Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

12.07.2010
poniedziałek

Darmowe komputery przeszkadzają w nauce

12 lipca 2010, poniedziałek,

„NY Times” publikuje ostatnio konsekwentnie teksty, które wskazują na te mniej pozytywne aspekty korzystania z mediów cyfrowych – po słynnym już artykule o multitaskingu, przyszedł czas na komputery w edukacji i tekst o wiele mówiącym tytule „Computers at Home: Educational Hope vs. Teenage Reality”.

To kolejna historia o komputerze, który miał być „Wielkim Wyrównywaczem Szans”, a dla młodych ludzi o niskim kapitale kulturowym jest raczej „Wielkim Pochłaniaczem Czasu, Który Można By Wykorzystać Lepiej”. Tekst przedstawia dwa projekty badawcze, które pokazują, że komputery mogą edukacji nastolatków nie tylko nie przynieść korzyści, ale wręcz szkody.

Pierwszym projektem jest badanie Ofera Malamuda, ekonomisty z University of Chicago, który przeanalizował postępy w szkole młodych Rumunów, którzy otrzymali komputery w ramach programu rządowego. Jak się okazuje, z wyjątkiem dość oczywistego rozwoju umiejętności obsługi komputera, darmowy sprzęt przyniósł edukacyjne straty – pogorszenie się ocen. Rumuńskie nastolatki z badania Malamuda przede wszystkim grają. Drugi opisywany przypadek to Badanie naukowców z Duke University, przeprowadzone na nastolatkach w USA. Dało podobne wyniki – na plusie rozwój kompetencji obsługi komputera, na minusie – w wypadku biedniejszych rodzin pogorszenie się wyników w nauce. Nie ma samodzielnego uczenia się – jeśli komputer jest impulsem do jakichś nowych aktywności, to przede wszystkim rozrywkowych, nie edukacyjnych.

To wszystko nie napawa optymizmem, także w kontekście debaty o edukacji medialnej – bo w świetle takich historii jak powyższe można spodziewać się, że kompetencje korzystania z mediów niektórzy i tak wyniosą z („dobrego”) domu, a inni (ci z domów „gorszych”) nie nauczą się ich nawet w szkole. Problemem jest więc raczej niwelowanie w szkole różnic klasowych, a nie to, czy MEN wprowadzi do programu taki czy inny przedmiot.

Oczywiście niewiele tu nowego – w podobnym duchu pisałem już tutaj wiele razy (choćby tu i tu). Wydaje mi się jednak, że skoro w debacie politycznej, ale też i projektach organizacji pozarządowych wciąż powracają populistyczne argumenty o rozdawaniu sprzętu, warto do takich tematów wracać i przekłuwać balony pomysłów, którym teoretycznie trudno nie przyklasnąć. Ja nie klaszczę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Znam to po sobie. Z tym, że u mnie zabawa z komputerem przerodziła się w pasję i zainteresowania na studia.
    Ciekawe, jak to wygląda w mniej rozwiniętych krajach, gdzie np. działa akcja OLPC. Pewnie podobnie…

  2. Tytuł pasuje do treści, ale pod kontrowersyjnym warunkiem, że „naukę” utożsamimy z tym, co w Rumunii (dość podobnie jak w Polsce) mierzą stopnie szkolne (błędnie zwane ocenami) i że za rzetelny miernik jakości uczenia się (nie uczenia się szkolnego, tylko uczenia się) młodych ludzi uznamy średnią owych stopni szkolnych.
    Ponieważ jednakowoż w ciągu ostatnich lat szkoła, obmyślona w XIX wieku, zaczyna wręcz galopować wstecz w stosunku do potrzeb jej otoczenia (przepraszam, ramy komentarza nie pozwalają na uzasadnienie, jednak dzieje się tak w wielu płaszczyznach jednocześnie i nie myślę koniecznie o tzw. technologiach informacyjnych), ponieważ zatem szkoła coraz więcej przynosi młodemu pokoleniu szkód, a coraz mniej zysków, zatem nie wydaje się jednoznaczne wyrokowanie o „szkodliwości komputerów” na podstawie obniżenia stopni szkolnych.
    To będzie oczywiście tylko przykład akademicki (ale pokaże, dlaczego coraz mniej lubię wysokie stopnie szkolne): potrafię sobie wyobrazić młodego Rumuna, który dzięki darmowemu komputerowi dowiaduje się z Internetu, iż dzisiejsza, przesycona instrukcjonalizmem, szkoła kształtuje u niego zbędne i nawet szkodliwe umiejętności i nawyki, których nie zdoła się on pozbyć w późniejszym wieku. W efekcie Rumun ów minimalizuje szkodliwe oddziaływanie szkoły na jego mózg poprzez minimalizowanie uczenia się faktów i powtarzalnych algorytmów. Stopnie szkolne – spadają. Zysk – bez ceny.
    Intuicyjnie jest oczywiste, że rozdawanie samych tylko komputerów wydaje się, hmmm, intelektualnie niekompletne. Formalnie tu Panu klaszczę, jednakowoż jedną tylko ręką, bo z moich całkiem mało powierzchownych obserwacji praktycznych wynikają nader smutne wnioski, iż w naszej praktyce – dając uczniowi komputer lepiej do niego… nie dołączać nauczyciela. Uzasadnienie i rozwinięcie – niebawem, na innych łamach.
    Pozdrawiam.

  3. Przyznaję, że niewiele wiem o rumuńskim systemie edukacyjnym, ale chodziło mi przede wszystkim o to, że choć nauczyciele i szkoła „w ogóle” często pełnią rolę „hamulcowych”, to jednak nie jest chyba tak, że najlepsze efekty da posadzenie młodych ludzi przed ekranami i niech sami pracują na swój rozwój. Oczywiście zgadzam się, że szkoła jest archaiczna (i to pewnie często na poziomie praktyki jeszcze bardziej, niż na poziomie dokumentów MEN) i nowe technologie dają młodym narzędzia do omijania jej struktur, tyle tylko, że jedni omijają je żeby się uczyć „poza szkołą”, a inni żeby uskuteczniać komputerowe odpowiedniki siedzenia na ławce z piwem. I o ile o tych pierwszych chyba nie trzeba się specjalnie martwić, bo sobie poradzą i bez instytucjonalnego wsparcia, to z tymi drugimi jest już gorzej.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czytając ten artykuł, a także inne o podobnym charakterze przychodzi mi na myśl pewne opowiadanie science-fiction, które czytałam dawno temu. Szczegółów nie pomnę, ale chodziło mniej więcej o to, że w mocno technicznym i zrobotyzowanym społeczeństwie, gdzieś daleko w przyszłości, ludzie nie wykonywali najprostszych operacji pamięciowych, bo mieli od tego maszyny. I trafił się gdzieś kiedyś gość, który potrafił wykonywać w pamięci proste mnożenie. Efekt? Pokazywano go sobie jako wielkie dziwadło i może nawet karierę jakąś zrobił a la Nikoś Dyzma. Do czego zmierzam? Otóż do tego, że komputery bez odpowiedniej edukacji, która towarzyszy ich wykorzystywaniu sprawiają, że dzieciaki (młodzież) głupieją. Przestają myśleć. I to jest według mnie największy problem. Komuś się wydaje, że załata lukę cyfrową oferując szkołom komputery, ale moim zdaniem problem leży zupełnie gdzie indziej. Nie buduje się kapitału kulturowego. Komputer powinien być oprócz, a nie zamiast.
    A może to naturalna kolej rzeczy? Może po prostu powstaje nowy podział społeczny, coś na kształt netokracji i konsumariatu?

  6. @ Anetta – komputery w żadnym razie nie przyczyniają się do ogłupienia młodzieży. Gdyby tak było, miliony młodych ludzi, którzy po godzinach szkoły rozwijają swoje pasje, fascynowałoby się tylko pornografią i filmikami ośmieszającymi kolegów z klasy. Zbytnio upraszczasz.

    @ Mirek – zgadzam się, że samo rozdawanie sprzętu niczego nie zmienia. Zwłaszcza, że ci o niższym kapitale kulturowym w pierwszej kolejności zajmą się wypełnianiem… luki rozrywki, jaka ich do tej pory omijała, kiedy nie mieli komputerów i dostępu do sieci. Nic w tym dziwnego, młodzi ludzie są młodymi ludźmi. Wczoraj, spędzając niedzielę na wsi, dokładnie to zaobserwowałem. Osiemnastolatek, który nie posiada komputera i jedyny kontakt z nim miał w szkole (trudno uwierzyć?), poprosił mnie o skorzystanie z netbuka, bo chciał w sieci sprawdzić informacje na nk o poznanych na plaży rówieśnikach. Swoją drogą interesujące, że ktoś bez komputera i dużych umiejętności obsługi funkcjonuje jak rówieśnicy „podłączeni”.

    A Rumunia może dlatego rozdaje komputery (tekstu, do którego linkujesz nie czytałem), ponieważ chce się wykazać sukcesem informatyzacji i postępem edukacyjnym. Tak jak u nas wyposażano pracownie, nie myśląc o kompleksowej zmianie systemu edukacji (pomijam reformę ’99) i edukowaniu do i z mediami. Może wcale nie trzeba nam edukacji medialnej, a wprowadzeniu mediów na wszystkie lekcje i rozpoczęcia sieciowej, nastawionej na grupowy, nie tylko indywidualny sukces, edukacji. Na pewno dałoby to większe możliwości niwelowania klasowych różnic, niż odpytywanie ze znajomości lektury, ale tu już przesadnie upraszczam. Edukacja medialna powinna się pojawić jako obowiązkowy przedmiot na nauczycielskich studiach, łącznie z kilkoma jeszcze spoza biednej oferty pedagogiczno-psychologicznej dla przyszłych nauczycieli.

    Im częściej o tym myślę, tym częściej czuję się jak Don Kichot…

  7. W zasadzie wszystko rozbija się o inne – pozakomputerowe – kapitały posiadane przez jednostkę. Komputer to tylko narzędzie do ich mnożenia. Ale jeśli kapitał nie jest wielki to i niewiele da się wymnożyć.

    Niedawno w tym duchu na swoim blogu zastanawiałem się, czy gry komputerowe również mogą stanowić płaszczyznę powielania i umacniania się podziałów społecznych. Zapraszam: http://wojtekwalczak.wordpress.com/2010/06/22/gracz-graczowi-nierowny-rzecz-o-rozwarstwieniu-spolecznym/

  8. Ja ALARM na ten temat podniosłem już w 2005 roku. Był to wynik badań i doświadczeń pracy z moimi uczniami z dzielnicy Dolne Miasto w Gdańsku. Tylko, że w środowisku edukacyjnym i w pokoju nauczycielskim jestem ciągle odbierany jak szkodliwy dziwak.
    A tendencja nasilania syndromu e-bawidełek w Internecie nasila się z roku na rok. Zapytajcie samych młodych ile czasu spędzają we NECIE i na co ten czas poświęcają. Oni się z tym wcale nie kryją, że to tylko imprezowanie konsumpcja… W praktyce to realnie gwóźdź do trumny osobistego rozwoju osobowego.
    Władze edukacyjne w Polsce wolą tego nie dostrzegać. Współrozumienie znajduję tylko u partnerów zagranicznych na realnych i wirtualnych konferencjach i seminariach: Kongres w Wels (Austria – kwiecień 2007), Design the Future (październik 2009)… W Polsce mi się to nie zdarzyło ani razu. RATUNKU! – co się dzieje?

  9. @ GDS – […]komputery w żadnym razie nie przyczyniają się do ogłupienia młodzieży. Gdyby tak było […]

    To fajnie, że tak myślisz, ale to jest tylko Twoja śmiała hipoteza, której praktyka pracy z dziećmi i młodzieżą tu i teraz zaprzecza. Owszem – mam przyjemność pracy z wyjątkowymi dziećmi i wyjątkową młodzieżą, których problem nie dotyczy, ale są WYJĄTKAMI!!!.
    Twoja teza to śmiałe CHCIEJSTWO i chowanie głowy w piasek. Spróbuj z młodzieżą popracować przez rok i przyjrzyj im się uważnie z bliska. Tylko musisz zdobyć ich zaufanie, aby nie mydlili Ci oczu… Czasami się boją, że ktoś im może odebrać tą zabaweczkę… Wtedy umieją być niebezpieczni w swoich reakcjach…

  10. Nie czuję się upoważniony do podważania słuszności tez Autora i niektórych powyższych wypowiedzi, po części ze względu na to, iż choć mam b.dużo do czynienia z młodzieżą, to jednak jest to w moim przypadku wyselekcjonowany fragment górnej warstwy populacji…

    Niemniej jednak pragnę zwrócić uwagę na pewną jednostronność argumentacji – jak zresztą wszystkich argumentacji tez, pretendujących do ogólnego opisu całego przekroju społecznego.

    Otóż nie ma czegoś takiego jak „młodzież w ogóle”, a już zwłaszcza „młodzież w USA, Rumunii, Polsce i wszędzie”, a o takiej mówi Autor. Dodatkowo „polska młodzież” też jest bardzo różna.

    I śmiem twierdzić, że jeśli wskutek wykpiwanego rozdawnictwa komputerów (zwłaszcza w „modelu niepołomickim”) jakaś część młodzieży przeniesie się spod budek z piwem i z ławek w parku z nieśmiertelnym „jabolem” do domów lub nawet kafejek internetowych, zmieniając rodzaj ulubionej rozrywki z realnej na wirtualną „nawalankę”, to już samo to będzie wystarczającym pozytywem.

    Z czego nie wynika oczywiście, że samo rozdawnictwo załatwia sprawę…

    witrak()

  11. Mam świadomość, że to jest bardzo trudny temat – negowanie dobroczynnego wpływu komputera automatycznie ustawia mnie blisko osób, które uważają nowe technologie za niebezpieczne bzdury, a takie myślenie jest mi więcej niż obce obce. Chodzi mi raczej o podkreślenie, że internet to często narzędzie wpisujące się w prawidłowość „rich get richer”. Jasne, że część siedzących na ławce z jabolami przeniesie się z tych ławek za pośrednictwem komputera w inne miejsca, także w inne miejsca na drabinie społecznej, ale pewnie jakaś część przeniosłaby się tam i kilkanaście lat temu, odkrywając np. dzięki dobremu nauczycielowi bibliotekę. Dlatego więc – nawet świadomie upraszczając, generalizując i przerysowując – uważam, że komputery to coraz częściej temat zastępczy, odwracający naszą uwagę od innych problemów polskiej szkoły (tak, znów generalizacja).

    Jestem jednak przekonany, że bez zmiany modelu nauczania, z komputerami czy bez, wiele się nie zmieni – choć tu nie jestem optymistą, bo choć wiem, że są nauczyciele „partyzanci”, którzy zmieniają na własną rękę, to nie brakuje i nauczycieli, którzy praktykę omijania czasem niegłupich sugestii z nowych ministerialnych podstaw programowych opanowali do perfekcji. A taka zmiana filozofii systemu edukacyjnego to chyba warunek, żeby komputery miały głębszy sens w szkole. Równocześnie coraz bardziej jestem przekonany, że choć to co dzieje się w internecie jeszcze bardziej obnaża skostnienie polskiej szkoły, to taka zmiana bez komputerów mogłaby się obyć. Tyle że prościej obiecywać laptopy uczniom, niż ruszyć tematy, które wiele środowisk mogłoby wkurzyć.

  12. Z dobrodziejstwa komputerów należy umieć korzystać – jeśli mają służyc np. propagowaniu przemocy w grach komputerowych – to jestem tym zdegustowany. Komputery mają pomagać poznawać swiat (podobno)