Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

5.11.2013
wtorek

Wikileaks, Guardian i potęga mediów

5 listopada 2013, wtorek,

W czwartkowym felietonie w „Dużym Formacie” Wojciech Orliński wyszedł od granego w kinach filmu „Piąta władza” o Julianie Assange, a skończył na ogólnej ocenie „trójkąta: stare media, nowe media i wolność słowa”. Przesądzając o przewadze tych pierwszych, Orliński wyciągnął wnioski z jednego tylko epizou dłuższej historii – która toczy się dalej z powodu Edwarda Snowdena.

Orliński opisuje, jak Assange chciał stworzyć system „wiki”, bo nie ufał tradycyjnym mediom – ale jego „nowa” instytucja medialna okazała się łatwa do zniszczenia przez polityków i cyberoligarchów, którzy odcięli Wikileaks m.in. od źródeł finansowania przez PayPal i karty kredytowe czy od własnej domeny DNS. Orliński porównuje więc Wikileaks z gazetami, które – tym razem w przypadku sprawy Snowdena – „okazały się odporne na naciski. […] Dlaczego? Bo tradycyjną gazetę trudniej zastraszyć. Nie da się jej zrujnować przez skłonienie kilku firm do wypowiedzenia umowy. Historia Wikileaks więcej mówi o potędze mediów tradycyjnych niż internetowych”.

Na pierwszy rzut oka historia Snowdena potwierdza tezę Orlińskiego: Snowden nie podążył drogą Assange i nie publikuje dokumentów w stylu „wiki”. Zamiast tego zdecydował się na współpracę z trójką dziennikarzy: Glenem Greenwaldem, Laurą Poitras i Ewanem MacAskillem, związanymi z brytyjskim Guardianem. A więc postawił na media tradycyjne.

Sprawa chyba jednak nie jest aż tak prosta. Po pierwsze, także Assange mocno postawił na współpracę z tymi mediami: pierwsze wycieki zostały opublikowane równolegle przez pięć tytułów prasowych w ramach porozumienia z Wikileaks. Oczywiście, w przeciwieństwie do Snowdena, Assange z zespołem publikował je również samodzielnie, w sposób „wiki” (choć poddawał je redakcji – np. usuwając część informacji). Po drugie, jak podkreśla Peter Maass w świetnym tekście o Poitras i Greenwaldzie, dziennikarze z którymi współpracuje Snowden są outsiderami jedynie luźno współpracującymi z redakcjami (w tym wypadku, przede wszystkim z The Guardian), i stawiającymi na osobistą, indywidualną kontrolę nad tworzonym materiałem. Mocno przesadzając można by ich nazwać dziennikarzami obywatelskimi. Co ciekawe, sam Greenwald rozważał rzekomo krok „wiki” – opublikowanie w całości i w sposób otwarty materiałów otrzymanych od Snowdena.

Po trzecie, i tu już teza Orlińskiego sypie się dość mocno, Glenn Greenwald najprawdopodobniej będzie tworzył nową organizację prasową. Sfinansuje ją Pierre Omidyar, który deklaruje inwestycję 250 milionów dolarów w projekt, który jego zdaniem wzmocni pozycję niezależnego dziennikarstwa w świetle coraz większych zagrożeń dla swobody prasy W USA i na całym świecie (dużo linków do wyboru, choćby doniesienia tu i tu, oraz blog projektu). Wiadomość ma raptem dwa tygodnie, więc ciężko cokolwiek przesądzać – ale widać że są ludzie gotowi postawić na nowe, a nie stare media, jako gwarant wolności słowa.

Trudno cokolwiek przesądzać skoro projekt Greenwalda i Omidyara nawet jeszcze nie ruszył. Sceptycy mogą to oczywiście interpretować w duchu „Bezos kupił Washington Posta, Omidyar musi mieć coś swojego, wiadomo żę cyberoligarochowie będą cyberoptymistami”. Ale już postać Greenwalda pokazuje, że skuteczne dziennikarstwo w imię interesu publicznego może być prowadzone przez jednostkę osadzoną gdzieś między nowym a starym.

Czekając na to, jak się sprawy rozwiną, można jedynie spisać pytania na przyszłość: Od czego zależy stabilność, odporność na naciski, nowej organizacji medialnej? W jaki sposób może dorównać pod tym względem mediom tradycyjnym? Czy to tylko kwestia odpowiedniego budżetu i naśladowania strategii starych mediów, czy też są jakieś nowe sposoby? Stworzenie nowej organizacji przez Greenwalda i Omidyara, kolejne informacje ujawniane z zasobu Snowdena, ale też na przykład zakup „Washington Post” przez Jeffa Bezosa to ćwiczenia przybliżające nas do odpowiedzi.

*

Patrząc na to z innej strony, można być cyberpesymistą, ale nie da się chyba zaprzeczyć, że Wikileaks bez internetu nie zaistnialyby nawet na chwilę. W 2010 roku ograniczenie skuteczności Wikileaks faktycznie zajęło kilka dni. Ale jaką postać miałoby Wikileaks w 1990 roku – audycji nadawanej ciągle na falach krótkich? Samizdatowych publikacji? Mam wrażenie, że internet dużo jednak zmienił w kwestii wolności słowa. To argument już dość stary, dobrze opisany przez Benklera w „Bogactwie sieci”.

*

A skoro w tekście pojawia się, mylne w sumie, określenie „wiki” – to polecam „The Decline of Wikipedia” w MIT Technology Review. Spadek o kilkadziesiąt procent aktywnych redaktorów encyklopedii w ostatnich 5 latach jest smutną i chyba nieco zatajaną prawdą, dotyczącą również jej polskiej edycji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Gospodarz napisał: „Patrząc na to z innej strony, można być cyberpesymistą, ale nie da się chyba zaprzeczyć, że Wikileaks bez internetu nie zaistnialyby nawet na chwilę.”

    Oczywiście. Bez internetu, za to z silną prasą papierową, otrzymalibyśmy ? zamiast chaosu informacyjnego ? porządny reportaż śledczy.

  2. przecież Wiki korzysta z bitcoina. Obszedł problem z paypalem i bankami jak, nie przymierzając, Niemcy linię Maginota