Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

18.03.2010
czwartek

e-pisanie, e-czytanie

18 marca 2010, czwartek,

Medioznawcy spierają się, czy młodzi ludzie są jeszcze w stanie pisać wywody dłuższe, niż akapit. W tym samym czasie bibliotekarze mają kłopot, co zrobić z laptopem Salmana Rushdie.

Wspomniany spór to komentarz Henry’ego Jenkinsa do wypowiedzi Sherry Turkle ze słynnego już filmu PBS Digital Nation (który jest zresztą doskonałym przykładem, jak łączyć treści telewizyjne z serwisem internetowym – strona projektu jest imponująca). W filmie Turkle, odwołując się do doświadczenia 30 lat pracy akademickiej, narzeka, mówiąc: „Każdy wykładowca, który patrzy dziś na studentów wie, że jest tam poczta elektroniczna, Facebook, googlowanie siebie, googlowanie ich, googlowanie sąsiadów – to wszystko dzieje się w klasie.” Nie jest tym zachwycona, bo „są pewne rzeczy, których nie da się przemyśleć w połączeniu z 15 innymi”. W filmie pokazani są też studenci MIT, którzy opowiadają, że pisząc prace zaliczeniowe mają kłopot z prowadzeniem wywodu dłuższego niż akapit – to efekt przerw na zasadzie „ok, napisałem już trochę, teraz zajrzę na Facebooka”. W efekcie powstają mozaikowe prace, w których sporo jest dobrych fragmentów, ale które nie łączą się ze sobą w logiczny sposób.

Na te sceny i wypowiedź Turkle ostro reaguje Jenkins, który pracował na MIT, gdzie wykłada Turkle, przez 14 lat i ma zupełnie inną ocenę sytuacji. Osobiście mam wrażenie, że tradycyjnie broniąc użytkowników nowych technologii, tym razem wylewa dziecko z kąpielą – bo odpowiedź na pytanie, czy media cyfrowe bardziej pomagają, czy silniej rozpraszają podczas nauki, nie jest aż tak oczywista. Przede wszystkim chyba jednak warto chyba śledzić te zmiany, o których kiedyś tak przekonująco pisał Nicholas Carr. Dominacja struktury hipertekstu na pewno zmienia sposób, w jaki myślimy. Także wzrost dostępności treści sprawia, że czytamy (przeglądamy?) inaczej. Piszemy także.

Ciekawym rewersem historii o uczeniu się i pisaniu w dobie mediów cyfrowych (a może po prostu zupełnie inną historią, która nie łączy się logicznie z poprzednią – tak, zrobiłem sobie przerwę na Facebooka) jest dylemat, przed jakim stanęli ostatnio bibliotekarze z Uniwersytetu Emory w Atlancie. Swoje archiwum ofiarował im Salman Rushdie – pisarz nie przekazał jednak wyłącznie stosu maszynopisów i notatek, ale też cztery komputery (w tym jeden uszkodzony przez zalanie Colą), łącznie 18GB danych. To kapitalne zasoby dla badaczy, ale też kłopot dla biblioteki – bo jak głęboko powinna odsłonić dla czytelników proces tworzenia? Jasne, że warto zachować i udostępnić pliki tekstowe, ale przecież można dotrzeć dalej, zerkając np. do historii przeglądarki internetowej i zestawiając odwiedzane strony z edycjami tekstu dokonywanymi w tym samym czasie. To z jednej strony fascynujące, z drugiej – wszelkie repozytoria „dziedzictwa” mają chyba kolejny problem do rozwiązania. Więcej przeczytacie tutaj.

A na koniec – żeby nie wpakować się w kategorię „tldr” – zainteresowanych tematyką „okołoksiążkową” odsyłam do mini-debaty, jaka miała miejsce na łamach i blogu „NY Timesa”. Jej temat brzmi: „Czy biblioteki szkolne potrzebują księżek?” Wszyscy poproszeni o wypowiedź eksperci twierdzą, że tak – ale znaczący jest już sam fakt stawiania jak najbardziej serio takich pytań. Tego typu dyskusje będą pojawiać się coraz częściej – bo dotykają sedna medialnych przemian, które musimy stopniowo oswajać.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Dziękuje za link do Digital Nation. Nie znałam wcześniej tego projektu, a prezentowane tam filmy dają dużo do myślenia, zwłaszcza te zahaczające o modny multitasking czy efekt Avatara.
    Odpowiedź na rozważania czy media dezorganizują proces przyswajania treści przez dzieci/młodzież zależy oczywiście od punktu widzenia. Jeśli wychodzimy od tradycyjnego podejścia do nauczania (cisza, organizacja treści, koncentracja) to oczywiście, że media wybijają nas z rytmu (jak każdy dystraktor) i wtedy łatwo zarzucić im destrukcyjny wpływ na naukę. Ja skłaniam się bardziej w kierunku drugiego stanowiska, potwierdzając to co napisałeś w kontekście hipertekstu: a mianowicie styl patrzenia, odbierania rzeczywistości pod wpływem częstości i intensywności korzystania z mediów cyfrowych zmienił się. Młodzież/dzieci postrzegają wielowątkowo, mają dużo większą umiejętność i szybkość w przechodzeniu z jednego zadania w drugie, z jednego wątku w drugi (pokazują to m.in. badania nad grami komputerowymi – art. The effects of video game playing on attention, memory, and executive control; Walter R. Boot, Arthur F. Kramer, Daniel J. Simons, Monica Fabiani, Gabriele Gratton, 2008). Jednym słowem multitasking nie jest im obcy. Co wcale nie przemawia na korzyść, ponieważ multitasking dla naszego mózgu jest energetycznie bardziej pochłaniający niż nam się wydaje. Chcąc oszczędzać czas, często paradoksalnie go marnujemy w myśl idei wielozadaniowości.
    Zmienił się zarówno sposób jak i jakość patrzenia, co doskonale potwierdza kontakt z dzieciakami, które np. analogowe fotografie nazywają brudnymi. W tym kontekście media stają się sprzymierzeńcem zmienionych adaptacyjne funkcji poznawczych czyli myślenia, postrzegania itd. Największą edukacyjną zagadką jeśli chodzi o rolę mediów w uczeniu jest chyba odpowiedź na pytanie jak używając mediów nie podnosić progu „nietolerancji na nudę” wśród młodych ludzi…

  2. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy studenci po napisaniu jednego akapitu zawsze robią przerwę i budują przez to mozaikowe prace. Stwierdzić mogę na pewno, a prowadzę zajęcia w pracowni komputerowej, że non stop wykonują różniste internetowe czynności. Pisać jednak wciąż potrafią i w pewnym sensie ich do tego zmuszam, bo zasilają od niedawna „Edukatora Medialnego”.

    Drobnym rozwiązaniem problemu roztrzepania – jak nazwaliby to pewnie konserwatywnie nastawieni akademicy i wielozadaniowości (czy jak tam jeszcze) jak określają to badacze sieci jest moim zdaniem zachęcanie młodych do współpracy. Wystarczyło studentów zachęcić do wspólnego pisania przez „google dokumenty” i jakość pracy się podniosła, zwiększyło się też skoncentrowanie na zadaniu. I wielu studentów, po odkryciu biurowej usługi google traktuje ją nie tylko jako narzędzie pisania tekstu, ale synchroniczną platformę komunikacyjną pomocną w pracy nad projektami. Odkrywanie przez nich podczas poznawania narzędzia, że można jednocześnie mieć coś a’la gg i przygotowywać projekt, tekst zaliczeniowy, wywołuje u mnie zawsze uśmiech.

    Zamiast narzekać na facebooka i inne sieciowe kanały, chociaż jestem zdania, że tworzone są nie z myślą o użytkownikach, ale słupkach statystyk twórców, to warto próbować podawać młodym ludziom rozwiązania bazujące na wytworach z „ich świata”.

    Moglibyśmy wrócić do kałamaża i pióra, do kaligrafii i czytania przy świeczce. Ale co udałoby się wówczas osiągnąć poza poglądową lekcją historii?

  3. Jasne, że świat się zmienił i pomijając już oceny takich działań, nie ma sensu z tym walczyć (za to ich obserwowanie jest fascynujące). Niektóre wątki są dla mnie jednoznacznie pozytywne – jak to, o czym piszesz, Grzesiek, czyli projekty na google docs, bez których sam nie bardzo już sobie wyobrażam pracę. Ale z drugiej strony czasem wydaje mi się, że przez medialne ADHD coś tracimy – pewnie właśnie ze względu na próg „nietolerancji na nudę”, o której wspomniała Jola. Sam zastanawiam się, jak będzie np. z upowszechnieniem ebooków – jeśli będę mieć pod palcami nie jedną, a kilkaset pozycji, czy będę je w stanie jeszcze zwyczajnie w całości czytać? Z drugiej strony pewnie kartkowanie i czytanie fragmentów już od dawna jest, także w kręgach akademickich, praktyką tyleż wstydliwą, co popularną (o czym świetnie pisze Bayard) i może nie ma co bronić jakiegoś sztucznego modelu lektury.
    Ciekaw jestem za to, czy realne jest stworzenie jakiegoś nowego zestawu wskaźników, opisujących „uczestnictwo w kulturze” – czyli coś, co kiedyś mierzono liczbą czytanych książek, wizyt w teatrze, itp.

  4. Np. dla portali istotna jest liczba „klików” 😉 To śmieszne, ale i poważne zarazem, bo od uwagi użytkowników (rzadko słyszę by ludzie z branży nazywali ich czytelnikami) zależy, co im się zaproponuje w kolejnym rzucie. Skomplikowane to, samonapędzające, może i niebezpieczne, bo tolerancja na nudę coraz mniejsza. Pozytywne jest to, że świadomość sytuacji nie pozwala na proste wnioskowanie według starych schematów – Jaś z IIb wypożyczył 30 książek, a Szymon na piątym roku studiów nie był nawet w bibliotece (przykład prawdziwy).

    Porównywanie ilościowe traci sens. I chociaż „kliki” liczą się dla wszystkich, którzy publikują w sieci, to również nie można na ich podstawie, poza profilem zainteresowań i powierzchowną częstotliwością „uczestnictwa w kulturze”, wyczytać, jaką wartość ma człowiek. Chodzi nie tylko o rozpłynięcie się aktywności w ogromnych liczbach – wypożyczanie książek dawało jakieś informacje nauczycielom, statystyki niewiele powiedzą – ale i nieprzekładalność liczb na jakość. Bo częściej i łatwiej możemy przeglądać treść, kartkować w sieci, niż głęboko analizować zawartość pojedynczej pozycji. Ale zaczynam się gubić, to temat na dłuższą wypowiedź i zdecydowanie bardziej poukładaną.