Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

12.01.2013
sobota

Naukowcy i „piraci”

12 stycznia 2013, sobota,

W dzisiejszej „Wyborczej” na uwagę zasługuje tekst Adama Leszczyńskiego „Naukowcu, zostań piratem”. Jego wymowę wzmacnia niestety smutna informacja o samobójstwie Aarona Swartza.

W artykule Leszczyńskiego (tylko błagam, nie piszcie w komentarzach, że to hipokryzja, że tekst jest „za pianinem” – dla mnie to logiczne, to jeden z najciekawszych kawałków dzisiejszej „Gazety”) możecie poczytać o tym, jak funkcjonuje światowy rynek tekstów naukowych, do których dostęp jest absurdalnie drogi, wobec czego kwitnie wymiana nieformalna. Oczywiście o sprostowanie prosi się tytuł i w ogóle oś wywodu, której trzyma się autor – tym dziwniejsze, że ustami „dr. Marcina, adiunkta w instytucie filozofii” sam wspomina, że pobieranie z sieci treści naukowych przez pracowników akademickich nie jest żadnym „piractwem”, bo to korzystanie z już rozpowszechnionego tekstu, a ponadto mamy do czynienia z użytkiem w celach edukacyjnych, a więc jak najbardziej dozwolonym. Nie ma co jednak bić piany o detale, bo z wymową całości trudno się nie zgodzić. Zwłaszcza, że w końcówce tekstu autor pisze o tym, że choć nie jest ideologicznym wrogiem korporacji, walkę z nimi zostawiając „zawodowym rewolucjonistom” (co jak mi się wydaje jest dość bezpośrednim odniesieniem do środowiska wolnej kultury), to korzystającym z nieformalnego obiegu akademikom (w tym jak rozumiem, także sobie) kibicuje. Pokazując mimochodem, że dostęp do zasobów naukowych jest być może idealnym przykładem tematu, przy którym spotkać mogą się ze sobą poglądy copyfajterów i ludzi, którzy wolną kulturą nie interesują się wcale.

Temat jest o tyle ciekawy, że nauka jest postrzegana specyficznie – zgodę na nieformalny dostęp do artykułów naukowych dają osoby, które w wypadku treści kultury nazwałyby to złodziejstwem lub w najlepszym przypadku fanaberią (kopiowanie filmów trąci przecież „stadionem” i jest dobre dla krajów rozwijających się, a nie dla nas, niewątpliwych przyszłych liderów w eksporcie własności intelektualnej). Łatwo też – choć to przecież ogromnie krzywdzące – uznać, że kultura nie jest nikomu do życia niezbędna, to nie obiad ani dach nad głową (jak pisał klasyk: „Bez tej płyty z głodu nie umrzesz”). Ale w wypadku dostępu do wiedzy tak łatwo już nie jest. Przecież jeśli mamy się rozwijać i unowocześniać, musimy podlewać umysły rodzimych innowatorów. Ale czym? Sowodowane cyfryzacją przekształcenia rynku wydawniczego nie przekładają się na równoległą zmianę w nieodpłatnym udostępnianiu książek – biblioteki, od zawsze podstawa kształcenia, zostają coraz bardziej w tyle. To oczywiście nie wina bibliotekarzy, lecz warunków, w których funkcjonują, nie tylko ekonomicznych, ale przede wszystkim prawnych. Tę dysproporcję wyrównują więc działania nieformalne, towarzyska wymiana pdfów z publikacjami, ale przede wszystkim nieformalne repozytoria (których rola bywa dwuznaczna, bo przecież nie wszystkie „shadow libraries” służą wyłącznie idei – co nie zmienia faktu, że robią doskonałą robotę). Wobec niedoskonałości systemowego nawadniania, umysły podlewają się same – i trudno mieć do nich o to pretensje.

Tym samym korzystanie z nieautoryzowanego dostępu stało się normą, i to normą dla wszystkich, bez względu na to, czy jest się zwolennikiem obecnej reformy szkolnictwa wyższego, czy jej przeciwnikiem (skrajnie upraszczając: wśród humanistów toczy się spór, na ile sensowny jest nacisk na publikowanie tekstów polskich badaczy w zagranicznych pismach i szerzej – udział w międzynarodowej dyskusji, do której dostęp jest utrudniony także przez trudności z dostępem do samych pism). Pisałem o tym zresztą w artykule do „Tekstów drugich”, które niebawem powinny się ukazać – pozwalam sobie na wklejenie fragmentu, bo nie ma sensu pisać tego samego raz jeszcze:

Znaczące, że w toczącej się na łamach „Przeglądu Socjologii Jakościowej” dyskusji na temat reformy szkolnictwa wyższego, kładącej nacisk na obecność w czasopismach anglojęzycznych, nawet najbardziej radykalnie brzmiący tekst Piotra Sorokowskiego, atakujący Izabelę Wagner, dzielącą się swoimi wątpliwościami co do fetyszyzowania publikacji zagranicznych, jako odpowiedź na trudności z dostępem do tekstów proponuje nie rozwiązania systemowe, lecz nieformalne. Sorokowski pisze: „najważniejsze jest szybkie znalezienie choćby tytułu pracy z interesującej nas dziedziny w wyszukiwarkach naukowych. Późniejsze zdobycie go jest już bardzo proste – wystarczy e-mail z prośbą o jego przesłanie do autora”. Nie wikłając się w tym miejscu w samą dyskusję i doceniając korespondencję z zagranicznymi naukowcami jako okazję do nawiązania ciekawych kontaktów zauważę tylko, że dystrybucja nieformalna staje się oto normą, powszechnie akceptowaną odpowiedzią na konieczność funkcjonowania w systemie, w którym wymuszane jest korzystanie z zasobów w sposób formalny trudno dostępnych.

A przecież ta norma nie jest oczywistością – jeśli interesującej mnie powieści albo filmu nie znajdę w swojej bibliotece, nie piszę maila do twórców, żeby podesłali mi pliczek. Choć trzeba tu dodać jeszcze jeden wątek – w świecie akademickim wydawcy nieczęsto mają dobrą opinię. Autorzy częściej dopłacają do publikacji, niż na nich zarabiają. Świadczą też rozmaite przysługi na rzecz obiegu tekstów, choćby nieodpłatnie recenzując teksty innych. Co więcej, także ich praca badawcza jest finansowana w znacznej części ze środków publicznych – bo przecież także pracownicy uczelni prywatnych (tacy, jak ja), korzystają z państwowych grantów jako głównego źródła finansowania badań. Dofinansowywane są też same publikacje – przecież regułą jest, że wydawcy biorą pieniądze z grantów. Jednak w momencie, gdy książka opuszcza drukarnię, jest już nagle tylko zwykłym produktem, za który trzeba zapłacić. Trudno tę logikę obronić.

Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy polscy wydawcy książek naukowych żyją tak dobrze, jak najwięksi wydawcy zagraniczni. Wielu z nich balansuje na granicy rentowności. Niemniej jednak trzeba uporządkować zasady funkcjonowania treści, do wytwarzania których dokładają się wszyscy podatnicy. Dlatego muszą cieszyć plany MNiSW związane z promowaniem Open Access – o których wspomina Leszczyński. Ze swojej strony planujemy też włączyć się w tę dyskusję, uczestnicząc jako Centrum Cyfrowe w międzynarodowym projekcie „Shadow Libraries” – raport dotykający kwestii sposobów korzystania z treści na polskich uczelniach, jak i finansowania publikacji, powinien być gotowy pod koniec bieżącego roku.

Smutnym przypisem do historii o trudnym dostępie do publikacji naukowych jest informacja o wczorajszym samobójstwie programisty i aktywisty Aarona Swartza. O okolicznościach jego śmierci nie wiemy wiele, więc warto zachować dystans – wiele jednak wskazuje na to, że przyczyną był strach przed skazaniem w procesie o pobranie z serwera MIT 4 milionów artykułów naukowych pochodzących z bazy JSTOR (która w całej tej historii zachowała się bardziej przyzwoicie, niż samo MIT). Amerykański prokurator zakwalifikował ten czyn jako kradzież własności o wartości wielu milionów dolarów, a więc ciężkie przestępstwo – dlatego Lawrence Lessig swój poruszający tekst poświęcony Swartzowi zatytułował „Prosecutor as bully”. Bo to faktycznie dobry moment do refleksji: jak straszną zbrodnią jest nieautoryzowany dostęp do tekstów, nawet z zamiarem dalszego ich rozpowszechniania? Sytuacja jest tym bardziej absurdalna, że większość amerykańskich bibliotek uczelnianych udostępnia je swoim studentom za darmo. Rynek „pozauczelniany” jest nimi zainteresowany w stopniu zapewne bliskim zera, a z kolei czytelnicy z krajów, gdzie biblioteki akademickie mają mniejsze zasoby (w tym Polski), albo pozyskają je za darmo, albo nie przeczytają – ale na pewno nie zapłacą. Te miliony są więc absolutnie wirtualne. Pomimo tego Swartzowi groziło 35 lat więzienia i milion dolarów grzywny.

Już św. Augustyn wspominał o tym, że dyskusja o piractwie jest dyskusją o tym, kto ma władzę. Nie zawsze prawdą jest, że w gospodarce opartej na wiedzy mają ją ludzie, którzy tę wiedzę tworzą. Prawo często chroni tych, którzy na ich pracy żerują.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Większość dużych uczelni akurat do Jstora ma dostęp i nie jest problemem przejście się do biblioteki dla ściągnięcia tego, co kogoś interesuje – biblioteki są otwarte dla wszystkich. „Licencja krajowa” zapewnia natomiast WSZYSTKIM uczelniom (dużym, małym, prywatnym i państwowym) bezpłatny dostęp do naprawdę ogromnych zasobów największych naukowych wydawców świata. Z moich obserwacji wynika raczej, że trudno jest rozpropagować korzystanie z nich, szczególnie wśród starszej kadry. Poza tym wiele wydawnictw pozwala autorom na publikację tekstu (jego wersji przed obróbką wydawniczą) jednocześnie na swojej stronie czy gdzie chcą. Walorem baz kupowanych za ciężkie pieniądze (przez Ministerstwo) jest możliwość przeszukiwania ogromnych zasobów jednocześnie i korzystania z takich narzędzi jak linkujące przypisy, statystyka cytowań, podsuwanie podobnych tekstów i mnóstwa innych. Open access jest super, ale nigdy nie zapewni takiej precyzji wyszukiwania, bo musi w nią włożyć ciężką pracę duży sztab ludzi. W niektórych dziedzinach jest to bardzo ważne. Można sobie znaleźć za darmo artykuł online, ale już przeszukanie „głębokich” (czyli niewidocznych dla google) zasobów naukowych przez wzór chemiczny to nie taki łatwy pikuś.

  2. … dodam jeszcze, że jeśli już ktoś u nas nie ma dostępu do otwartej dla wszystkich uczelnianej biblioteki, to może przeszukiwać bazy czasopism online od siebie z domu i kupić (klikając w jeden prosty link) za klika dolarów pojedynczy tekst, który go interesuje. Pisanie do autora o darmową kopię to dziadowanie. Zresztą w niektórych przypadkach (np baz dysertacji dyplomowych) każde pobranie tekstu poprzez dostęp uczelniany przekłada się na zysk autora.

  3. @bibliotekara
    „kupić (klikając w jeden prosty link) za klika dolarów pojedynczy tekst, który go interesuje”

    Świetny pomysł! Zerknijmy więc do najnowszego numeru Cell. Pierwszy z brzegu artykuł kosztuje $31.50. Bibliografia typowej pracy to dobrych kilkadziesiąt pozycji, przyjmijmy 40. Niechby i połowa z nich była darmowa, to i tak trzeba by wysupłać ponad pół tysiąca dolarów na sam dostęp do artykułów, które będziemy cytować, a wiadomo, że przeczytać trzeba sporo więcej. Jeżeli chcemy publikować w systemie otwartym (Open Access), to dodatkowo podobną kwotę trzeba zapłacić za umieszczenie artykułu. I żeby było jasne, ani cent z tych pieniędzy nie idzie dla recenzentów!

    W moim zbiorze mam obecnie nieco ponad 1500 pedeefów. Jeszcze ani razu w swojej karierze nie skusiłem na kupno „poprzez jeden prosty link”. Parę razy prosiłem natomiast o kopię autorów. Widocznie dziad ze mnie totalny…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. bibliotekara: „? dodam jeszcze, że jeśli już ktoś u nas nie ma dostępu do otwartej dla wszystkich uczelnianej biblioteki, to może przeszukiwać bazy czasopism online od siebie z domu i kupić (klikając w jeden prosty link) za klika dolarów pojedynczy tekst, który go interesuje.”

    Przecietnie 30 dolarow. Czasami tylko po to aby po 15 mminutach stwierdzic ze to nei to czego szukamy.

    bibliotekara: ” Pisanie do autora o darmową kopię to dziadowanie. Zresztą w niektórych przypadkach (np baz dysertacji dyplomowych) każde pobranie tekstu poprzez dostęp uczelniany przekłada się na zysk autora.”

    To nei dziadowanie. To powszechnie przyjety zwyczaj. Wiekszosc naukowcow umieszcza swoje prace w formie umozliwiajacej natychmiastowe sciagniecie. Jezeli nie jest dostepne, to w ciagu `10 minut mozna dosatc kopie. Wymienianie sie „prerintami” ma tradycje od czasow Kopernika. Autor jest bardzo zadowoloby gdy ktos prosi o kopie, bo ma w ten sposob informacje o popularnoci pracy, lepsza i szybsza niz z „citation index”

    Biblioteki i ich obsluga sa kompletnie oderwane od rzeczywistosci. To pzrejaw Parkinsonizmu czystej wody. Kierownictwo biblioteki na jednej z najwiekszych uczelni technicznych w Polsce, na narzekania ze nie ma podstawowych czasopism, odparlo: „My teraz nie mamy pieniedzy. Ale jak bedziemy mieli, to kupimy wszystkie zalegle numery i bedziecie mogli je sobie poczytac”

    Z utesknieniem wspominam czasy Komuny. Rosjanie tlymaczyli ksiazki z „Zachodu” i w ciagu miesiaca byly dostepne w ksiegarni na Nowym Swiecie lub w Palacu Kultury za cene zblizona do ceny filizanki kawy. Rosjanie wydawali tez „express informacje” z tlumaczeniami podstawowoych artykulow z ostatniego miesiaca.

    Dzis nic z tego nei zostalo, a 50 dolarowa ksiazka jest dzis tak samo niedostepna jak za Komuny, a biorac pod uwage brak owych tlumaczen – nawet bardziej niedostepna Wiec prosze sie nie dziwic ze za komuny polska nauka stala lepiej niz dzis. Nauka, tak sie sklada, bazuje na informacji. Bez wymiany informacji, sprowadzi sie do odkrywania kola

  6. „Walorem baz kupowanych za ciężkie pieniądze (przez Ministerstwo) jest możliwość przeszukiwania ogromnych zasobów jednocześnie i korzystania z takich narzędzi jak linkujące przypisy, statystyka cytowań, podsuwanie podobnych tekstów i mnóstwa innych. Open access jest super, ale nigdy nie zapewni takiej precyzji wyszukiwania, bo musi w nią włożyć ciężką pracę duży sztab ludzi.”

    Możliwość przeszukiwania (oraz reszta wymienianych przez Ciebie funkcji) w Open Access niczym się zasadniczo nie różnią, bowiem oporogramowanie i algorytmy dostaraczają na ogół te same firmy, które obsługują bazy zamknięte. To tylko kwestia zamówienia odpowiedniej fukcjonalności, nic więcej.

    Śmiem twierdzić, że przy obecnych technologiach to bazy zamknięte pozostają w tyle i w niedalekiej przyszłości nie pozostanie im nic innego jak tylko się otworzyć albo zginąć (oczywiście nie we wszystkich branżach będzie to możliwe, choćby przez wzgląd na specyfikę rynków i interesów inwestorów). Myślę, że wraz z upadkiem modelu zamkniętego, zapadną się również biblioteki w tej postaci, jaką jeszcze znamy – budynki i znaczna część infrastruktury zwyczajnie przestanie być potrzebna, skoro każdy w domu będzie miał dostęp do pożądanych informacji. Natomiast profesjonaliści w dziedzinie informacji naukowej będę potrzebni jeszcze bardziej, niż obecnie.

  7. ?Walorem baz kupowanych za ciężkie pieniądze (przez Ministerstwo) jest możliwość przeszukiwania ogromnych zasobów jednocześnie (…). Open access jest super, ale nigdy nie zapewni takiej precyzji wyszukiwania, bo musi w nią włożyć ciężką pracę duży sztab ludzi.?

    Ale do tego nie potrzeba być wydawcą. Tym może się zajmować osobna instytucja. I chyba żądanie pieniędzy za abonament dostępu do ciężko wypracowanej bazy danych jest uczciwsze niż żądanie pieniędzy za pracę recenzentów, którym się nie płaci, za pracę naukowców, którym się nie płaci, i, jak w przypadku mojego instytutu, pracę korektora językowego, za którego wydawca również nie zapłacił (zapłaciliśmy my, z grantu – czyli podatnik).

  8. Ta dyskusja ma kontynuację – Leszczyńskiego w sobotniej „Gazecie” krytykuje prof. Jacek Raciborski, założyciel i szef wydawnictwa Scholar, fragment listu dostępny jest tutaj (reszta dostępna dla abonentów Piano): http://wyborcza.pl/magazyn/1,130290,13260355,Niemoralny_apel__naukowcu__zostan_piratem.html?bo=1

    Jak to zwykle bywa, każdy akcentuje to, co dla niego wygodne – prof. Raciborski też uważa, że Open Access to niższy standard (z czym osobiście się nie zgadzam, zwłaszcza, że biorąc pod uwagę że jest to inicjatywa relatywnie nowa, powinno być coraz lepiej), sugeruje również, że ministerialne plany przekładają się na faktyczne wycofanie dofinansowania dla wydawców, a tym samym ich rychłe bankructwa (co znów wydaje mi się pewną przesadą, bo jednak ogromna część obecnych publikacji z dofinansowania korzysta; choć równocześnie rozumiem niepokój wydawcy).

    A w tym wszystkim pojawia się jeszcze jeden problem, który warto byłoby poruszyć, zanim MNiSW podejmie jakieś wiążące decyzje. To fundamentalne pytanie, czy państwo chcąc wspierać naukę powinno pompować pieniądze w dotychczasowy system, w którym głównymi graczami są wydawcy (co jest racjonalne ekonomicznie, ułatwi dostęp do tekstów, ale równocześnie podtrzyma status quo), czy raczej próbować rozwijać system alternatywny (co z kolei wydaje się rozwiązaniem optymalnym, ale na różnych poziomach kłopotliwym).

  9. Żeby nie mnożyć wątków w różnych miejscach, wrzucam to tutaj – dobra myślę informacja o obniżce kosztów publikacji w piśmie Open Access wydawanym przez Sage: http://sageconnection.wordpress.com/2013/01/23/sage-makes-open-access-more-accessible-to-social-science-and-humanities-scholars/ To chyba pokazuje, że nie do końca jest tak, jak sugeruje prof. Raciborski – że OA skazane jest na funkcjonowanie poza najlepszymi bazami. A przy okazji – na model OA przeszedł też kulturoznawczy kwartalnik „Kultura popularna”, który mam przyjemność współtworzyć. Nowy numer o e-folklorze możecie pobrać stąd: http://journals.indexcopernicus.com/abstracted.php?level=4&id_issue=863206

  10. Takie kwestie ocierające o moralność nigdy nie są łatwe do rozstrzygnięcia. Ja jestem zwolenniczką swobodnego dostępu do informacji – większa informacja to społeczeństwo bardziej wyedukowane, społeczeństwo bardziej wyedukowane to społeczeństwo świadome. W dużym uproszczeniu, ale tak po prostu jest.

  11. Uważam, że żałośni są ci którzy są tak anty nastawieni do wolnego dostępu do źródeł naukowych. Rozumiem, że jeśli ktoś coś stworzył to chce za to zapłatę, tylko że zazwyczaj on tą zapłatę otrzymuję ale w nieco innej formie. Oczywiście głównie wtedy gdy jego dzieło jest cenione i znane. Z kolei jeśli ktoś napisał beznadziejną książkę to jej nie kupi nawet wtedy jeśli nie będzie mógł jej pozyskać z innego źródła. Pamiętam jak na studiach jeden z Profesorów powiedział, że jeśli ktoś przyniesie na egzamin jego książkę i poprosi o autograf to ma zapewnione 3…

  12. tekst Leszczyńskiego może był ważny, bo poruszał temat do tej pory w gazecie nieruszany, ale widać z tego tekstu, że redaktor nie do końca zna temat. Praktycznie Polacy mają w tej chwili dostęp do bardzo wielu baz danych naukowych i komercyjnych przez biblioteki akademickie albo bez nich. za komuny nie mieli i 1/3 tego. Wiem, co mówię bo pracuję w informacji od lat 80-tych. Każde pozyskanie pracy naukowej jest dobre, czy to z biblioteki czy od autora, to są faktycznie zwyczaje od lat ukształtowane w nauce i nikogo nie dziwią. Wraz z Internetem pojawiły się nowy model komunikacji naukowej – otwarty – przerywający monopol wydawców komercyjnych.
    tarz mamy na rynku i płatne i bezpłatne bazy danych. nie ma czegos takiego jak nieformalne repozytoria (chyba ze autor ma na mysli nienaukowe archiwa, ktore pozwalaja kazdemu wrzucac, to co mus sie widzi). Naukowe repozytoria, ktorych jest ponad 2200 w świecie sa umocowane przy instytucjach, ich zasoby są sprawdzone i prawnie uregulowane. Pokazuje one ponad 40 mln prac naukowych wysokiej jakości za darmo, kazemu chętnemu, bogatemu i biednemu.

    Bibliotekarka która pisze, ze szukanie materiałów otwartych jest trudniejsze, niż komercyjnych, chyba nie zna wszystkich metawyszukiwarek światowych, czy katalogow, ktore kumuluja zasoby naukowe i można je szybko znaleźć.

    Polecam BASE – robiona na uniwersytecie w Bielefeld, ktora jej wszystko pokaże, http://www.base-search.net/
    Obecnie w BASE: 42.821.331 dokumenty z 2.485 źródeł

    Ruch open access stworzyli naukowcy dla siebie, by sie wymieniac wiedzą, tu jest troche statystyk, jak wyglada wzrost liczby repozytoriow
    http://www.opendoar.org/ na świecie. To moze wystarczy za inne argumenty.

  13. prof. Raciborski też uważa, że Open Access to niższy standard (z czym osobiście się nie zgadzam,
    ————————————————
    Pan profesor musilaby nam udowodnic, ze najwieksze otwarte repozytorium świata arxiv (które dla każdego fizyka jest najważniejszym w tej chwili miejscem wymiany wiedzy) ma gorsze jakosciowo tresci od tego co publikuje dowolny wydawca.
    http://arxiv.org/
    Open access to 827,086 e-prints in Physics, Mathematics, Computer Science, Quantitative Biology, Quantitative Finance and Statistics
    —————————————————————
    zwłaszcza, że biorąc pod uwagę że jest to inicjatywa relatywnie nowa, powinno być coraz lepiej),

    Ruch open access i model komunikacji naukowej OA nie jest nowy, pierwsze archiwum fizykow powstalo w 1992 roku w Los Alamos. Nawet w Polsce juz bibliotekarze pisza o tym od roku mniej wiecej 2002.
    ————————————————————–
    sugeruje również, że ministerialne plany przekładają się na faktyczne wycofanie dofinansowania dla wydawców,

    nieprawda – wydawcy zawsze swoje zarobią, jesli potrafia isc z duchem czasu i trendami:

    pani Kudrycka juz finansuje wielekich wydawcow płacąc im ponad 150 mln rocznie za dostep do światowych prac naukowych, osobno płaca wielkie uczelnie kupujac literaturę poska i światową, MNiSW chce finansowac publikowanie otwarte tak jak w projekcie Springer Open Choice – daje pieniadze wydawcy naukowemu, ale za tio che miec publikację otwartą. Wydawca zarabia, takze polski: np. Versita.
    —————–

    a tym samym ich rychłe bankructwa

    zbankrutują ci, którzy nie potrafią sie zmieniac, nie potrafią tak jak Elsevier, Springer, Wiley zobaczyć, ze na modelu open access tez mozna zarobic.
    Polecam wydawcom i profesorom, ktorzy z nimi płaczą strony: Springer Open http://www.springeropen.com/
    Elsevier Open Access http://www.elsevier.com/about/open-access/open-access-options
    Wiley Open Access http://www.wileyopenaccess.com/view/index.html

    Oni nie płaczą, oni szukaja rozwiązań

  14. Bardzo dziękuję za super-treściwy komentarz, dodam tylko, że pisząc o nieformalnych repozytoriach miałem na myśli właśnie serwisy umożliwiające wrzucanie dowolnych treści, zazwyczaj rosyjskie i o niejasnym statusie prawnym – które, przynajmniej w humanistyce, są dziś istotnym źródłem treści, wykorzystywanym od poziomu studentów po profesorów. Bo oczywiście dostęp staje się coraz łatwiejszy, ale – choć to zapewne subiektywne odczucie – wciąż nie brak sytuacji, w których te shadow libraries są jedyną alternatywą dla pisania maila do autora albo poszukiwania znajomego na zagranicznej uczelni (oraz oczywiście kupna).