Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

27.12.2010
poniedziałek

Web 2.0 – czy można ufać pośrednikom?

27 grudnia 2010, poniedziałek,

Pisaliśmy niedawno z Mirkiem tekst o roli instytucji publicznych względem kultury 2.0, i jednym z kluczowych wątków była kwestia potrzeby znalezienia aktora zdolnego regulować, uzupełniać, może nawet pilnować komercyjnych pośredników ze świata Web 2.0. Serwisy społecznościowe wszelkiej maści są oczywiście dziś regulowane, ale jednocześnie są potężnymi pośrednikami w naszych codziennych zachowaniach online. Przyjęło się im ufać, powierzając im najróżniejsze nasze treści – gdy tymczasem działają one do pewnego stopnia poza naszą kontrolą.

Tradycyjna krytyka serwisów Web 2.0 skupia się na kwestiach związanych z prywatnością i ochroną danych osobowych (wartościach, których utrata zdaje się wielu osobom nie przeszkadzać). Ale zagrożone jest coś więcej: integralność naszej twórczości (szeroko pojętej), a może nawet tożsamości online (przez analogię do troski o integralność utworu, o której jakiś czas temu pisałem).

W świecie kultury 2.0, zmierzającym coraz bardziej w stronę przetwarzania danych w chmurze, to co piszemy (można na to patrzeć jako na twórczość – można jako na komunikację) jest przechowywane na serwerach firm posiadających serwisy Web 2.0, z których korzystamy). Mniejsza z tym, że wiele z nich w regulaminach zastrzega sobie prawa do wykorzystywania tych treści. Ale co zrobić, gdy treści te stają się zagrożone?

Yahoo niedawno ogłosił chęć sprzedaży serwisu Del.icio.us (przez chwilę wyglądało to na plany jego zamknięcia). Można powiedzieć, że zbiory linków ułożone w kumplonomie to nic ważnego – ale miliony linków są cennym wspólnym zasobem, a wiele osób włożyło dużo pracy w tworzenie tych kolekcji. Del.icio.us to serwis oświecony, więc daje użytkownikom prawo eksportu danych. Pytanie jednak, co z nimi zrobić – włożyć do innego serwisu (mniej popularnego, więc z jeszcze mniejszymi szansami na przetrwanie)? Trzymać na własnym komputerze? Ale przecież nie o to chodziło. Tym bardziej, że nawet jeśli zachowamy własne dane, to giną wszystkie połączenia między nimi, linki z innych stron, wreszcie cała warstwa społecznościowa.

Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się więc wyeksportowanie przez firmę całego zbioru i udostępnienie go publicznie. Co raczej nie nastąpi.

A kłopot w gruncie rzeczy polega na tym, że maksyma: „twórz kopie danych” w przypadku danych sieciowych jest albo niemożliwa do spełnienia, albo niewystarczająca.

Drugi niedawna historia dotyczy serwisu Gawker, z którego wyciekło ponad milion loginów i haseł – przy czym w przypadku wielu osób (w tym Nicka Dentona, szefa Gawkera) są to także hasła do wielu innych (czasem wszystkich) kont sieciowych, jakie posiadają. Gawker to nie Facebook czy Flickr, ale jednak renomowana firma z pokaźnym (jak widać) zbiorem abonentów.

Z perspektywy tej historii każde konto, które posiadasz w serwisie społecznościowym (nawet – a może przede wszystkim – te nieaktualne) to z punktu widzenia bezpieczeństwa bomby zegarowe. Alternatywą jest oczywiście stosowanie osobnych haseł do każdego serwisu. Można je w dodatku generować z pomocą takich serwisów jak GRC Ultra Secure Password Generator, dzięki któremu każde będzie wyglądać mniej więcej tak:

C56EF389131F1346E7246F7AE13D290305029025F0146C164E1EEA4302B80CAA

a wszystkie przechowywać w zaszyfrowanym pliku tekstowym (jak to robi Cory Doctorow). Ale kto ma do tego głowę?

Być może rozwiązaniem będą dbające o prywatność i ochronę danych, rozproszone serwisy nowej generacji, takie jak Diaspora. Ale zdziwiłbym się, gdyby zyskały one popularność poza wąskim gronem umownie rzecz biorąc hakerów.

Ale przypadek del.icio.us i Gawkera pokazuje, że pośrednikom w gruncie rzeczy nie należy ufać. Tymczasem trend przechodzenia do chmury sieciowej pcha nas coraz bardziej w ich objęcia. Myślę, że tym bardziej trzeba szukać rozwiązań niezależnych – opartych z jednej strony na ochronie danych (być może poprzez ich otwartość jako dobro wspólne), a z drugiej na oddolnym zapewnianiu stabilności finansowej, na przykład poprzez coś w rodzaju spółdzielni użytkowniczej (tak w gruncie rzeczy działa Wikipedia, utrzymująca się w sposób niezależny z datków).

A może prostsze rozwiązanie to założyć, że wszystko przemija, a integralność naszych własnych treści jest mrzonką. Stracisz zdjęcia – trudno, przeżyjesz, zrobisz nowe. Stracisz dostęp do konta – trudno, zrobisz nowe, lub weźmiesz cudze. Problem z takim rozwiązaniem jest jednak taki, że postmodernizm – z jego rozszczepionymi tożsamościami – jest już, wszystko na to wskazuje, passe.

UPDATE: Tytuł był zbyt tabloidowy, więc go zmieniłem (Obecny jest *niewiele* lepszy, tak niestety bywa).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Dla posiadania choćby kopii własnych danych przydałoby się coś pomiędzy Opera Unite a Dropboksem.

  2. Podobają mi się te spostrzeżenia. Może jestem naiwny lub lekkomyślny wręcz, ale nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi do „ochrony” moich danych publikowanych w serwisach społecznościowych. Owszem, interesuje mnie to bardzo w kontekście kont bankowych, czy spraw urzędowych, które załatwiam w sieci. Tu jednak nie ma się na razie czym przesadnie przejmować, bo rodzime mechanizmy e-government, jeśli już zdarza im się funkcjonować, to albo zniechęcają swoją prymitywnością lub, przeciwnie, panującym w nich bajzlem pozorującym koncepcyjno-technologiczne zaawansowanie. Mechanizmów społecznościowych używam stosunkowo mało intensywnie, ale rzecz jasna, cząstka mojego prywatnego życia jest za ich pośrednictwem referowana. Ale mam wrażenie, że gdyby jakiś tajemniczy podmiot zechciał ukraść mi fotki i wykonać jakąś ich niewygodną dla mnie parafrazę a potem ją opublikować lub wykonać inny, podobnego typu manewr, to odbierałbym to jako swego rodzaju „awarię”, nie „kradzież”. A nawet jeśli jako „kradzież”, to nie jakąś potwornie zbrodniczą, jak zdają się myśleć o podobnych uczynkach co i rusz rozmaici komentatorzy medialnych doniesień. Tak, jakby posunięcia użytkowników internetu miałby śledzić tylko jeden, scentralizowany syndykat zbrodni. Może po prostu postrzeganie zagrożeń powinno być bardziej „rozproszone”?

  3. re: hasła – jak ktoś nie ma głowy (albo czasu) do hakerskich rozwiązań – polecam zerknąć na ?1password?.

  4. 1. no cóż… skoro 99% [margines zostawiam na pasjonatów, którzy nie „nie wieszają”] serwisów to wyłącznie rekalmowe rusztowania taka jest chyba „naturalna” kolej rzeczy
    2. postmodernizm? kogo to hasło kiedykolwiek obchodziło [poza branżą akademicką, „artystyczną” która żyje z kolejnych erupcji modnego buzz’u]?
    3. hmm… zastanawia mnie w przypadku delicious kwestia czy ktokolwiek w ogóle do tych zakładek wraca? czy robiono jakies testy a propos tego ile linków powtarza sie wielokrotnie [mody]? jaki w końcu jest „ślad energetyczny” utrzymania tej zabawy jesli sie okarze, że w obecnym momencie rozowju serwisu dynamika osób korzystjacych z zaagregowanych zakładek powoli wygasa?
    4. w zasadzie problem ten sam co z bankami: jak padnie i trzymasz sporo aktywów to nigdy nei odzyskasz 100% ;] [to a propos tytułu :D]

  5. Zapraszam na subiektywny blog poświęcony szeroko pojętej kulturze.

    http://kontener-art.blogspot.com/

    Mile widziane komentarze!