Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

1.04.2013
poniedziałek

„Nature” o Open Access

1 kwietnia 2013, poniedziałek,

Otwieranie dostępu do treści kultury finansowanych ze środków publicznych budzi emocje i spory. Jest jednak obszar, w którym otwartość budzi mniej kontrowersji – nauka. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Przemianom naukowego rynku wydawniczego, ich wpływowi na możliwy rozwój karier akademickich, ale też specyfice poszczególnych dyscyplin, różnie reagujących na trend otwierania zasobów, poświęcone jest nowe, w całości dostępne online, wydanie specjalne magazynu „Nature”.

„Nature” jest jednym z najbardziej prestiżowych (i najwyżej punktowanych) pism naukowych i w dyskusji o Open Access aktywnie uczestniczy od dawna. Jeśli ją śledzicie, nowy zestaw tekstów niczym was nie zaszokuje – zresztą we wstępie do tego wydania pojawia się stwierdzenie, że argumenty „za” i „przeciw” nie zmieniają się i znamy je wszystkie przynajmniej od dekady. Co nie znaczy, że nie znajdziecie tam niczego nowego – ja znalazłem. I nie chodzi mi tylko o ciekawe dla humanisty informacje, że w podejściu do otwartości przedstawiciele różnych nauk przyrodniczych zajmują radykalnie odmienne stanowiska (w roli największych przeciwników otwartości obsadzono chemików, być może ze względu na bardziej bezpośrednie niż w wypadku np. biologii powiązania z rynkiem).

To wydanie jest też jednak pewnym podsumowaniem dyskusji o OA, które w wielu dyscyplinach, jak astronomia, matematyka czy fizyka, jest już po prostu standardem. Pisze o tym Stephen Pincock, zwracając uwagę, że ważną rolę odegrały tu m.in. wymogi stawiane przez grantodawców. Ale znajdziecie tu także wątki bardziej przyziemne – związane choćby z wciąż istniejącym ryzykiem, że publikacja w pismach Open Access może być z perspektywy kariery akademickiej złą inwestycją. Powraca też problem obciążania kosztami publikacji autorów (w roku 2011 takie rozwiązanie deklarowała co czwarta redakcja pisma OA, a średnia opłata wynosiła 900 USD – choć warto tu przypomnieć, że przecież niekoniecznie badacze mają płacić za to z własnej kieszeni, a przy skutecznym działaniu rozwiązań takich jak planowane przez MNiSW, gdy ten koszt bierze na siebie państwo, globalnie oszczędzamy, bo przecież ten wydatek zwróci się gdy kilkadziesiąt osób ściągnie tekst nie musząc za niego płacić). Przy tej okazji pojawia się też informacja o eksperymentach z nowymi modelami finansowania OA, odchodzącymi od opłaty za każdy tekst na rzecz modeli abonamentowych (oczywiście w towarzystwie powracających, dobrze znanych informacji o zdzierstwie największych wydawców). Choć warto dodać, że dwa teksty w zestawie poświęcone są patologiom, które na OA wyrosły – przede wszystkim problemowi rosnących jak grzyby po deszczu nierzetelnych wydawnictw.

Niezwykle ciekawy jest też tekst o bibliotekach, a dokładniej o tym, że najlepsze amerykańskie biblioteki uniwersyteckie starają się być jeszcze bardziej aktywnym uczestnikiem procesu badawczego. To fascynujący wątek, zwłaszcza w kontekście dokonującego się przecież i u nas wymyślania bibliotek na nowo. Równocześnie jednak trudno mieć złudzenia, że tak silne, jak opisywane w tekście wsparcie dla badaczy to coś, na co pozwolić sobie będą mogły nieliczne jednostki, i to nie tylko w Polsce.

Polecam lekturę całości, czytając te teksty nie tylko przez pryzmat światowej nauki. OA jest bowiem udanym – chyba już można tak powiedzieć – przykładem łapania (bo trwałe złapanie chyba możliwe nie jest) balansu między ekonomią, dbałością o jakość treści i możliwościami niemal bezkosztowego ich rozpowszechniania. Przy tym jest też dobrym przykładem napięć pomiędzy formalnym i nieformalnym obiegiem (bo choć akademicy i przed internetem wymieniali się tekstami, to teraz ten dostęp ma zupełnie inną skalę). Drugi istotny wątek to odniesienie całości do polskich realiów. I tutaj wydaje mi się mamy podstawy do pewnej dozy optymizmu. Gdy rozmawiamy o komercyjnym rynku wydawnictw naukowych, jego zestawienie w wypadku Polski z sytuacją np. na rynku amerykańskim jest w wypadku większości dyscyplin groteskowe. Większość polskich publikacji naukowych bez wsparcia państwa nie miałaby szans się ukazać (nie wspominając o przypadkach, w których grant jest podstawowym powodem przygotowania publikacji). Dlatego postulowane przez MNiSW wsparcie dla OA, a równocześnie coraz silniejszy oddolny zwrot w tym kierunku sprawia, że cała ta sytuacja staje się w moim odczuciu zdrowsza – skoro bez publicznych pieniędzy ani rusz, to chociaż skończmy z niewygodnym, nie tylko ze względu na koszty, dostępem i fikcją mikroskopijnych nakładów. I to się dzieje. Czytane w tej perspektywie „Nature” okazuje się więc być publikacją zaskakująco bliską także naszym, polskim nadziejom i problemom.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Szkoda, że teksty w Nature nie są dostępne na licencji CC. Moja pierwsza myśl była taka, że na pewno warto by to było przetłumaczyć. A tu klops.