Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

27.12.2013
piątek

Kapitalizm, czas się bać

27 grudnia 2013, piątek,

Nowa książka Wojciecha Orlińskiego, „Internet. Czas się bać”, to z pewnością najżywiej dyskutowana w ostatnich tygodniach nowość wydawnicza – przynajmniej wśród moich znajomych, których znaczną część Orliński zaliczyłby do krytykowanych przez siebie „otwartystów”. Duża część tej dyskusji toczy się jednak na Facebooku, zgodnie z zapowiedzią swoje uwagi zbieram więc tutaj.

Zacznę od tego, że to dobra książka. Oczywiście jeśli ktoś śledzi teksty Orlińskiego, zarówno w „Wyborczej” i innych wydawnictwach Agory, jak i na blogu, niech nie oczekuje niespodzianek. Autor konsekwentnie pracuje na etykietkę „polskiego Morozova” – jest błyskotliwie, wyraziście i mocno defetystycznie. To ostatnie jest pewnie przyczyną moich podstawowych problemów z tą książką, ale i w ogóle z tym, co pisze Orliński. Ale o tym dalej, bo nie chcę zaczynać od kwestii w mojej opinii nierozstrzygalnych. Zacznę więc od dygresji. Brałem kiedyś udział w seminarium poświęconym kategorii uczestnictwa w kulturze. Wziął w nim udział pewien socjolog, którego bardzo cenię i który w odróżnieniu od większości znanych mi badaczy podkreśla, że nie zajmuje się ani mediami, ani kulturą, tylko ruchami społecznymi. Po dyskusji, w trakcie której słowo „kultura” padło pewnie kilkadziesiąt razy, zabrał głos i zapytał, o czym my tak naprawdę rozmawiamy. Bo według niego głównie o polityce, tylko nazywamy ją inaczej – i to kwestia podmienionej etykietki jest źródłem części pojawiających się w rozmowie problemów. Abstrahując od tamtej rozmowy, po lekturze „Internetu” czułem się podobnie. Fragmenty, które uważam za najlepsze i najbardziej spójne to nie jest krytyka internetu. To krytyka zglobalizowanego, neoliberalnego kapitalizmu. Internet jest tylko (choć równocześnie „aż”) jego najpotężniejszym i najbardziej skutecznym narzędziem. Bardziej skutkiem, niż przyczyną.

Do takiego stwierdzenia nie trzeba mnie przekonywać – i bardzo cieszę się, że to jedna z głównych myśli książki, która w swojej (pewnie nie nazbyt dużej, ale nie zaczynajmy tu rozmowy o czytelnictwie w Polsce) działce jest wg mnie skazana na sukces. Bo jeśli myślę o tekście, który w ciągu minionego roku zrobił na mnie największe wrażenie, to był to artykuł George’a Packera „Change the World”, opublikowany w maju w „New Yorkerze”. To przerażający portret Krzemowej Doliny, nakreślony z perspektywy człowieka, który wychował się w Palo Alto. Historia rosnącego społecznego rozwarstwienia i egoistycznych elit, które zachowują się dokładnie tak, jak bankierzy w powstających w ostatnich latach filmach o Wall Street. Z jedną różnicą. „Gdy finansiści mówią, że zapewniając ludziom tanie kredyty realizują boskie dzieło, albo gdy ludzie z branży naftowej przedstawiają się jako patrioci, zapewniający kraju niezależność energetyczną, nikt nie bierze tego na poważnie – jasne, że ich motywacją są zyski. Ale gdy o swoich wzniosłych celach mówią ludzie zajmujący się technologią, nikt się nie śmieje, nikt nie puszcza oka” – pisze Packer. Podobną narrację można by utkać z fragmentów książki Orlińskiego.

W krytykę kapitalizmu, a może tego, co się z nim stało, świetnie wpisuje się błyskotliwe stwierdzenie Orlińskiego, że internet w istocie można traktować nie jako medium, lecz jako sprywatyzowaną i nieregulowaną przez państwo usługę użyteczności publicznej, kluczową dla coraz większej liczby dziedzin życia. Takie ujęcie pozwala uciec od tradycyjnego ping-ponga „a telewizja też to miała” albo „w wypadku prasy nie było lepiej”. Podobnie błyskotliwych myśli jest w książce Orlińskiego więcej, jak choćby stwierdzenie, że internet jest tak transparentny, jak lustro weneckie. Orliński pokazuje też, jak goniąc za wygodą i darmowością zasilamy opresyjny system. Podoba mi się to, że żonglując przykładami na poparcie swych tez, Autor często sięga po sytuacje z polskiego podwórka. Chwilami zaskakuje – np. gdy pisze o rozwoju ideologii kalifornijskiej, czyli dziwacznego sojuszu lewicujących hipisów z wolnym rynkiem podkreśla, że to dziecię swoich czasów i 20 lat temu pomysł wydawał się całkiem sensowny. Pojawiają się nawet wyrazy jeśli nie sympatii, to braku niechęci do piractwa – byle nie takiego, które nakręca czyjś biznes. Osobiście rozczuliłem się przy opowieści o kopiowaniu przez Autora w czasach PRL-u kaset ze zbiorów warszawskiego Instytutu Francuskiego (sam odwiedzałem wtedy IF, tyle że w Krakowie, choć koncentrowałem się na komiksach).

W kilku miejscach miałbym ochotę się z Orlińskim pokłócić, z pełną jednak świadomością, że pisząc krótką i przystępną pozycję Orliński musiał dokonać pewnych uproszczeń. Przykład: Orliński wskazuje, że zapis o nieobarczaniu odpowiedzialnością pośredników za publikację treści to przede wszystkim okazja do zarabianiu na „rżnięciu głupa” (jak robi to większość serwisów hostingowych). Inne media nie mają takiego przywileju – gorszy się Orliński. OK, nie mają, ale jednak nie ma też możliwości, żebym ni z tego ni z owego wpakował się do studia z Jolantą Pieńkowską czy Krzysztofem Ibiszem. Porównywanie internetu do innych mediów nie zawsze ma sens (o czym jak wspominałem, Autor sam pisze, tylko że chowa ten argument, gdy mu wygodnie). To nie znaczy, że nie ma problemu. Ale jego rozwiązanie nie jest tak proste – chyba że rzeczywiście chcemy przerobić internet na telewizję. Orliński przesadza też, gdy pisze, że Wikipedia jest tym, co młodzi ludzie dostają zamiast solidnej edukacji (bo przecież w innych tekstach przekonuje, że edukacja jest solidna i szydzi z Adama Leszczyńskiego, który posyła dzieci do prywatnych szkół). Gdy rozjeżdża Wikipedię widzi w niej niebezpiecznego monopolistę, z rozrzewnieniem wspominając czasy, gdy można było porównać informacje z różnych źródeł, np. słuchając BBC, Głosu Ameryki i Radia Moskwa. Ale czy to nie wymagało znacznie większego zaangażowania, niż wejście dziś na strony kilku gazet o różnych profilach światopoglądowych? I czy w czasach małych tranzystorowych radyjek, gdy jeszcze nie było tej wstrętnej, promowanej przez Google’a Wikipedii, większość populacji również nie ograniczała się do słuchania tego, co powie Polskie Radio? Budując mit kończącego się złotego wieku mediów, Orliński cytuje Hearsta, bo jego słowa pasują do historii niepokornej prasy – nie wspomina już jednak o tym, co ludzie tacy jak Hearts i Pulitzer zrobili z amerykańską prasą i polityką (gdyby trzymał się narracji wymierzonej w kapitalizm, uniknąłby takich niekonsekwencji). Kiedy pisze o przesuwaniu granic prywatności i ataku na bohaterów medialnych historii, znów powtarza, że winien jest tylko internet, że w innych mediach nie było takich sytuacji. Ale przecież telewizja i tabloidy robiły to dużo wcześniej, niekoniecznie z niższą od Sieci skutecznością. Ale koniec końców ping-pong „internet vs inne media” bardziej zamydla sedno problemu, niż prowadzi do sensownych rozstrzygnięć – i na pewno nie jest to powód, by stwierdzić, że Orliński fundamentalnie się myli. Sam fakt, że chce się z nimi spierać, to dla jego książki najlepsza rekomendacja. Jeśli czegoś mi w niej brakuje, to perspektywy innej, niż spojrzenie klasy średniej, klikającej na laptopach, ale z niepokojem obserwującej sytuację na rynku pracy. To jednak zarzut, który można skierować wobec 99% polskich opracowań o internecie, w wypadku pozycji z założenia popularyzatorskiej wyjątkowo słaby.

Wróćmy jednak do anonsowanego wcześniej problemu z defetyzmem. Zostawiłem to na koniec, bo to nie jest coś, co można łatwo rozstrzygnąć w dyskusji. To bardziej kwestia przekonań i pewnej – jakby to górnolotnie nie brzmiało – wizji świata. Trzymanie się podejścia, w którym chyba wszystko już stracone i w której niewiele jest miejsca na działanie (albo niewiele jest miejsca dla społeczeństwa w ogóle, bo jest już tylko rozpędzony biznes i bezradne wobec niego państwo) być może wyostrza spojrzenie Orlińskiego i nadaje jego słowom profetycznego wymiaru. Zgadzam się, że w dyskusji o Sieci za mało jest ekonomii i polityki, zresztą w ogóle trudno się nie zgodzić: ktoś ma pomysł, jak jak kontrolować Google i Facebooka? Ale równocześnie wydaje mi się, że można próbować walczyć, nie tylko zmieniając ustawienia swojej przeglądarki internetowej. Tak odczytuję wiele działań, które Orlińskiemu się nie podobają – Electronic Frontier Foundation czy Creative Commons to wg niego nie reprezentanci interesu publicznego, tylko marionetki Google’a. Podobnie jak Wikipedia i inne oddolne sieciowe inicjatywy. Czasowe sojusze z Krzemową Doliną to moralna skaza, której Orliński nie wybacza. Ja widzę w tych przedsięwzięciach próby skutecznego działania, a ludzie, o których pisze Orliński, nie są dla mnie tak jednowymiarowi. Jednym z negatywnych bohaterów tej książki jest Lawrence Lessig, którego ostatnia, już nienowa przecież książka, poświęcona jest temu, o czym pisze sam Orliński – skorumpowanemu systemowi politycznemu, który chroni wyłącznie finansowe elity. Ale jako współtwórca CC dla Orlińskiego Lessig jest już tylko PR-owcem Google’a. Inny przykład, bardziej groteskowy – ogólnie korporacje są złe i nie należy się im wysługiwać, ale jeśli nazywasz się Alek Tarkowski i dzięki internetowi naprawiłeś wózek swojego dziecka, to już zupełnie inna sytuacja. Odebrałeś ludziom miejsca pracy! Jak widać, niektóre niechęci Orlińskiego są mocniejsze, niż ta do prof. Balcerowicza.

Nie zmienia to faktu, że z większością tez Orlińskiego nie sposób się nie zgodzić. Technologia pożera miejsca pracy i naszą prywatność, a to, co dostajemy w zamian, nie rekompensuje strat. „Wiedziałem!” – zdaje się nie bez satysfakcji obwieszczać Orlński (choć pewnie brzmiałoby to raczej: „X lat temu napisałem o tym notkę na blogu”). Dla mnie jednak ciekawsze byłoby zastanowienie się, co z tym zrobić. Gdy piszę te słowa, w drugim oknie podczytuję sobie rozmowę opublikowaną na stronach „Krytyki Politycznej” – Kinga Dunin, w zupełnie innym kontekście, mówi tam: „jak zaczynamy racjonalnie analizować sytuację, to w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że rewolucji nie możemy zrobić, świat jest, jaki jest, i podcinamy skrzydła wielu akcjom, które może są naiwne i wychodzą z prostych odruchów. Myślę o tym jako o poważnym dylemacie.” Zapewne osoby, które nie zgadzają się ze mną, przyczepią się do „naiwności”. Trudno. Mój stosunek do „kultury 2.0”, otwartości, itd., ewoluuje. Z czasem staje się coraz bardziej krytyczny, niemniej – nie tracę wiary w możliwość zmiany, nie tyle technologicznej, co społecznej. Nie łudzę się, że możliwe jest „odzyskanie” internetu w postaci, o jakiej pisało się nie tylko w latach 90-tych, ale nawet jeszcze kilka lat temu. Moja wizja jest pewnie bardziej rozedrgana i pełna znaków zapytania, niż niezłomna pewność Orlińskiego. Mam świadomość, że mogę – podobnie jak ludzie, których znam i szanuję – angażować się w działania, które na dłuższą metę przyniosą więcej szkód, niż pożytku. Zawsze jest takie ryzyko. Ale drugą stroną ryzyka jest nadzieja. W loży szyderców jej nie znajdziecie.

* * *

I jeszcze ważna wzmianka – książkę (a dokładniej: kod do jej pobrania za darmo) dostałem od Autora. Dziękuję!

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Dla każdego artykułu w wikipiedii jest strona dyskusji.
    Często wnosi ona więcej niż sam artykuł.
    Polecam.

    Jak tam czytam, że dla kogoś, twórcy CC czy wikipedia to pupile korporacji, to boje się zgadywać jak wygląda utopia tego kogoś 😉

  2. Największą radośc mi sprawi wiadomośc ,że za włamaniami do systemów „najtajniejszych z tajnych” kryją się polscy hakerzy.
    Cały ten zgiełk o wolnośc w sieci ,produkowany przez naszych publicystów,wraz z potępieniem zbrodniczych korporacji i ich niecnych mocodawców ,przypomina natrętnie publicystykę polityczną zalecającą Putinowi,Obamie i nawet Merkel własciwe postępowanie.

    To jest „eunuszenie”.

  3. Informacja, że „otwartyści” dyskutują o książce dotyczącej korporacyjnego skrzywienia internetu głównie na Facebooku zawiera w sobie dawkę ironii, którą Orliński bez wątpienia by docenił.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Ironią jest to, że kupując tą książkę na publio i ją czytając jednocześnie korzystałem z:
    1. Kindle’a i całego ekosystemu Amazona,
    2. Facebooka, polecając znajomym.
    3. Google’a, (jakiś adres mailowy musiałem zapodać swojego maila.
    4. YouTube’a, wrzucając hasło: Wojciech Orliński, tym samym znowu wspomagając Google’a.

    Mi się generalnie Snowden wydaje śmieszny, jak tak przestrzega przed NSA – prywatne firmy amerykańskie dymają nas na sucho 10x bardziej skutecznie.

    PS: W pełni zgadzam się z autorem – to powiązania ze współczesnym neolibearalo praniem mózgów czynią książkę WO najbardziej ciekawą, a nie dywagacje o FB, YT czy Wiki.

  6. burlap, on sam bierze w tych dyskusjach hiperaktywny udział. być może te rozmowy toczą się też w miejscach typu diaspora czy listy dyskusyjne – nie wiem, nie sprawdzałem 🙂

  7. Oczywiście, że bierze. Ale powiedzmy, że to raczej „otwartyści” powinni dążyć do tego, żeby tego typu dyskusje toczyć poza korporacyjnym ogródkiem. Wiem, rzeczywistość przeszkadza. Każde „lepiej dyskutować tam niż nie być słyszanym” przybliża nas do tych pesymistycznych wizji.

    A książkę można kupić na papierze w lokalnej księgarni i trochę mniej korporacji nam tym się obłowi (taki mam zresztą zamiar, między innymi po tej naprawdę fajnej recenzji). Dinozaury FTW!

  8. Ta, dyskusje na blogu Orlińskiego. Przychodzi stadko niemal co do jednego długoletnich pracowników korporacji, narzekających jak to open source wspiera te złe korporacje. Oni sami przecież tylko z konieczności dla tych korporacji pracują.
    W sumie niegłupie te dyskusje, ale skala hipokryzji mocno psuje ich odbiór.

  9. Paradygmaty wiecznej zmiany i wiecznego porządku wykraczają zdecydowanie poza ramy tej dyskusji – jasne, że Orliński postrzega nadchodzącą zmianę jak upadek i zło tego świata, ale to kwestia perspektywy, a nie lepszego, czy gorszego podejścia. Z pewnością warto się z tą percepcją zapoznawać, nie każda rewolucyjna zmiana jest dobra. Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.

  10. „[..] ale jeśli nazywasz się Alek Tarkowski i dzięki internetowi naprawiłeś wózek swojego dziecka, to już zupełnie inna sytuacja. Odebrałeś ludziom miejsca pracy!”

    Uprzejmie donoszę na samego siebie. Zakupiłem swego czasu w internetowym sklepie [!] pistolet do malowania ścian i sam pomalowałem swoje M3 czym odebrałem pracę i chleb zawodowym malarzom.

    Mea culpa, mea culpa maxima. Mimo to jestem z siebie dumny jak ten facet z reklamy jednego marketu ze sprzętem dla budowlańców, co to sam przykręcił kran albo położył panele. Może Pan Orliński nastepną książkę poświęciłby wielkim supermarketom i ich zbrodniczym reklamom w mediach nie tylko internetowych?

  11. „Orliński przesadza też, gdy pisze, że Wikipedia jest tym, co młodzi ludzie dostają zamiast solidnej edukacji (bo przecież w innych tekstach przekonuje, że edukacja jest solidna i szydzi z Adama Leszczyńskiego, który posyła dzieci do prywatnych szkół). Gdy rozjeżdża Wikipedię widzi w niej niebezpiecznego monopolistę, z rozrzewnieniem wspominając czasy, gdy można było porównać informacje z różnych źródeł, np. słuchając BBC, Głosu Ameryki i Radia Moskwa. Ale czy to nie wymagało znacznie większego zaangażowania, niż wejście dziś na strony kilku gazet o różnych profilach światopoglądowych? I czy w czasach małych tranzystorowych radyjek, gdy jeszcze nie było tej wstrętnej, promowanej przez Google?a Wikipedii, większość populacji również nie ograniczała się do słuchania tego, co powie Polskie Radio?”

    Znam niechęć WO do Wikipedii. Tylko nie rozumiem jak ona może szkodzić. Dla mnie artykuły w Wikipedii to zaledwie zajawka tematu (jak w każdej encyklopedii), który warto (wręcz należy) pogłębić na przykład idąc do biblioteki (nie wiem tylko czy dla WO biblioteka to nie to samo co P2P) i wypożyczyć książki dogłębniej opisujące dane zagadnienie. Jeśli ludzie kończą szukanie wiedzy na Wikipedii to raczej nie wina Wikipedii, ale samych ludzi (założę się, że tacy ludzie nie będą dalej szukać informacji nawet jeśli będą czytać uwielbianą przez WO Encyklopedię Brytanica).

  12. A ja i tak czułam, czytając w mękach „Bajki robotów” Lema w 80-tych latach, że przyszłość nas tak zaskoczy, że nawet Lem tego nie ogarnie. Robota wciąż mam podobnego jak moja babcia i mama czyli mikser, ale poza nim cały świat zmienił się nie do poznania.