Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

30.01.2012
poniedziałek

Kto zapłaci za kulturę?

30 stycznia 2012, poniedziałek,

Dla dyskusji o naszym raporcie cała afera wokół ACTA jest zbiegiem okoliczności tyleż szczęśliwym, co fatalnym. Dlaczego fatalnym? Bo bardzo łatwo wpaść z nim w przegródkę pt „ściąganie z sieci jest fajne” i zarobić na tym tysiąc „lajków”. A biznes niech się martwi. To jednak pachnie populizmem, więc jeszcze kilka zdań przypisów – do których zainspirował mnie komentarz Zbigniewa Łukasiaka.

A tak na serio – to bardzo dobrze byłoby właśnie wrócić do podstaw. Może trzeba zacząć pytać dlaczego kradzież jest zła? Czy kradzież samochodu jest przestępstwem przeciwko fabryce która go wyprodukowała? Czy jeśli ktoś posiada kawałek ziemi na trasie planowanej autostrady i nie chce go odsprzedać to czy pańtwo nie ma prawa go wywłaszczyć? Czy komunikacja w świecie idei nie jest równie ważna jak komunikacja w świecie fizycznym?

To dobre pytania, które trafiają też w sedno dyskusji wokół ACTA, z którą w wielu momentach mam kłopot. Łatwo mówić o wolności, a zapominać o odpowiedzialności. Podawać przykład remiksu, gdy przeważnie chodzi o ściąganie. Wreszcie – fajnie mieć darmowy dostęp, ale niefajnie zapominać, że ktoś za niego płaci. I to jest moment do rozmowy o sprawach fundamentalnych. Jednak na początek zszedłbym nieco niżej – do poziomu rozmowy o statusie kultury i modelach jej finansowania. Kultury, która jest towarem (co dzięki Adorno i Horkheimerowi wiemy przynajmniej od lat 40-tych), ale nie tylko nim. I nie będę tu teraz pisać idealistycznych tez o uszlachetnianiu i poszukiwaniu prawdy – bo w kontekście obecnej dyskusji, w której aktorami są odbiorcy i nadawcy (twórcy + wydawcy) oraz państwo jako regulator, sensowniej jest odwołać się do innych argumentów. Kultura – wbrew temu, co niedawno minister Zdrojewski mówił w „Dwutygodniku” – jest narzędziem. Ta instrumentalizacja, opierająca się na założeniu, że kultura służy rozwiązywaniu problemów społecznych, jest dziś podstawowym uzasadnieniem dla współfinansowania tej sfery przez państwo.

Oczywiście pieniądze na kulturę to jest temat, na który trudno się rozmawia – bo neoliberalne myślenie wgryzło się tak głęboko w świadomość większości Polaków, że dokładanie pieniędzy do kultury traktowane jest jako zło konieczne. Także przez ludzi, którzy akceptują wiele innych form dokładania. Lepiej dać na szpitale, górników, a nie darmozjadom dokładać – i z taką argumentacją trudno polemizować. Ale równocześnie fakty pokazują, że w Europie – poza Wielką Brytanią i w minimalnym stopniu Niemcami i Holandią – prywatny mecenat nad kulturą nie działa. Albo działa jak w Skandynawii – nie na zasadzie wykładania kasy, tylko wolontariatu. Pracy kilka godzin w tygodniu za darmo, ale nie przelewów. A przelewy ktoś robić musi. W Europie najczęściej robi je państwo. Warto więc porozmawiać o tym, na co ma przelewać. Może tym, co tracą przez obywateli, korzystających z obiegu nieformalnego?

Tu pojawia się oczywiście kolejny wątek. Kultura a sztuka, albo jeszcze lepiej – kultura a rozrywka. Granicy między nimi nie da się wytyczyć w sposób, który nie będzie budzić wątpliwości. Argumenty można zresztą dowolnie odwracać – czasem czepiać się, że państwo da pieniądze na jakąś ogłupiającą bzdurę, innym razem krytykować, że zamiast zrobić coś „dla ludzi”, wydaje się miliony na imprezy dla dwustu osób, które taniej byłoby zapakować w samolot i wysłać na podobną imprezę do Londynu. Nie rozstrzygniemy więc całej tej dyskusji na linii „dofinansowujmy dobre treści, słabe niech opłacą sobie sami zainteresowani”. W zeszłym tygodniu moja żona przyniosła z naszej lokalnej, świetnie wyposażonej biblioteki, DVD z filmem z Tomem Cruisem. W pewnym sensie państwo (a więc my wszyscy z naszych podatków) sfinansowało nam dość zabawny, ale równocześnie bardzo nie-ambitny seans. Na ile można to skalować na ściąganie plików z sieci? Nie wiem. Ale dobrze byłoby w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie zacząć dokonywać sensownych szacunków.

W komentarzu Piotrka Toczyskiego w naszym raporcie pojawia się bardzo bliskie mi stwierdzenie, że jeśli ludzie nagminnie wydeptują ścieżkę na trawniku, to warto pomyśleć, czy nie lepiej zrobić w tym miejscu chodnik. Z jednym jednak zastrzeżeniem: próbując się dogadać z prywatnym właścicielem trawnika. I tu docieramy do miejsca, w którym wracamy do wątku autostrad. Właściciel trawnika powinien dostać uczciwe pieniądze. Ale równocześnie – nie może być tak, że to on sam wycenia wartość trawnika. Bo jest dość oczywiste, że wtedy będzie to najdroższy trawnik na świecie.

To, co w moim odczuciu powinno być następnym krokiem w dyskusji o wartości intelektualnej, to ekonomiczne analizy realnych strat przemysłów kultury. Uwzględniające wszystkie czynniki – także rozproszenie kanałów dystrybucji, konkurencyjne modele biznesowe (sprawdźcie nowy raport IFPI – pokazuje wzrost wpływów branży muzycznej i ogromny wzrost wpływów z serwisów oferujących abonament), ale i dofinansowanie od państwa. I jeśli uda się sporządzić taką wycenę, można rozmawiać, jak te straty rekompensować. Może nawet na zasadzie dodatkowego podatku – tak, wiem, ludzie nie lubią podatków. Ale najwyraźniej lubią ściągać. Poza tym – już dziś kupując sprzęt i nośniki umożliwiające kopiowanie, płacimy opłatę, która trafia m.in. do ZAiKSu. Skoro cały proces kopiowania się dematerializuje, może warto przesunąć ją na internet?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo rozsądny tekst… byc może przemysł rozrywkowy jest pazerny (z moich nieudokumentowanych obserwacji wynika, że nie bardziej niż przemysły produkujące dobra materialne) jednak byśmy mieli co ściągać, musi istnieć i funkcjonować. Twórczość amatorska jest wspaniała i cieszymy się z tych olśniewających wykwitów ludzkiej kreatywności, ale nie ma się co oszukiwać- jednak nie ma to jak dobrze napisany i zagrany serial made in usa… Porównanie do trawnika o tyle słuszne, że jeśli to byłby nasz osobisty trawnik, albo jakieś inne dobro w które wkładamy pracę- bezpłatne dzielenie się nim byłoby już dużo trudniejsze. Doceniam wolność myśli jaką daje internet, ale doceniam też pracę i potrzeby tak twórców, jak i bezwględnych korporacji, które tę pracę finansują (np. płacąc za nagrania). Konieczny jest nowy system, ale free culture nie może oznaczać darmowej kultury, bo finałem będzie brak lub załamanie tejże kultury.

  2. Dziś bardzo sensowne było pod tym względem spotkanie w Agorze – widać wyraźnie, że biznes internetowy rozumie potrzeby użytkowników i że ma inne pomysły, niż tylko grożenie ściągającym. Fajnie było usłyszeć od ludzi z branży, że kopiowany plik i podrabiane tenisówki to problemy z zupełnie innego porządku (Marcin Pery, Redefine). Albo że język, w jakim można się komunikować z klientami, to język korzyści (Jarosław Sobolewski, IAB). Paradoksalnie bardziej niż ściągającym treści dostało się organizacjom zbiorowego zarządu (które oczekują udziału w zyskach na poziomie zabijającym ekonomiczny sens przedsięwzięcia), telekomom (ten sam argument) i nieuczciwym firmom (chomikuj). Wszystko to miało dość optymistyczny wydźwięk – jeśli wszyscy trochę się nagną (internauci płacąc niewielkie kwoty, a firmy schodząc ze stawek), bilans może być dodatni.

    Wyraźnie widać, że internauci chcą dostępu do treści i niespecjalnie przejmują się prawem – polecam ciekawy sondaż SMG/KRC i Centrum Cyfrowego nt. ACTA, choć osobiście wyniki opisałbym dokładnie odwrotnie (http://centrumcyfrowe.pl/2012/protest-w-sprawie-acta-to-walka-mlodych-o-wolnosc-w-internecie-potwierdzaja-wyniki-badan/). W całym tym zamieszaniu wokół ACTA chodzi o różne sprawy, ale także o prawo do ściągania – i sądzę, że o nie w znacznie większym stopniu, niż o coś innego. Nie ma się jednak co obrażać na rzeczywistość, tylko trzeba pomyśleć, jak minimalizować straty twórców i wydawców. Dziś usłyszałem od zainteresowanych (bo od ściągających słyszymy od zawsze), że to jest do pogodzenia. Fajnie.

  3. Tak, a wplywy z podatkow rozdysponuje minister, ktory sie wlasnie pieknie popisal. Najwiecej dostanie Holdys, bo najwiecej stracil 🙂
    Na razie ArcadeFire daje milion dolarow na odbudowe Haiti, a nie zada miliona dolarow „bo Haiti”.
    Wystraczy przedefiniowac „kino studyjne” na „centrum kultury takiej czy siakiej” i ten sam budynek do ktorego trzeba dzis dokladac, zacznie przynosic zyski. Ale przedefiniowanie to juz praca, a tfurcy przeciez nie beda pracowac.