Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

15.09.2011
czwartek

Open GLAM – nie tylko z lotu ptaka

15 września 2011, czwartek,

Przy okazji globalnego zjazdu Creative Commons, który potrwa w Warszawie do 18 września, zorganizowano warsztaty Open GLAM. Oto kilka uwag „obok” tego spotkania.

Warsztaty – które jak pewnie domyśla się większość czytelników tego bloga – dotyczyły otwierania zasobów instytucji typu GLAM (galleries, libraries, archives, museums). Zasobów rozumianych jako cyfrowe kopie dzieł ze zbiorów, ale też jako meta-dane. I otwieranych nie tylko w sensie dostępu, ale też włączania odbiorców w proces archiwizacji, a przede wszystkim katalogowania. Jednym z celów warsztatów było przygotowanie się do stworzenia globalnej koalicji działającej na rzecz takiego otwarcia, ale nie o tym chcę napisać. Raczej o problemie z perspektywą ludzi, którzy „robią” w „wolnej kulturze”.

W ostatnich miesiącach miałem okazję do pracowania przy kilku projektach, w które zaangażowani byli ludzie z bibliotek i muzeów. Sytuacja bibliotekarzy jest relatywnie komfortowa – ich możliwości samodzielnego generowania wpływów są dość mizerne. Gorzej z muzeami, które coraz częściej stają pod pręgierzem ekonomicznej efektywności. I otwarcia na spojrzenie ludzi, którzy nimi zarządzają, trochę mi podczas warsztatów zabrakło. Jasne, że otwieranie zasobów jest ważne, słuszne, sprawiedliwe. Ale jeśli zniżymy się z poziomu lotu ptaka do bardziej przyziemnej perspektywy, zauważymy milion problemów. Pracując podczas warsztatów w grupach nad wypisaniem barier i zachęt dla otwierania zasobów trudno było nie zauważyć, że „zachęty” dotyczą głównie wielkich haseł. Bariery – konkretów, takich jak choćby strach przed zmniejszeniem się wpływów do instytucjonalnej kasy. Muzeum ma misję udostępniania swoich zasobów. Ale to dla niego także zasoby, które musi próbować spieniężać na różne sposoby, żeby zbilansować budżet.

To problem, na który napotyka każdy, kto próbuje przekonać do otwierania zasobów szefów publicznych instytucji kultury. Łatwo pokazać korzyści społeczne – większą dostępność, zachęcanie do uczestnictwa w kulturze, stymulowanie oddolnej aktywności? Wyliczać można długo. Ale to się nie przelicza łatwo – może z wyjątkiem wciągania do współpracy wolontariuszy – na pieniądze. A nawet jeśli, to są to pieniądze wpadające do innych kieszeni, niż te, które należą do otwierających swe zasoby. Korzyść społeczna nie musi być kluczowym argumentem dla osoby zarządzającej instytucją, której musi domykać się budżet. Nie musi być też nim – w polskich realiach wciąż dla mnie mętny – związek pomiędzy zapleczem kulturowym a budowaniem innowacyjnego biznesu. Nawet jeśli jakaś firma zarobi, a na podatkach i miejscach pracy skorzysta państwo, to znów: w tabelce na koniec roku nie uda się tego wpisać.

Co więcej, ten problem aplikuje się też do twórców, którzy boją się eksperymentów z nowymi modelami – wierząc, że uda im się zostać jednymi z nielicznych, którzy będą zarabiać na tradycyjnie funkcjonującym rynku. I znów: trudno mieć do nich pretensje. Ktoś kto liczy na zbudowanie kariery, fantazjuje, że będzie się z niej utrzymywać. To, że ktoś go będzie słuchać/oglądać, a może nawet remiksować, nie jest celem samym w sobie – albo: przeważnie nie jest.

Stąd głównym wyzwaniem wydaje mi się gromadzenie studiów przypadku które pokażą, że wolne licencje i otwieranie zasobów może być podstawą efektywnych modeli biznesowych. Pytanie, kto ma w te eksperymenty wchodzić, skoro instytucje publiczne coraz silniej poddawane są presji dążenia do ekonomicznej samowystarczalności, co niejednokrotnie nasila ich zachowawczość w kwestii IP. Ale dopóki w dyskusjach o korzyściach z otwartości nie będziemy mogli powołać się na historie bliższe polskim realiom niż „In Rainbows” Radiohead czy inicjatywy muzeów i galerii z Holandii czy z Australii, nie będziemy mieć naprawdę dobrych argumentów. Dobrych, czyli dopasowanych do logiki systemu, w jakim funkcjonujemy – czy nam się to podoba, czy nie.

Oczywiście to wszystko dotyka jednej z fundamentalnych debat, jakie toczą się dziś wokół kultury. Biznes czy misja? Wydaje się, że odpowiedź jest dość oczywista. Ale dość oczywisty jest też kierunek, w którym ewoluuje polityka kulturalna. Dlatego główny wniosek z warsztatów to dla mnie konieczność mapowania możliwie największej liczby przedsięwzięć, które na Open GLAM skorzystały, także finansowo. Żeby dyskusja wokół takich projektów miała w sobie więcej ze spotkania biznesowego, a mniej z rozmowy o uniwersaliach.

Być może taki głos wyda się części osób wstrętny. Jednak logika Creative Commons od początku polega na „drodze środka” – wskazywaniu na możliwości łączenia tego, co otwarte, z rynkiem. Sam sympatyzuję też z bardziej radykalnymi rozwiązaniami, takimi jak choćby licencje copyfarleft. Ale mainstream wolnej kultury nie prowadzi otwartej wojny z systemem, próbuje go zmieniać w sposób bardziej łagodny. Skoro więc dokonujemy takiego wyboru, szukajmy argumentów, które do niego pasują.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Ale fajnie! Od dziesieciu dni ani jednego komentarza na tematy, ktore sa kluczowe w XXI wieku. „Prawa do wlasnosci intelektualnej”, „monetyzacja internetowej oferty” to problemy, z ktorymi ciezko sie uporac w obecnych systemach prawnych oraz ekonomicznych.

    Nie mam zadnych rad, ani zalecen. Wrecz przeciwnie – oczekiwalem jakichs rozwiazan od dyskutantow. Tymczasem, najwyrazniej, nikogo to nie interesuje. Smutne to, bo te wlasnie sprawy zostana – wczesniej, czy pozniej – rozstrzygniete, tyle, ze bez naszego udzialu.

    Pozdrawiam.