Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

14.12.2009
poniedziałek

Kino, piractwo, prawo

14 grudnia 2009, poniedziałek,

Mam poczucie, że dyskusja o ściąganiu/piractwie jest nieco jałowa – trudno wprowadzić do niej jakieś nowe argumenty, przekonujące którąkolwiek ze stron. Równocześnie trudno ignorować fakt, że temat wraca jak bumerang.

Piractwo było jednym z ważnych wątków dyskusji prowadzonej wczoraj przez Alka – rozmawialiśmy o nowych modelach biznesowych, społecznych pożytkach z nieskrępowanej cyrkulacji treści i o pomysłach na rekompensowanie strat twórcom. Trudno się tym jednak podniecać mając świadomość, że kameralny zjazd zgromadził osoby, po których można było spodziewać się myślenia bardziej w kategoriach „społeczeństwo korzysta” niż „twórcy tracą”, w pewnym sensie wszyscy dobrze graliśmy przypisane nam role. A – jak zauważył kiedyś celnie w jednym z komentarzy na tym blogu JD, sprawa opiera się o fundamentalne różnice w podejściu ludzi do kwestii własności jako takiej. Zresztą o tym, że w sporze wokół kopiowania niewiele się zmienia, pisaliśmy z Alkiem niedawno w „Dwutygodniku”. Nie mogę sobie jednak odmówić przytoczenia kilku ciekawych informacji z jak najbardziej tendencyjnego (z zastrzeżeniem, że tendencyjny jest też język producentów i wydawców, który zdominował dyskusję o ściąganiu w mediach głównego nurtu) serwisu TorrentFreak.

Jak się okazuje, pomimo obaw, że sieci p2p zabijają branżę filmową, w roku 2009 północnoamerykański box office ustalił historyczny rekord – wprawdzie pozostało jeszcze kilkanaście dni do końca roku, ale ostateczny wynik ma według szacunków osiągnąć pułap 10,6 miliarda dolarów. Zapewne będzie to argument często podnoszony w dyskusji o piractwie. Jak ma się do sytuacji w Polsce? Trudno powiedzieć, ale z Dominikiem Batorskim pracujemy ostatnio nad sprawdzeniem, na ile dostęp do treści w internecie odbiera „apetyt” na korzystanie z oficjalnego obiegu kultury, także płatnego. Analizując dane z Diagnozy społecznej można wykazać, że tego zainteresowania na pewno nie osłabia, a być może wzmaga.

Na uwagę zasługuje też inna informacja z TorrentFreak – o kampanii prowadzonej przez holenderskie organizacje ochrony praw konsumentów, które ostro sprzeciwiły się zmianom prawnym, mającym na celu penalizację ściągania plików na własny użytek. Przedsięwzięcie jest prowadzone pod hasłem „Czasem kupuję, czasem ściągam, ale nie jestem przestępcą”. Cytowany przez TF Bart Combee, szef organizacji Consumentenbond powiedział, że problem polega na tym, że płatna oferta nie jest w żaden sposób bardziej atrakcyjna od tej pirackiej, wobec czego producenci są w dużej mierze sami sobie winni. Co ciekawe, podobne głosy pojawiły się wg TorrentFreak w brytyjskiej Izbie Lordów, gdzie w trakcie debaty nad Digital Economy Bill również dostało się producentom. Ciekawe, na ile te głosy ukazują jakiś nowy trend w myśleniu o ściąganiu plików z sieci – z wnioskami byłbym ostrożny, bo wszyscy pamiętamy, w jakim kierunku poszła debata we Francji, która jeszcze niedawno wydawała się być w awangardzie pomysłów przyjaznych ściąganiu. Trudno też wyciągać jakieś wnioski z sytuacji serwisów torrentowych. W odpowiedzi na wyrok sądu wszystkie nielegalne torrenty usunęła popularna Mininova, a równocześnie zamykany już kilkakrotnie przez media Pirate Bay nie tylko dalej działa, ale też jak pokazują najnowsze statystyki, wcale nie stracił na popularności.

Co jeszcze? W piątek do amerykańskich kin (u nas tydzień później) trafia Avatar Camerona, film, który ma wypromować technologię 3D. Być może to będzie odpowiedź branży filmowej na oglądanie pirackich filmów w domu, a Avatar dla branży broniącej się przed internetem stanie się tym, czym dla filmu broniącego się przed telewizją były wielkie widowiska historyczne?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Jeśli chodzi o kwestie piractwa, to ostatnio rzuciła mi się w oczy wiadomość, że grupa kanadyjskich artystów wystąpiła przeciw piraceniu ich utworów. Niby nic nowego, jednak owymi piratami okazują się być 4 majorsi – największe wytwórnie muzyczne na świecie. Link do wiadomości: http://www.techdirt.com/articles/20091207/1201017234.shtml

    Tutaj należy postawić pytanie, czy sprzedawanie utworów na składankach CD bez uiszczenia opłat licencyjnych/royalties dla artystów nie jest faktycznie tym, co powinniśmy nazywać piractwem? Szczególnie jak zestawimy to z udostępnianiem za darmo kilku czy kilkunastu piosenek przez osobę prywatną, od której później wytwórnie lub organizacje zbiorowego zarządzania prawami rządają milionowych odszkodowań za straty.

  2. Ups, powinno być ‚żądają’.

  3. Odnośnie ostatniego akapitu. Filmy 3D (choć stereoskopia zasługuje raczej na określenie 2,5D) nie odciągną ludzi od piractwa. Filmy te nadal będą miały wersję 2D. Druga sprawa, pewnie w ciągu najbliższego roku panowie od x264 zapewne zaimplementują Multi-View Codec (http://en.wikipedia.org/wiki/Multiview_Video_Coding) i nie będzie problemu z robieniem blu-ray3D ripów. Sam film na oryginalnym BD nie ma wiele gorszej jakości niż film w cyfrowym kinie, np. dysk twardy z Avatarem dla kin cyfrowych 2K http://img135.imageshack.us/img135/9418/dsc00382r.jpg rozdzielczość 2048×858 czyli tylko 1,8 Megapiksela (oczywiście tutaj każde oko ma swóją oddzielną klatkę). A ponieważ film był kręcony stereoskopowo kamerami FullHD to więc w Imaksie nie będzie wyglądał szczegółowiej, będzie poprostu większy, może ładnie przeskalowany. Więc pytanie: jak wielkim konkurentem dla kin są kina domowe skoro technicznie są na podobnym poziomie? Może czas zabić „premierę kinową”, magię kina na tym samym poziomie można mieć w domu? Za kilka miesięcy 40 calowe telewizory FullHD będą kosztowały poniżej 2000 zł a telewizor od czasu do czasu i tak każdy wymienia. Wracając do zdjęcia dysku twardego… Francuzi zdubbingowali Avatara, okrutny to naród, który filmy dubbinguje.

  4. Sądzę, że kwestia piractwa i tematów pkrewnych została w Polsce przegadana zarówno przez stronę „wolnościową”, jak i formację „zachowawczą”. Oczywiście, jest to umowny podział. Było wiele dyskusji, konferencji i seminariów, a autorzy niniejszego bloga byli jednymi z inicjatorów podjęcia kwestii zmieniających się schematów produkcji, dystrybucji i ochrony praw autorskich. Za to należy się Wam wielki szacunek, choć nie o to się staraliscie 🙂

    Zaproponowano mi niedawno napisanie artykułu do poczytnego portalu o zmianach w odbiorze muzyki w ostatnich dwóch dekadach. W żadnym wypadku nie mogę nazwać się ekspertem w tej kwesti, ale coś tam wiem, coś tam robiłem. Zbierając materiały do tego tekstu (a właściwie porzadkując posiadaną wiedzę i konsultując kilka problemów z róznymi osobami) przekonałem sie o jednym: refleksje formułowane podczas wszystkich tych naukowych i popularno-naukowych gadek o licencjach, modelach biznesowych, demokratyzacji odbioru itd. przebiły się do świadomości uprzednio niezaangażowanych w nie osób w nieco zaskakując sposób. Otóż, okazało się, że kilkoro moich znajomych zna doskonale np. „Kult amatora” (nie posadzałbym akurat tych ludzi o zainteresowanie taką tematyką) i na podstawie tej książki formułują swój sprzeciw wobec pewnych zjawisk krytykowanych zajadle przez pana K. Z kolei pewien znany mi dziennikarz przyznał się, że chciałby napisać tekst afirmatywnie traktujący, jak to nazwał „kulturę torrentowców”. Dodam, że człowiek ten zazwyczaj nie pisze ani o mediach, ani o kulturze, ale coś mu się tam skojarzyło z czymś innym i postanowił połączyć wątki.

    Podsumowując, strzępy informacji o problemach omawianych m.in. na tym blogu, często bywają odczytane pobieżne, lecz wpływają na poglądy odbiorców. Czasem „wolnościowy” dyskurs interpretuje się też a rebours, ale dzieki pewnym uwarunkowaniom takie interpretacje są reprezentowane medialnie i funkcjonują jako „teksty-autorytety”.

    Dorzucę jeszcze jedną kwestię, która ostatecznie odebrała mi wiarę w sens zajmowania się prawem autorskim/dystrybucją/nowatorskimi podejsciami do rynku w kontekscie muzyki publicznie. Znam różnych młodych muzyków, z różnym doświadczeniem i osiągnięciami. Nikt nie chce traktować np. licencji CC inaczej, niż tylko jak pewną ciekawostkę, której można czasem użyć w celach promocyjnych. Nikt nie myśli o „artystycznych klastrach” lub legalności ściągania. O tym można pogadać przy piwie. I nie chodzi o to, że ukonstytuowany wzorzec: „z garażu na stadionowy koncert” jest czymś tak pociągającym. W mojej opinii ważnym problemem jest totalny konformizm treściowy muzyki popularnej jako takiej. Jeśli wyrazem non-konformizmu ma być sceniczne spotkanie trzech wstawionych jazzmanów, którzy w piątkowy wieczór zapragną przedstawić swe „eksperymentalne” improwizacje w Nowym Wspaniałym Świecie lub na Chłodnej (z całym szacunkiem i sympatią dla tych miejsc), to jest nienajlepiej. Gość z laptopem wciskający „play” (czyli w obecnej terminologii „DJ”) albo banda nawalonych jabol-punków w squacie to też żadna alternatywa. Zostanę największym fanem najbardziej naiwnego muzyka, który pokusi się o totalną, rynkowo nieatrakcyjną rozpierduchę artystyczną. Ale niech to nie będzie kolejne ganianie nago po scenie lub wyśpiewywanie „bardzo śmiesznych” zwrotek. Jeżeli ktoś porwał by się z motyką na słońce, wystepując z poważnym projektem, przemyślanym i niekoniecznie bardzo „eksperymentalnym”, to ja, choć niewiele mogę, pomogę mu w każdy dostępny mi sposób.

    Mamy podobno zwrot polityczny w wielu dziedzinach sztuki, mamy intelektualne łamigłówki u (podobno) wrażliwych na społeczne niesprawiedliwości twórców krytycznych. Mamy intelektualnie ambitne analizy popkultury każdego sortu. Znajdują one swe „genderowe” i „post-humanistyczne”, a także „ekologiczne” reinterpretacje. Jednocześnie w muzyce panuje totalna inercja na poziomie tekstualnym. Kontekstowe pisanie straciło wartość, na piedestał wstąpiło coś w rodzaju minimalistycznej erudycji. Mam tu na myśli epatowanie znajomością form i zabawę nimi. Tekst można zreifikować i czytać prawie jak poezję konkretną albo w ogóle traktować tę część twórczego aktu po macoszemu. Bo przecież od wrażliwości na tę calą biedę, nierówności itd. to są ludzie z „Krytyki Politycznej” lub inni, co mają dużo znajomych w „Wyborczej” TV. Bo i z księdzem się dogadają, z lewicową pisarką (która wcześniej nie wiedziała o swojej lewicowosci, ale już wie) i z prawicowym publicystą też. Muzyk, nieważne czy rockowy, czy filharmonik, czy eksperymentujący jazzman interdyscyplinarny z Macbookiem przylepionym do dłoni – on przejął funkcję polskiego inteligenta-frustrata z epoki PRL. Narzeka na finansową posuchę, grać go nie chcą w radiu, bo tam tylko „chałowy pop”, na sztuce to się nie znają i talentu nie cenią. A młodzi nie mogą się „przebić”. Czyli wystapić na Open’erze, gdyż to jest szczyt marzeń.

    Dla kogo i z kim te wszystkie nowe rozwiązania? Muzyka tworzona i opisywana jest bez kontekstu lub przy jego radykalnej banalizacji. Sam musiałem ostatnio walczyć o zachowanie kilku wątków w krótkim artykule do modnego wśród stołecznej młodzież pisma o modnej muzyce. A tekstu nie oceniał cenzor, lecz młody i inteligentny gosć z dużą wiedzą. Choć nie jest to springerowski periodyk o z góry ustalonej „linii poglądowej”, to myślą tam chyba w podobnych kategoriach.

    Przepraszam za długosć tego posta. Nie chciałem, by był to pretensjonalny lament „ostatniego sprawiedliwego”. Ale może ktoś to przeczyta i zechce cos dodać?