Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

19.02.2013
wtorek

Post-telewizja pełną gębą

19 lutego 2013, wtorek,

1 lutego 2013 to kolejna symboliczna data dla rozmywania się granic pomiędzy telewizją a internetem. To wtedy premierę miała seria „House of Cards”, wyprodukowana przez amerykańską sieciową wypożyczalnię Netflix.

Netflix, posiadający w Stanach 29 milionów subskrybentów, realizując adaptację serii BBC, wkroczył na podwórko zdominowane do tej pory przez amerykańskie kablówki. I namieszał, na różnych poziomach: o serii zrobiło się głośno za sprawą producenta i sposobu dystrybucji (w tym faktu, że w dniu premiery, wychodząc naprzeciw „internetowym” sposobom oglądania, udostępniono od razu wszystkie 13 odcinków pierwszego sezonu). I choć serię można ściągnąć z sieci p2p, to znam kilka osób, które dla „House of Cards” zadały sobie trochę trudu, żeby oszukać Netfliksa inaczej – zdobyć amerykańskie IP i tym samym szansę na zapłacenie serwisowi.

Przyznam, że do „House of Cards” zabierałem się z pewnym dystansem, nie oczekując zbyt wiele. Może dlatego dałem się przyjemnie zaskoczyć: jest bardzo, bardzo dobrze. W historii telewizji ta produkcja zapisze się zapewne głównie ze względu na sposób dystrybucji, pozycji „The Wire” i „Breaking Bad” nie zagrozi , ale obejrzeć warto. Jak napisała ostatnio Emily Nussbaum, „to medytacja na temat braku moralności, mówiąca nam to, co większość z nas już doskonale wie”. Mam jednak wrażenie, że pewna zachowawczość serii jest starannie wykalkulowana: budżet (100 mln USD na dwa sezony), temat (kulisy waszyngtońskiej polityki), pojawiające się na liście płac nazwiska (m.in. Kevin Spacey i David Fincher), zabiegi formalne (bohater zwracający się do widzów w sposób lokujący się między „American Beauty” a Szekspirem) to w pewnym sensie odpowiedź na sukcesy podobnych serii w ostatnich latach. Netflix swoją pierwszą produkcją nie pokonał HBO, ale wskoczył do tej samej ligi.

Kolejne poczynania Netfliksa będą pewnie okazją, żeby śledzić (nieodległą) przyszłość telewizji (oczywiście nie jako takiej, tylko jej skoncentrowanego na treściach wysokiej jakości i kierowanego do widowni „wysokiej jakości” wycinka). Wbrew pozorom, choćby za sprawą mechanizmu rekomendacyjnego usługi, Netflix może sobie poradzić bez gigantycznych nakładów na marketing. Te kwestie porusza zresztą dyskutowany ostatnio przez wiele osób tekst Andrew Leonarda z Salon.com, skoncentrowany na możliwych konsekwencjach tego, że Netflix dysponuje możliwościami śledzenia widowni, jakich nie ma żaden inny dostawca telewizji (choć pewnie po prostu wyznacza nowy standard). Wie co, kiedy i na jakim urządzeniu oglądamy. Rejestruje wszystkie działania na samym filmie – pauzy, przewijanie itp. Wie, czego poszukują widzowie, wie też, jakie wystawiają oceny. Przede wszystkim jednak zbiera dane o całej swojej widowni. Czyli jeśli kilka procent widowni w podobnym momencie zatrzymuje odcinek, to może to być przypadek, przerwa na zrobienie herbaty. Ale jeśli robi to więcej osób, to sygnał, że serial zaczyna nudzić. „Wiemy co ludzie oglądają w Netfliksie i na bazie ich zachowań z wysokim stopniem pewności potrafimy określić, jak duża jest prawdopodobna widownia określonego programu” – mówi cytowany przez Leonarda (cytującego tekst z „Wired”) Jonathan Frieland, szef komunikacji Netfliksa. Po okresie kwestionowania precyzji badań widowni, nastały czasy niemal kompletnych danych margines niewiedzy na temat preferencji widzów robi się naprawdę niewielki. Zwłaszcza, że Netflix obsługuje obsługuje wiele urządzeń, kontrolując całą sieć ekranów, z których korzystają abonenci, a nie tylko ten główny, podłączony np. do set top boksa.

I choć wszystkie te informacje mogą brzmieć nieco przerażająco (w takim duchu pisze o nich Leonard), to sądzę, że są też pozytywy. Przede wszystkim taki, że przyzwyczailiśmy się chyba, że producenci telewizyjni wynikami badań tłumaczą zazwyczaj tworzenie programów delikatnie mówiąc przeciętnych – to nie ich wina, tylko preferencje widowni. Jeśli więc śledząc swoich widzów, oczywiście specyficznych, Netflix robi tak dobry show i zakłada, że na tym zarobi, to można się chyba także trochę ucieszyć.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Chleba i igrzysk Panie Mirosławie. Chleba i igrzysk…

  2. Oszem, brzmi przerażająco.

  3. Wcale nie brzmi przerazajaco, chyba dla TV. Przez lata mialem telewizje kablowa, teraz tylko Netflix. Kosztuje 10 razy mniej niz TV przez kabel, czy z satelity, a wybor wiekszy i o dowolnej porze dnia i nocy. Sa juz tez w sieci programy telewizyjne, ale to wszystko tak nieudane, ze Netflix bije wszyskich na glowe.

    Oryginalny, brytyjski serial „House of Cards” tez ogladalem na Netflix, wiec do amerykanskiej adaptacji podszedlem z duza rezerwa. I zostalem zaskoczony. Oparty na tych samych motywach, nawet z podobnymi charakterami, zostal wspaniale zrobiony.

    Nie dziwie sie zatem, ze przeraza to wszystko telewizyjnych producentow. Przestarzala technologia laduje w koszu. Wiadomosci moge sobie sprawdzic co 5 min., czyli szybciej niz ukaza sie na CNN, dostep do rozrywki, filmow mam w sieci praktycznie nieograniczony – wiec po co mi telewizja?

    Pozdrawiam.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Oczywiście można postawić pytanie, czy to właśnie nie jest dzisiejsza telewizja – a przynajmniej jedna z jej wersji 🙂

  6. Z ciekawoscia obserwuje BRAK dyskusji na ten temat. Bo dostep do wszystkiego w sieci z cala pewnoscia nie jest nowa telewizja. Ulice nie pustoszeja, gdy nadaje sie w telewizji cos specjalnie interesujacego (czy to mecz, czy kolejny odcinek serialu – Dynasty przychodzi na mysl). Przede wszystkim stracily na znaczniu monopole telewizyjne, bo poprzez rozwoj telewizji kablowej i satelitarnej nastapila fragmentacja rynku, co pociagnelo za soba spadek oplacalnosci sprzedazy reklam, a teraz siec dobija juz monopole calkiem. Jakby tego malo, to w sieci o wiele trudniej sie reklamowac (w porownaniu do telewizji), bo reklamy mozna przewinac, albo korzystac z innego zrodla. Monopole telewizyjne, probujace wykorzystac siec do transmitowania swoich programow raczej nie odnosza sukcesow. Wiec kres klasycznej telewizji widac na horyzoncie, podobnie, jak kiedys – radia, ktore bylo jedynym srodkiem masowego przekazu, dzis zredukowanego do „halasu w tle” (background noise), ktorym ewentualnie interesuja sie wylacznie kierowcy w drodze do i z pracy.

    Pozdrawiam.

  7. Może nie w tym poście, ale trochę tych dyskusji było – sam w 2009 organizowałem konferencję na ten temat (zajawka była tutaj: http://kultura20.blog.polityka.pl/2009/01/13/jak-ogladacie-seriale), powstały dwie książki („Post-soap” z polskimi tekstami i „Zmierch telewizji?”, z tłumaczeniami). I oczywiście nie ma tam definitywnych rozstrzygnięć, bo być nie może, niemniej nie sądzę, żeby brak pustek na ulicach o godzinie X dyskwalifikował te nowe formy dystrybucji jako telewizję. Skończył się czas masowej widowni po prostu, ale to ciągle jest telewizja, albo jedna z jej wersji, bo oczywiście leżenie przed telewizorem i wciąganie po kolei wszystkiego też wciąż ma swoje znaczenie. Oczywiście nie bardzo lubimy to określenie, bo stereotypowo telewizja jest postrzegana jako antyteza internetu, ale w tym też nie jesteśmy oryginalni – HBO od lat przecież buduje swoją strategię na przekonywaniu odbiorców, że jest nie-telewizją. I nieźle sobie radzi, przy okazji zasilając kasę swojego właściciela, jednego z tych (znów: nielubianych) medialnych kolosów, Time Warner.

  8. Zawsze gdzies jest zdzblo prawdy, ale ja obserwuje nastolatki, dzieci moich znajomych, ktore juz w ogole nie ogladaja telewizji, w dotychczasowej postaci. Owszem ogladaja interesujace ich filmy, jesli czas nadawania nie koliduje z innymi zajeciami, ale glownie rozrywke znajduja w sieci. W ogole niewyobrazalne dla nich jest koniecznosc obejrzenia czegos o okreslonej porze. Albo jest to w sieci, albo na dysku, albo w kinie. Jesli tego nie ma, to nie istnieje. Ich rodzice tez juz traktuja TV, jako tlo. Cos tam brzeczy, ktos tam gada, ale malo interesuja sie trescia. Ja pamietam z zamierzchlych czasow, gdy TV w PRL nadawala Bonanze i Znak Zorro akurat w porze mszy niedzielnej. No i jakie dziecko chcialo isc na nudna msze, gdy nadawano takie ciekawe filmy. Byl to wiec srodek manipulacji, ktory juz nigdy nie odzyska takiej pozycji. Wiadomosci (juz w USA) tez ogladalo sie uwaznie, bo jak sie przegapilo, to byly dopiero w jutrzejszej gazecie. Na tym cala potege wybudowal Ted Turner z CNN. Dzis jest Internet, Twitter i wiadomosci mamy szybciej niz TV.

    HBO buduje dalej potege, ale juz nie nadawaniu, tylko na oryginalnej realizacji swoich programow. Ale tez wychodzi z mody, bo pay-per-view, Netflix, Blockbuster oferuja konkurencje nie do przebicia. Wiec HBO stalo sie raczej producentem niz nadawca. Maja swoj kanal, ale co ztego, gdy popularnosc spada. Wyglada na to, ze coraz mniej ludzi chce byc przywiazanych do odbiornika, optujac za platnym serwisem w sieci – taniej i „kiedy chce”.

    Stad widze zmierzch TV, ktory zapewne nie nastapi zbyt predko, ale juz w nastepnym pokoleniu bedzie to wygladalo inaczej.

    Oczywiscie, ze giganty nie padna, tylko przerzuca sie na nowy model przekazu, w sieci. Jak sobie poradza z, do tej pory, dojna krowa w postaci reklam – nie wiem. Wiele juz czytalem na temat „monetyzacji”, czyli wprowadzenia minimalnych, kilkugroszowych oplat, ale na razie nie wynaleziono na to oplacalnego sposobu. A siec przyzwyczaila wszystkich, ze jest za darmo. Inaczej by sie nie rozwinela.

    Pozdrawiam.

  9. Pełna zgoda, zmienia się model, coraz częściej z nadawczego na producencki/wydawniczy – więc dla widowni, a przynajmniej tej części, która podchodzi do oglądania selektywnie, to zmierzch telewizji, jaką znaliśmy. Ale równocześnie na poziomie społecznym funkcje są podobne, choć oczywiście na mniejszą skalę: kiedyś niemal wszyscy oglądali „Kobrę” (choć w moim wypadku bardziej „Czterech pancernych” i „Pszczółkę Maję”), dziś niemal wszyscy moi znajomi oglądają te same amerykańskie serie. A przy tym mam absolutną pewność, że w wielu domach skrajnie tradycyjne oglądanie telewizji wcale nie wymiera – bo jest częścią jakiegoś stylu życia, bo wiele osób po pracy nie ma siły ani ochoty na podejmowanie decyzji, bo telewizor jest teksturą tła podczas odpoczynku.

  10. „Telwizor tekstura tla” – bardzo mi sie podoba taka aliteracja. Tez to zauwazylem, ale rzadziej i rzadziej, przewaznie posrod starszych osob. Ale glownie tych, ktore nie podchodza do komputera. Mlodsze pokolenia patrza juz inaczej. Nie moge sie powolywac na zadne badania (choc pewnie sa), tylko na osobista obserwacje, ze telewizor chodzi non-stop, tylko nikt niczego nie oglada. Jak pisalem, dawniej puszczalo sie radio, w tle, dzis – jeszcze – telewizje, ale malo ludzi na to zwraca uwage. Bedac w Polsce zwrocilem mimochodem uwage, ze nawet to juz najstarsze pokolenie nie zwraca uwagi na telewizje. Tzn. obraz jest, dzwiek zmniejszony do minimum i – jak pisal Wiech – stalo sie to takie ”radio z lufcikiem” – proroczy opis.

    Ale dyskusja ciekawa i na pewno nie toczaca sie tylko tutaj, bo wielu ludzi lamie sobie glowy, jak zapewnic oplacalnosc telewizji, a prostego rozwiazania nie ma. Zreszta widac to po polskiej TVN – czasy wielkich stawek dla aktorow seriali sie skonczyly. Latwiej zrobic „reality show” z amatorami, ktorym sie nie placi, niz wysoko platny serial. Seriale jeszcze ida, ale bedac dostepne w sieci, maja coraz mniejsze wziecie wsrod reklamodawcow. Abonamentu nie chce nikt placic, wiec z czego ta telewizja ma sie teraz utrzymac?

    Podobnie, jak Autor, mysle, ze model musi sie zmienic i to stosunkowo szybko.

  11. Jeszcze jeden link w temacie – Evgeny Morozov z odniesieniami do tekstu Leonarda: http://www.slate.com/articles/technology/future_tense/2013/03/fuzz_fivebooks_will_algorithms_kill_artistry_and_creativity.single.html

  12. Ciekawy artykul, ale wnioski nieslychanie wyolbrzymione, by nie rzec – nadmuchane. Wiekszosc ksiazek i widowisk powstaje na zasadzie formuly i wiedza o tym i wydawnictwa i producenci filmowi i telewizyjni. Opisal to juz Ray Bradbury w 1948 roku w powiesci Fahrenheit 451, gdzie przedstawil interaktywny serial telewizyjny „Rodzinka”. Wiec koncept jest bardzo stary, podobnie jak wypowiedzi muzykow na temat reakcji publicznosci. Skad wzial sie „minorowy” nastroj? Dlaczego sluchacze wpadaja w trans przy dzwiekach bebnow wudu?

    Odkrywanie Ameryki to nie jest, a zastanawianie sie, czy algorytm wyeliminuje kreatywnosc jest bez sensu. Zeby posluzyc sie osobistym przykladem, wczoraj czytalem Jasnorzewska, potem siegnalem po Petrarke, przy dzwiekach Kammerflimmer Kollektief (dzieki – Bartek Chacinski). Jaki algorytm moze to przewidziec? Wiec nie obawialbym sie o kreatywnosc i jakies zglajszachtowanie kultury w pelnym tego slowa sensie. Pop kultura i tak juz jest papka nie do przelkniecia, ale robi swoje pieniadze, na masach o slabym wyksztalceniu i smaku. Zawsze tak bylo. Jelenie na rykowisku i Elvis na czarnym aksamicie zawsze sprzedawaly sie dobrze.

    Pozdrawiam.