Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

8.09.2010
środa

Otwartość i rozmyte prawo autorskie

8 września 2010, środa,

Jeż węgierski pisze o nowej otwartej kolekcji zdjec historycznych, zebranej w serwisie Fortepan. To kolejny – po Gramofonie (stare nagrania z czarnych płyt) i Filmhíradók Online (stare filmy) świetny projekt węgierski dotyczący udostępniania dziedzictwa kulturowego online. Myślę o nich jako o małej węgierskiej otwartej ofensywie, którą należy pokazywać wszystkim w Polsce, budząc poczucie wstydu:

Dlaczego Węgrzy mogą, a my nie możemy?

W przypadku Fortepan – kolekcji nieopisanych, często prywatnych zdjęć znalezionych przez autorów, pojawia się problem prywatności osób na nich przedstawionych. To tradycyjny problem z dziedzictwem – dyskutowaliśmy go również w trakcie warsztatu digitalizacyjnego na MediaLabie w Chrzelicach: przeszkody prawne dla publikowania dziedzictwa z sieci wiążą się nie tylko z ochroną praw twórców, ale także ochroną praw osób sportretowanych na zdjęciach czy filmach – przede wszystkim prawną ochroną wizerunku, obejmujacą wszystkich oprócz osób publicznych.

Ochrona wizerunku to dla projektów digitalizacji dziedzictwa nie tyle przeszkoda, co raczej barykada, z wielkim napisem: „przejścia nie ma!”. Chcąc działać zgodnie z prawem należałoby zrezygnować z digitalizacji dowolnych zbiorów, na których widać ludzi (pozostają kolekcje obiektów architektonicznych, zdjęć krajobrazowych…). Jednocześnie – co wyszło w Chrzelicach – intuicyjnie czuć, że ochrona jest w tym wypadku nadmierna, i wszyscy szanują prawo nieco na siłę.

Węgrzy znaleźli rozwiązanie, które bardzo ładnie opisał Jerzy: „anonimowość przez przedawnienie”. Innymi słowy, ludzie martwi nie będą się martwić o swój wizerunek.

Oczywiście założenie może okazać się błędne i w każdej chwili jakaś przedstawiona na zdjęciach osoba może zażądać zadośuczynienia. Ale projekt Fortepan dobrze pokazuje, że w imię digitalizacji dziedzictwa trzeba ponosić ryzyko – bo nie pozostaje nam nic innego. Wartość społeczna płynąca z udostępnienia w postaci cyfrowej zbiorów przerasta wszelkie potencjalne szkody z tytułu naruszenia dóbr osobistych. Bardzo mi się taki pragmatyzm podoba – pytanie jak stworzyć system prawny, który będzie oparty na takim modelu statystycznej szansy – a nie zero/jedynkowego określenia, co wolno, a czego nie wolno.

(A może Fortepan to po prostu „piractwo”?!)

W ramach Programu Bibliotecznego Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego właśnie rusza prowadzony przez Ośrodek Karta projekt Cyfrowych Archiwów Tradycji Lokalnej. Mam nadzieję, że problem ochrony wizerunku nie okaże się nadmierną przeszkodą, a za inspirację posłuży może projekt Fortepan.

*

Bardziej dla mnie kontrowersyjna jest kwestia wykorzystania licencji Creative Commons przez twórców projektu – którzy licencjonują utwory albo znajdujące się w domenie publicznej, albo utwory osierocone. W przypadku tych pierwszych złą praktyką jest dodawania praw własności do treści, które już takimi prawami nie są objęte (polecam zalecenia Public Domain Manifesto). W drugim wypadku licencjonuje się treści, do których kto inny ma prawa (tylko nie wiadomo kto).

Okazuje się, że twórcy projektu używają licencji w imieniu domniemanych właścicieli praw – chcąc w ten sposób ochronić kolekcję przed komercyjnym zawłaszczeniem (stosowana licencja ma warunek „tylko użycia niekomercyjne”). Osobiście nie miałbym oporów przed komercyjnym wykorzystaniem (szczególnie utworów w domenie publicznej) – ale szanuję powszechny sentyment przyjmujący, że jest coś nieporządanego w komercyjnym korzystaniu z treści stanowiących dobro wspólne (być może potrzeba akcji wizerunkowej biznesu, który musiałby udowodnić że jest dobrym partnerem). W każdym razie interesuje mnie fakt, że twórcy projektu wykorzystują twórczo licencje CC – podobnie jak twórczo podchodzą do przepisów prawa autorskiego i ochrony wizerunku.

Płynie więc z tego wszystkiego wniosek, że projekty digitalizacyjne , aby osiągać swoje cele, muszą funkcjonować w szarej prawnej strefie – a narzędzia prawne mają często w praktyce dużo bardziej rozmyty charakter, niż chcieliby ich twórcy.

*

(Marianne de Laet i Annemarie Mol w tekście „The Zimbabwe Bush Pump: Mechanics of a Fluid Technology” (PDF) chwalą proste („płynne”) urządzenia, których użytkownicy mogą je łatwo dostosowywać do lokalnych warunków. Może wolne licencje powinny być takimi narzędziami, a nie wyrytymi w kamieniu wzorami umów?)

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Tony Bowden z mySociety powiedział mi w poniedziałek, że zaczynając pierwsze projekty mieli świadomość ich nielegalności, ale stwierdzili, że będą od razu działać tak, jakby rzeczywistość już odpowiadała ich oczekiwaniom i będą liczyć na to, że rzeczywistość jakoś dogoni te ich oczekiwania. A że się taka filozofia w praktyce sprawdziła, to mają zamiar się do niej dalej stosować.