Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

1.09.2010
środa

K vs K, część 2., czyli jeszcze o napięciach

1 września 2010, środa,

W swoim wpisie Alek wywołał dwa problemy – napięć między teorią i praktyką, ale też fantazji o rozwiązywaniu problemów społecznych poprzez świadomych projektantów. Zacznę od drugiego.

Wg Alka działanie krytyczne ma być konstruktywną odpowiedzią na krytykę opartą na dekonstrukcji. Niestety, sam po dekonstrukcji nie wygląda już zbyt dobrze. Sprawa nie jest nowa – mnie kojarzy się przede wszystkim ze sporem Bakunina z Marksem, ale pewnie można znaleźć i starsze analogie. W skrócie: przywoływany projekt „H Design” wpisuje się w marzenia intelektualistów, by pomagać biednym. Choć intencje są szlachetne, na efekty można patrzeć różnie – krytykę takich działań jako „nowego imperializmu” przeprowadził w lipcu Bruce Nussbaum, wywołując w sieci prawdziwą burzę (linki do tekstu i odpowiedzi znajdziecie tutaj). To prowadzi nas do problemu nr 1 – o którym też pisał Alek. Otóż zawsze znajdzie się ktoś, kto ustawi się jeszcze bardziej na lewo i stwierdzi, że konkretne działanie nie ma charakteru emancypacyjnego, lecz jest pułapką zastawioną przez przewrotny kapitalizm, który wciska nam naiwnym wolnościowy kit. Humanitarne przedsięwzięcie okazuje się przynosić więcej szkody, niż pożytku.

Na tej samej zasadzie działa rozwijająca się niezbyt prężnie – tu trudno nie zgodzić się z żalem Lovinka – krytyka wolnej kultury. Z jej perspektywy Open Source, choć bije w interesy producentów oprogramowania, w rzeczywistości wysługuje się sprzętowcom (darmowy software stymuluje popyt). Creative Commons próbuje okiełznać wywrotową energię prze-twórców i skierować ją na legalistyczne tory, przy okazji dbając o to, by darmowy dostęp czy możliwość remiksu stanowiły przede wszystkim reklamę wersji oryginalnej i komercyjnej. Takie idee produkują przede wszystkim (jasne, upraszczam) Holendrzy (wspomniany przez Alka Lovink jest tu postacią ikoniczną) oraz Włosi, a dokładniej czerpiący z tradycji Autonomia Operaia intelektualni spadkobiercy Negriego i Lazzarato (m.in. Terranova czy Pasquinelli). Obiektem ataku są najczęściej autorzy amerykańscy (np. Jenkins), krytykowani za współpracę z korporacjami i budowanie romantycznych wizji nowego medialnego porządku. I oczywiście na jakimś poziomie ja się z nimi wszystkimi zgadzam – nowe media zawsze były średnioklasową fantazją, w której dziwnym trafem te „właściwe” użycia środków przekazu były tymi, na które mogą sobie pozwolić ludzie dysponujący wiedzą, pieniędzmi i wolnym czasem. Problem w tym, że taka krytyka w pewnym momencie podkopuje wszystkie działania wykraczające poza ekstremalne, ale też i ekstremalnie niszowe przedsięwzięcia artystyczne (które zresztą też zazwyczaj wymagają – i to zarówno po stronie artysty, jak i publiczności – określonych kompetencji i wolnego czasu, czasem też pieniędzy). Czy więc warto stawiać na działania niszowe, albo – bojąc się niejednoznacznego uwikłania – nie robić nic?

Osobiście mam tu problem z pogodzeniem teorii z praktyką – to, co najciekawsze intelektualnie, nie bardzo daje się przełożyć na konkretne działania. Z drugiej strony to one wydają mi się szalenie ekscytujące – czego dobrym przykładem był MediaLab Chrzelice, o którym wciąż nie udało nam się tutaj niczego napisać, ale który przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania większości uczestników, a moje na pewno (kiedy pojawią się jakieś post-medialabowe materiały, na pewno je tutaj podlinkujemy). Tę ambiwalencję dobrze ilustruje inny medialabowy „kejs” – Kitchen Budapest, który utrzymywany jest przez wielki telekom i który za te pieniądze częściej niż innowacyjno-użyteczne robi rzeczy szalone i niezwykłe. Podczas warszawskiej prezentacji KiBu, członek medialabu był atakowany za „wysługiwanie się kapitalistom”. Ale czy takie działania można finansować w jakikolwiek inny sposób, czy skala nakładów i dziwaczności działań są do przełknięcia np. dla urzędników państwowych? Nie sądzę. Dlatego cieszę się, że takie działania mają miejsce. Na pytanie kto kogo wykorzystuje każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wydaje mi się jednak, że każda zero-jedynkowa odpowiedź będzie uproszczeniem. Jak kiedyś napisał Matthew Fuller (zdecydowanie po stronie Lovinka), przestrzeń mediów to kaskada pasożytów. Fajnie pisze o tym choćby Mirko Schafer, próbujący znaleźć jakiś kompromis pomiędzy skrajnymi stanowiskami. Chyba więc jesteśmy skazani na konstrukcyjno-dekonstrukcyjną huśtawkę – równowaga nie wydaje mi się możliwa do osiągnięcia.

A na koniec jeszcze o edukacji medialnej, o której wspomniał Alek – i która też nie jest odporna na krytykę w rodzaju „chcemy, żeby wszyscy korzystali z mediów tak, jak my”. Niedawno wpadła mi w ręce (dzięki, Mateusz) książka „Shop Class as Soul Craft” Matthew B. Crawforda, która jest przesycona tęsknotą za czasami, kiedy ludzie wiedzieli, jak działają urządzenia, z których korzystają, i potrafili je naprawiać. Choć to bardzo anty-elektroniczne (bo erę domowego majsterkowania w dużej mierze pogrzebała właśnie tania elektronika), to równocześnie bardzo w duchu „makers”. Może więc zamiast wałkować temat edukacji medialnej albo designu, powinniśmy domagać się większej ilości zajęć technicznych, choćby w ich najbardziej tradycyjnym wcieleniu? Tak, wiem, też nie sądziłem, że kiedyś coś takiego napiszę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo ciekawy komentarz, nie tylko ze względu na konkluzję, czy raczej wieńczącą go ważną wątpliwość. Nie wiem, czy jest tak, że dychotomia: ?zdigitalizowani? włoscy autonomiści przeciw apologetom lekko zanurzonej w komunitariańskim sosie technokracji zagospodarowuje całe pole manewru, jeśli chodzi o naginanie i modyfikowanie sposobów uczestnictwa w produkcji, życiu kulturalnym, partnerstwie międzyinstytucjonalnym itd. Pewnie jest jeszcze, pomijając rozmaite próby kompromisowego myślenia, jakaś forma niezorganizowanego starannie wciąż ruchu ?wypalonych? desperatów, w swej desperacji jednak trzymających się pewnej logiki. Jej śladów można szukać w tym, co robią ludzie zainspirowani wydarzeniami z Tarnac albo greccy autonomiści, którzy w ramach kryzysowej posuchy wracają do czytania Castoriadisa, Guerina itp., ale nie zamykają się romantycznych komunach, przynajmniej nie w ?standardowej? ich hipisowskiej wersji. Jasne, łatwo tu o demagogię, a zresztą jak tego typu działania mają się do rozmaitych ?niszowych szaleństw? sponsorowanych przez wielki kapitał? Zapewne mogą być pewnym punktem odniesienia, o ile możemy je uznać za swoisty miernik ideowych wyborów dotyczących życia społecznego dokonywanych w wyniku jakichś ?zwrotów?. Krótko mówiąc, jeśli ktoś wymięka, nie może już dźwigać swojego stylu życia albo chociaż modelu pracy (a przecież drugie generuje pierwsze?), to w końcu dokona jakiegoś ?cięcia?. Możliwości w tym zakresie jest tak wiele, że płaszczyzna wyborów przestaje ograniczać się do schematu: osiągnijmy to, ale bardziej etycznie (zgodnie z aktualną wizją etyczności), czy ?społecznościowo? ? jakkolwiek beznadziejnie nie brzmiałby ten termin.

    W tym kontekście możliwość spuszczenia z tonu, jeśli chodzi o zachwyty nad edukacją medialną i wszystkim innym, do czego można swobodnie i jednocześnie logicznie dopisać przymiotnik ?medialny? wydaje się naprawdę interesująca. Jest to przecież pewne istotne ?cięcie? właśnie, choć nie oznacza całkowitego wyabstrahowania z tego, co nazywa się nowoczesną edukacją. Pomijam już fakt, na który wszyscy przylepieni wciąż do klawiatur i dotykowych ekranów zareagują wyłącznie ironiczno-pobłażliwym oskarżeniem o populizm, że przeciętny dwuletni projekt z obszaru nauk społecznych związany z ?nowymi technologiami? finansowany przez rodzime ministerstwo kultury jest wart tyle, ile podobnie dwuletni projekt ukierunkowany na walkę ze strukturalną nędzą (czyt. brak żarcia, nie laptopów) w Afryce. Pomoc rozwojowa pomocą rozwojową, racjonalizacja priorytetów ? OK. Ale niedopracowana wizja edukacji medialnej rodzi mnogość projektów, programów, propozycji rozwiązań nie tworząc żadnej spójności. I czy w tym wypadku znaczenie ma, kto finansuje ów bałagan albo kto tworzy kolejne raporty zawierające cudowne recepty? Ludzie przyzwyczaili się do akcyjnego charakteru polityki kulturalnej i edukacyjnej w fazie ?modernizacji?. I to będzie trwało jeszcze długo, jak przypuszczam, no bo kto zechce strzelić sobie w kolano ogłaszając koniec modernizacji?

  2. To spuszczanie z tonu jest coraz bardziej ewidentne, choć równocześnie chyba jest problem z tym, jak znaleźć jakieś sensowne nowe propozycje dla wielu tych rzeczy z „medialnym” przyrostkiem – bo wydaje mi się, że są na tyle ważną częścią dzisiejszego świata, że nie powinno wylewać się ich z kąpielą. Choć może to tylko moje średnioklasowe i akademickie przywiązanie do mediów 🙂 Inną kwestią jest to, że choć media znaczą dziś coś innego niż w czasach hegemonii telewizji, to wciąż przywiązani jesteśmy do myślenia o nich w kategoriach wspólonotowych, łączących itp., podczas gdy dziś te pozytywnie kojarzone aspekty dotyczą coraz mniejszych grup, a w skali makro być może silniejsze są właśnie funkcje wykluczające. Zapewne nowy paradygmat musi to uwzględnić – ale w inny sposób, niż oldskulowa krytyka mediów, prowadzona zazwyczaj albo z pozycji elitystycznych, albo paranoicznych.

  3. No, moja pozycja jest na pewno nieco paranoiczna. Ale rzecznikiem wylewania mediów z kapięlą 🙂 przecież nie jestem… Mój sprzeciw budzi jedynie sposób w jaki wykorzystuje się konotacje kategorii „medialne”, zwłaszcza w polityce edukacyjnej, z którą w jakiś sposób zaczynam mieć sporo wspólnego i której staram się uczyć.