpisują. Nie chodzi o bycie brudnym Diogenesem wystającym z beczki, ale o konsekwentną postawę ideologiczną – pytanie czy taka jest możliwa jest w swej prostocie wciąż bardzo interesujące.

  3. matko dawno większego bełkotu nie czytałem. Widać, że autor nie przeprowadził żadnego namysłu nad sztuką rozumiana jako „doświadczenie”. Polecam Malewicza i Rothko. Zanim będzie się Pan brał za pisanie tekstu o manifeście to niech lepiej przeczyta Baudrillarda i poświęci trochę czasu pracom Duchampa, a także poczyta dla odmiany manifest Żmijewskiego.