Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

31.01.2010
niedziela

Potrzeba diety medialnej, żeby nie pęknąć

31 stycznia 2010, niedziela,

Kontynuując poprzedni wpis:

To, co w gruncie rzeczy przedstawia Stephen Worth, to pewna wizja medialnej diety: warto konsumować treści tworzone przez ludzi obdarzonych talentem, umiejętnościami i kreatywnością.

Najwyższa pora, by zacząć formułować tego rodzaju diety: wskazówki i przepisy, jak nie zwariować w świecie przepełnionym treściami.

Przekrój niedawno ogłosił 77 ważnych wydarzeń w 2010 (ponad jedno na tydzień); Gazeta Wyborcza opublikowała listę 31 filmów, które trzeba zobaczyć (trzy na miesiąc); wczoraj poznaliśmy 200 rzeczy związanych z Chopinem, które wydarzą się w roku 2010. Znając życie, organizatorzy festiwali Sputnik, Era Nowe Horyzonty czy Warszawskiego Festiwalu Filmowego ogłoszą wkrótce, że tegoroczne, jeszcze lepsze niż rok temu, festiwale będą miały o kolejne kilkadziesiąt filmów więcej niż poprzednio. Kultura puchnie, a nasze kalendarze już są pewnie całe wypełnione. A rok się dopiero zaczął.

Pora zacząć wymieniać się wskazówkami, co i w jakich ilościach konsumować. Oto dwa dalsze przykłady:

Momus niedawno zwierzył się, że czasem musi oglądać chłam:

„It seems that I need vulgarity. I’m fascinated by it. The things I disapprove of define me as much as the things I approve of. Sure, I could spend all my internet time reading my digital copy of The Wire, watching the films on („all avant garde, all the time”) ubu.com, or listening to Arte Radio. But, even given the opportunity to be my own curator, my own programmer, I throw in some stuff that’s compellingly appalling, some stuff I love to hate. Otherwise, what would there be to rebel against?”

A Robin Sloan formułuje teorię „flow and stock”, zgodnie z którą każdy twórca musi dziś balansować między stałą produkcją sieciowych efemeraliów – tak by ludzie o nim nie zapomnieli (flow) oraz produkcją, raz na pewien czas, porcji solidnej treści (stack).

„Flow is the feed. It’s the posts and the tweets. It’s the stream of daily and sub-daily updates that remind people that you exist. Stock is the durable stuff. It’s the content you produce that’s as interesting in two months (or two years?) as it is today. It’s what people discover via search. It’s what spreads slowly but surely, building fans over time.”

Odwracając ten pomysł, dieta medialna wielu z nas powinna się składać zarówno z treści bieżących i płytkich, jak i z czegoś konkretnego skonsumowanego raz na pewien czas.

A dieta jako metafora stylu uczestnictwa w kulturze powinna zastąpić koncepcję kanonu – nie ma już jednego kanonu kultury, tak jak nie ma jednej diety dobrej dla wszystkich.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Temat nie jest nowy – choćby Bit Literacy http://bitliteracy.com/ .

  2. Ostatnie dwa posty dobrze się uzupełniają, więc odniosę się tu do obydwu naraz. Zgadzam się z ?dietetycznym? podejściem, choć mam wrażenie, że całe ?2.0? jest już jego paradoksalną wersją. Spójrzmy choćby na blogi. Zwłaszcza te stanowiące emanacje gustu i przemożnej chęci udowodnienia swojej erudycji przez autorów. Punktowanie arbitralnie określanej jakości płyt, książek, internetowych tworów itp. jest przecież rekomendacją uprawomocnioną statusem ?autora?. Swoją drogą, kiedyś oburzano się, gdy jakiś bufoniasty gazetowy krytyk przyznał tylko trzy, a nie cztery gwiazdki, ale dziś autorzy ówczesnego oburzenia posługują się nawet ułamkami, gdy zamieszczają na swych blogach recenzje i trwają w przekonaniu, że przyznanie ?8.3?, a nie ?8.4? da się przekonująco uzasadnić, a ewentualny niedowiarek to po prostu uwsteczniony ignorant? Wszechobecne tagi, przymus okraszania treści internetowych tysiącami linków (nie tylko o pozycjonowanie tu przecież chodzi, link ma potwierdzać ?doniosłość?/ ?aktualność? postu tak, jak dziesiątki rozlazłych przypisów w naukowych tekstach mają dodać im estymy), rodzaj informacji o sobie zamieszczanych w serwisach społecznościowych – to jest jedna wielka meta-rekomendacja. Jej ?innowacyjność? 😉 polega tylko na rozproszeniu: zamiast wyraźnych wzorów do naśladowania mamy pudełko klocków, z których budujemy, co chcemy. Zostało to już powiedziane setki razy, również w odniesieniu do dekonstrukcji ?kanonu?, ale wciąż skłania do nowych refleksji, jak widać

    A propos przewodników w sferze tzw. dziedzictwa: (niezależnie od tego, co w danej chwili za takowe uznajemy) kim mieliby oni być? Myślę, że nie chodzi o weterana wojennego wrzucającego przez Blackberry na Twittera newsy o planowanych inscenizacjach bitew z udziałem kombatantów i młodzieży? Z drugiej strony nie sądzę, żeby możliwe było zachowanie eksperckiego lub nawet znośnie zachowawczego, koneserskiego podejścia do opowiadania o nieszczęsnym dziedzictwie, jeśli ?modernizacja? jego prezentacji polega głównie na uproszczeniach i technicznych nowinkach. Podkreślam, że nie odnoszę się tu tylko do takiego dziedzictwa, jakie ministerstwo ma w nazwie, zresztą osobiście z tą wersją ?historycznego spadku? nie czuję żadnej więzi. Ale nie rozumiem, dlaczego upamiętnianie codzienności, czy popkultury niemal zawsze musi mieć charakter ironiczny lub wręcz komediowy, a nadto obudowany technicznym ?wow?. Abstrahując od kwestii zapamiętywania przyjemności przez ludzi, można się zastanowić, czy symbolem hipotetycznego muzeum polskiej kultury popularnej, musiałby być Kabaret Starszych Panów, PRL-owskie diwy, Jarocin (obowiązkowo z dorabianą mu obecnie martyrologiczną, upolitycznioną legendą głoszoną przez bohaterów tamtej zawsze, rzecz jasna, zorganizowanej ?walki o wolność?) itd. Czy ideologiczna wizja historii to jedyne kryterium wyboru? Sądzę, że nie i patrzę na strategie prezentacji jako na w dużej mierze autonomiczne praktyki. Stykam się z takim ich, zupełnie uczciwym, stosowaniem.

    A muzyka sprzed ery maksymalizacji dostępu (czyli postępującej od lat 50. industrializacji fonografii) zawsze wydawała mi się grząskim terenem dla specyfiki dzisiejszych analiz. Wędrownych bluesmanów nagrywano za ich życia czasem tylko raz, często na potrzeby etnograficznych badań, bez wielkiej wrażliwości na wymowę utworów. Jeśli coś zarejestrowano na prymitywnym sprzęcie, potem odświeżono, by po śmierci autorów sprzedawać na składankach osiągających milionowe nakłady, a teraz w ramach ?demokratycznego dzielenia? to coś ląduje na YouTube lub zostaje poszatkowane w ramach różnych eklektycznych projektów, nawet w imię słusznej ochrony dziedzictwa, to czy dychotomia ?dawność? – ?współczesność? jest tu właściwym podziałem? Zmienia się nośnik i interpretacje, ale właściwy wytwór nie. Chyba, że ktoś o perwersyjnym audiofilskim skrzywieniu będzie mędrkował na temat zbrodni na utworze dokonanej przez technologiczną ewolucję i wciskał w swoje narzekanie rozmaite ?globalizacje? i ?kapitalizmy?, które w istocie sam karmi swoim elitaryzmem. Krytyka tego typu i tak nie uświadomi ludziom, że wszędzie słyszą tak samo.

    ?Dieta? odbiorcza przydałaby się wszystkim, na każdym poziomie ich obcowania z treściami jakiegokolwiek typu. Ale nie widzę różnicy między programowym formułowaniem wskazówek, sugestii i rekomendacji a kanonem. Raczej określiłbym to jako uelastycznienie myślenia o kanonie jako takim. W każdym razie, optuję za indywidualnymi ?dietami?, bez konsultowania ich założeń z wykwalifikowanymi ?dietetykami?, a przynajmniej z zachowaniem pragmatycznego podejścia do ich cudownych rad.

  3. polecam videcast Howarda Rheingolda (autora „Smart Mob”) na temat tego, jak właściwie radzić sobie z zjawiskiem „information overload” http://blip.tv/file/2792135 Miłego oglądania