Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

27.12.2011
wtorek

Twórcy czy użytkownicy?

27 grudnia 2011, wtorek,

Sławomir Czarnecki na blogu „Widownia” trafia w sedno jednego z głównych problemów, jakie mam z toczącymi się dyskusjami o kulturze (np. w ramach ruchu Obywatele kultury). Problem polega na tym, że każdy rozumie trochę co innego pod hasłem kultura – i jak zauważa Czarnecki, wiele osób tak naprawdę rozmawia o rządzącej się innymi prawami sztuce:

Kiedy mówimy „kultura”, mamy na myśli albo „kultura, czyli sztuka” albo „kultura i sztuka”, gdzie „sztuka” jest częścią „kultury”. […] Kultura i sztuka zgodnie pracują na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Byłby to całkiem ładny obrazek,  gdyby nie małe, trudne do zauważenia, rysy. […] Demokratyzacja jest dobra, ale gdy wkracza na terytorium Sztuki, budzi rozbawienie. Idea konsultacji, społecznej odpowiedzialności artysty może budzić też całkiem poważny i zdecydowany sprzeciw.

W jednej z dyskusji dotyczącej Obywateli kultury usłyszałem niedawno stwierdzenie, że jest to tak naprawdę ruch twórców (tworzących „kulturę”, ale tak naprawdę sztukę, być może nawet wysoką, lub krytyczną). Ja zaś zawsze rozumiałem obywateli kultury jako przede wszystkim użytkowników kultury, z których część jest także twórcami.

Problem uświadomiłem sobie także w trakcie dyskusji „DZIEŁA NA WOLNOŚCI Kultura? Kontrola? Kasa?”, która odbyła się niedawno w Zachęcie (link, streszczenie debaty na stronie Creative Commons Polska) – z tym że nie umiałem go ująć tak zgrabnie jak Czarnecki. W trakcie dyskusji, dotyczącej m.in. kwestii otwartego licencjonowania dzieł sztuki współczesnej, Jarosław Lipszyc namawiał Katarzynę Kozyrę do wypowiedzenia się w kwestii zasady, na jakiej tego rodzaju prace powinny być dostępne. Kozyra unikała jak mogła takiego ujęcia sprawy – mówiąc w kategoriach indywidualnej perspektywy twórcy i jego subiektywnych wyborów. To perspektywa typowa dla „sztuki”, ale nie do pogodzenia z próbą wypracowania ogólnej polityki kulturowej dla na przykład instytucji publicznych. Przyznam, że dosyć denerwowało mnie podejście Kozyry, która sama remiksowała choćby braci Grimm czy Strawińskiego broniła swojego prawa do ochrony autorskich praw osobistych i kontrolowania sposobów prezentowania i remiksowania jej własnej twórzości. Ale uświadomiłem sobie, że z punktu widzenia indywidualnej twórczości taka niekonsekwencja jest jak najbardziej na miejscu.

Przestaje natomiast mieć sens w przypadku kultury, szczególnie gdy wiążemy ją z demokracją. W Polsce w czasie ostatniego roku, za sprawą na przykład Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego, ale też działań wspomnianych już Obywateli Kultury, stworzono sposób myślenia o kulturze jako silnie związanej z kapitałem społecznym, partycypacją obywatelską, i tak dalej. jednak takie ujęcie sprawy z perspektywy „sztuki” i twórców szybko staje się kłopotliwe: By znów zacytować „Widownię”:

Demokratyzacja jest dobra, ale gdy wkracza na terytorium Sztuki, budzi rozbawienie. Idea konsultacji, społecznej odpowiedzialności artysty może budzić też całkiem poważny i zdecydowany sprzeciw.

Wydaje mi się, ze w którymś momencie ta dwoistość w mówieniu o przemianach i rozwoju kultury w Polsce będzie musiała być silniej wyrażona. Podoba mi się, jak sprawę (zdecydowanie) stawia Czarnecki – nie mówi o dwóch równorzędnych modelach funkcjonowania kultury i sztuki, tylko o tradycyjnym myśleniu świata sztuki. Te staje się anachroniczne w porównaniu z szerzej pojętą kulturą, w której coraz więcej mówi się o otwartości, o zaangażowaniu zamiast biernego uczestnictwa, i tak dalej. Sztuka nawet gdy posługuje się tym językiem, to rzadko działa w modelu opartym na tych hasłach. Widać to dobrze w odniesieniu do spraw własności intelektualnej – świat sztuki to jedna ze sfer, w których najsilniej komercjalizuje się własność intelektualną, w klasycznym modelu zarabiania na kontrolowanym użytkowaniu dzieła. I dzieje się tak nawet w sytuacjach sztuki flirtującej z ideami dobra wspólnego, czerpiącej ze wspólnej kultury.

Na pytanie:

Co ma większą wartość ? indywidualny proces twórczy artysty, czy wspólnotowe działanie uczestników kultury?

odpowiedź nie jest dla mnie prosta, ale za to jest dosyć oczywista (gdybym musiał wybierać).

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. To istnieje w ogóle jakiś problem?

  2. Celne, ten problem wraca zawsze podczas rozmaitych dyskusji. Dwie z brzegu z ostatnich tygodni.

    Pierwsza – podczas prezentacji raportów z badań kultury miejskiej i wiejskiej w ASP. Rozmawiamy o kapitale społecznym (swoją drogą z tym hasłem jest coraz większy kłopot, ale to temat na osobną dyskusję), o kulturze jako czymś co łączy ludzi, jest pretekstem do spotkań. Wnioski z badań są dość optymistyczne, prelegenci mówią o nieadekwatności podziału na kulturę i sztukę. Ale jednak wtedy pojawiają się głosy z sali, że wszystko fajnie, ale nie gloryfikujmy festynów.

    Dokładnie to samo miało miejsce podczas prezentacji wyników z badań o aktywnościach kulturowych mieszkańców Warszawy. Wskaźniki wyglądają zaskakująco dobrze, ale wtedy znów ten głos: czy coś, co jest dostępne i bliskie rozrywce, to jeszcze kultura?

    I chyba rzeczywiście trzeba na początku takich rozmów wywiesić wielką kartkę „nie rozmawiamy o sztuce”, bo to jest zupełnie inny obieg. Oczywiście obieg, który podbiera z części popularnej różne wątki, ale to wcale nie zmienia jego logiki.

  3. Też takie odniosłem wrażenie podczas Europejskiego Kongresu Kultury. Problematyka dostępu ograniczała się w zasadzie do problemów artystów (tych tworzących sztukę, przepraszam – Sztukę) z dostępem do publicznych pieniędzy. Państwo nie dość, że ma finansować, to jeszcze potem chronić prawem autorskim, choć przecież twórcy nie będą się dzielić zyskami (hmm, jakimi zyskami?) ze swoim mecenasem. Takie poglądy mieli zarówno paneliści, jak i cały tłum roszczeniowo nastawionych artystów zadających pytania z sali (co ciekawe wielu z nich ewidentnie brakowało kultury: mówili nie na temat, przeciągali, uprawiali prywatę, nie rozumieli elementarnych pojęć używanych w dyskusji).

    Z panelistów chyba jedynie Oliviero Toscani coś tam próbował powiedzieć o roli innych niż sztuka elementów kultury w budowaniu europejskiej potęgi gospodarczej na kulturze (bo taki był też chyba jeden z motywów tego kongresu?), ale na bardziej konkretne pytania, jak sobie poradzić z rolą państwa na tym polu, nikt nie odpowiedział.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Centrum Monitoringu Społecznego i Kultury Obywatelskiej we Wrocławiu prowadzi zakrojone na szeroką skalę (na próbie ok. 1000 osób) badania dot. m.in. uczestnictwa Dolnoślązaków w kulturze. Z perspektywy, jaką oferuje wgląd w wstępne wyniki (robiłem o tym reportaż do TVP Wrocław), rozważania o kulturze wysokiej, niskiej, roli twórców i odtwórców itp. itd, wypadają jak akademickie i oderwane od realiów dywagacje hermetycznej grupy.
    W czym rzecz: społeczeństwo gremialnie nie uczestniczy w kulturze postrzeganej przez pryzmat instytucji. Nie chodzi do kin, teatrów, nie korzysta z domów kultury, a czytelnictwo książek i prasy utrzymuje się na skandalicznie niskim poziomie. To wynika z badań. Co więcej, wskazują one, że większość Dolnoślązaków ma problem z rozeznaniem czy istnieją np. Opera Wrocławska, Muzeum Narodowe, Teatr Polski lub Dramatyczny w Wałbrzychu. Sztandarowe placówki, które są perłą w koronie, i które raczej na brak pieniędzy nie cierpią.
    Czy to nie jest kulturowa zapaść? Zatem każde środowiskowe i akademickie dzielenie włosa na czworo, aż prosi się głośne powiedzenie: panie i panowie nie o to chodzi! W reportażu zabrała głos kurator z wrocławskiego BWA, która oceniając badania zasugerowała, że należy reanimować relacje z tzw. odbiorcą i traktować edukację jako priorytet. Np. tworząc swego rodzaju artystyczne świetlice. Innymi słowy, liczy się organiczna praca u podstaw… Pozdrawiam… 🙂

  6. @zetzero: Niestety ja mam wrażenie, że mówienie o edukacji – jasne, że potrzebnej – zawsze pojawia się w chwilach bezradności. Jak już nie wiemy zupełnie co robić, to pozostaje: trzeba edukować! A równocześnie wiadomo, że system edukacyjny słabo radzi sobie z kapitałem kulturowym. Ci, którzy wynoszą go z domu, mogą go w szkole pomnożyć, reszta – nie bardzo ma co mnożyć…

    @burlap: Z jednej strony mam podobne odczucia, z drugiej – jeśli uznamy, że sztuka bywa potrzebna (a ja tak uważam), choćby jako coś, co czasem kwestionuje zastane kategorie, to kto ma ją finansować, jeśli nie państwo? Prywatny mecenat w Polsce prawie nie działa, a w innych krajach, w których działa (np. Wlk. Brytania), nie pozostaje bez wpływu na to, co mogą robić artyści, co trochę wypacza ich społeczną rolę.

  7. Chodziło mi o to, że na EKK każda dyskusja o kulturze, którą ja słyszałem, skupiała się na sztuce w taki sposób, jakby poza sztuką nie było warto nic innego wspierać.

    Nie chodzi mi o to, żeby państwo w ogóle nie finansowało sztuki – tego się raczej nie da uniknąć. Państwowy mecenat jednak również wypacza społeczną rolę artystów – choć panel EKK temu poświęcony wypadł dość jałowo (łącznie z tym, że niektórzy dyskutanci nie rozumieli, co to znaczy, że źródła finansowania korumpują artystów). Być może jest to inne wypaczenie niż mecenat prywatny – pytanie tylko czy lepsze (co to znaczy „lepsze”?).

    To zresztą jest też kwestia dojrzałości instytucji i ogólnej kultury instytucjonalnej – w jednym kraju lepsze będą instytucje publiczne (rządowe, samorządowe), w drugim prywatne, w trzecim NGO.

  8. @Mirosław Filiciak – kapitał społeczny niekoniecznie wynosi się z domu. Bo o jakim kapitale można mówić, gdy wskazuje się obszary dotknięte strukturalnym bezrobociem lub środowiska tzw. „podklasy”. Są we Wrocławiu, jak i w wielu miejscach na mapie Polski, obszary, gdzie edukacja i swoista terapia przez kulturę staje czymś w rodzaju nagłej interwencji i konieczności.
    Stąd w ogólności nacisk na edukację wczesnoszkolną, która rozwija i sposobi dzieciaki w umiejętność wykorzystywania ekspresji kulturowej i pozwala nabywać kwalifikacje do świadomego i krytycznego poruszania się w środowisku kulturowym… Nie należy stawiać wozu przed koniem, stąd jestem orędownikiem edukacji rozumianej szerzej jako proces życiowy. Salut 🙂