Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

1.04.2013
poniedziałek

Przypadek „Veroniki Mars” – koniec czy początek crowfundingu?

1 kwietnia 2013, poniedziałek,

Czy „Veronica Mars” zniszczyła Kickstartera? – pyta w „Slate” Sam Adams. Bardzo mi się to pytanie podoba, z kilku powodów. Zamiast o „zniszczeniu” i „śmierci” proponuję jednak myśleć z perspektywy końca wieku niewinności.

„Veronica Mars” to kultowy serial amerykański zakończony po trzech sezonach w 2007 roku. Serial, którego reżyser porozumiał się z posiadającą prawa do brandu firmą Warner Brothers, i podjął próbę sfinansowania nowego filmu z cyklu, z pomocą akcji crowdfundingowej na Kickstarterze. W chwili gdy to piszę zostały dwa tygodnie do końca akcji – i zebrano już ponad 4 miliony dolarów (w tym 2 miliony w 12 godzin; więcej zebrano jedynie na aukcjach zegarka Pebble i konsoli OUYA, ale nigdy tak szybko – no i aukcja ciągle trwa).

Dlaczego więc tak udana aukcja miałaby oznaczać początek końca Kickstartera? Krytycy zauważają, że czym innym jest finansowanie niszowych produkcji przez twórców, a czym innym pozyskiwanie budżetu na produkcję jednego z największych studiów filmowych. Sprawa nie jest do końca prosta, bo inicjatorem akcji jest reżyser, który nie ma możliwości wykupienia praw od Warner Brothers. Ale fakt pozostaje faktem – finansując crowdsourcingowo produkcję wytwórnia niejako „nabiera” fanów, na wyłożenie pieniędzy na starcie – gwarantując sobie w najgorszym wypadku pokrycie kosztów produkcji (nawet jeśli film będzie klapą – a nie będzie). Do tego okazuje się, że stawki na Kickstarterze są zaskakująco wysokie – nagroda w postaci linka do cyfrowej kopii filmu jest przyznawana przy składce na poziomie czterokrotnej ceny biletu do kina.

Śmieszy mnie teza o „zniszczeniu Kickstartera” – bo tego rodzaju argumentów używa się zazwyczaj w odniesieniu do papierowych książek czy płyt na CD, a nie serwisu znajdującego się w sieciowej awangardzie. Myślę, że należy raczej mówić o końcu okresu niewinności tego serwisu. Los taki spotkał już niejeden serwis – Allegro nie zawsze było rodzajem sklepu internetowego, a w czasach Friendstera sieci społecznościowe były czymś naprawdę rzadkim i dziwacznym. Nie wiem więc, czy jest się czym tak naprawdę martwić, a tym bardziej czym dziwić. Grozi nam bowiem popadnięcie w myślenie w kategoriach „wszystko ostatecznie okazuje się być rozgrywką wielkich korporacji” (wystarczy jeden Wojtek Orliński uporczywie serwujący tę tezę). Zresztą niewinność Kickstarter już stracił, a granic do przekroczenia było już kilka – dla mnie kluczowy „przeskok” pojawił się wraz z finansowaniem masowo produkowanych produktów, w ramach akcji, w których udział oznaczał tak naprawdę wykupienie egzemplarza przed, a nie po momencie produkcji. Komentatorzy zauważali wtedy, że lepszy dla małej firmy Kickstarter, niż kredyt bankowy.

Mamy więc do czynienia z kolejnym przypadkiem „kończyzmu”. Lepszą alternatywą jest myślenie hybrydowe, które ćwiczyliśmy z Mirkiem przy „Obiegach kultury” – wiele procesów w Sieci okazuje się być dziwną mieszaniną elementów wielkiego biznesu i szczerej, oddolnej aktywności. Oraz fluktuacją tego co znane i dotychczasowe, oraz tego co nowe.

Należy raczej uznać, że dojrzałe platformy sieciowe są przestrzeniami lub ekosystemami, w których projekty korporacyjne i prywatne lub alternatywne współistnieją obok siebie. I należy raczej zastanowić się, jakie warunki powinny być spełnione, by wspierać także niewielkie, niszowe inicjatywy i uczciwie traktować oddolnych, crowdfundingowych sponsorów kultury.

Po pierwsze, zbierający w ten sposób środki twórcy powinni oferować użytkownikom uczciwe oferty (argument przez analogię do rozróżnienia zaproponowanego przez Lessiga między „true sharing” i „fake sharing” na platformach Web 2.0. Ale tu od razu uruchamia mi się myśl, że skoro fani chcą płacić – to czemu nie mieliby tego robić? (Dlatego wolę podejście „hybrydowe” – upodmiotawiające użytkowników – od podejścia np. Wojtka Orlińskiego, który ma nas wszystkich za kukiełki korporacji).

Ogólnie rzecz biorąc nie rozumiemy ciągle mechanizmów rządzących się crowdfundingiem. Lada moment pojawią się zapewne usługi optymalizacyjne na wzór SEO, ktoś rozpracuje psychologię – indywidualną i grupową – takiego zbiorowego finansowania. Chwyty okażą się pewnie dość banalne. Przyznam, że takie podejście mnie mało interesuje. Ale interesuje mnie moralność crowdfundingu, mechanizmy podejmowania decyzji przez użytkowników-sponsorów – podejmowane w kategoriach wydawania pieniędzy, wspierania czyjejś twórczości, dawania datków, itd. Widać zresztą, że crowdfunding to ciągle sfera dzika i nieutarta, kolejny sieciowy Dziki Zachód, który się nam otworzył w komputerach (polecam historię o innej akcji na Kickstarterze, nazwaną przez jednego z komentatorów przykładem „mobfundingu”.

Po drugie, otwartość jest skutecznym mechanizmem, który gwarantuje unikalny charakter crowdfundingu. W optymalnym modelu grupa ludzi finansuje dla siebie, z egoistycznych pobudek, powstanie produkcji takiej jak „Veronica Mars” – po czym udostępnia ją światu, traktując to jako pozytywny efekt zewnętrzny. To nie dzieje się dość często, i dlatego jestem fanem platformy crowdfundingowej Goteo, która wspiera wyłącznie otwarte projekty.

Po trzecie, crowdfunding wymaga testowania różnych podejść – to co sprawdza się dla „Veroniki” może nie działać dla innego typu projektu. W Finlandii z takiego założenia wychodzi projekt miejskiej innowacji Brickstarter.

Wreszcie wątek polski. Podczas gdy w Stanach trwa dyskusja (wszystkie poczytne serwisy opinii, a nawet think tanki włączyły się do rozmowy) sprowokowana przez wielomilionowe sukcesy crowdfundingu, w Polsce flagowe projekty tego rodzaju zbierają po kilkadziesiąt tysięcy złotych. I z tej perspektywy nie obraziłbym się na żadną produkcję, gdyby tylko była zdolna namówić internautów do patronowania w ten sposób kulturze.

*

(Polecam mój wcześniejszy wpis o crowdfundingu. Może wyjdzie mi z tego jakiś dłuższy cykl na blogu w tym roku, bo to dobry moment do zajmowania się tematem).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Polska specyfika to niski kapitał społeczny, czego wyrazem jest nieufne traktowanie wszelkiej aktywności obywatelskiej. Jako społeczeństwo jesteśmy „ciągle na dorobku” i to ma też znaczenie. A poza gdy uwzględni się fakt, iż liderowi jednej z ważniejszych partii „uchodzi płazem” ostentacyjne manifestowanie nieufności do technologii, nie może być dobrze.