Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

30.01.2014
czwartek

Miłość, Turing i psychoanaliza

30 stycznia 2014, czwartek,

W Walentynki do polskich kin wejdzie „Ona” – nowy film Spike’a Jonze’a. To historia rozwodzącego się mężczyzny, który zakochuje się w nowym systemie operacyjnym swojego miniaturowego komputera. Nie jest to jednak opowieść prześmiewcza. Emocje wywoływane przez sztuczną inteligencję, system operacyjny o imieniu Samantha, komunikujący się zmysłowym, lekko zachrypniętym głosem Scarlett Johanson, udzielają się i widzom. Dzięki temu obraz oferuje coś, co w filmowych historiach o technologii zdarza się nieczęsto. Zamiast spektaklu – intymny klimat. A w miejsce refleksji nad kontrolowaniem nas przez technologie – pytanie o to, czym różnimy się od maszyn.

Theodore Twombly (w tej roli Joaquin Phoenix) prowadzi życie wypełnione wspomnieniami o minionym małżeńskim szczęściu, grami komputerowymi i nielicznymi spotkaniami z nielicznymi znajomymi. Przede wszystkim jednak pracą, w której miłość i komputery są obecne w równie dużym stopniu, co w jego czasie wolnym. Twombly pracuje w serwisie oferującym pisanie czułych listów. Listy Twombly’ego są naprawdę dobre, wielu klientów korzysta z jego usług od lat, być może niektóre z małżeństw posiłkujących się jego tekstami rozpadłoby się, gdyby nie one. Zajęcie głównego bohatera jest pierwszym sygnałem, że film Jonze’a stawia przede wszystkim problem tego, co autentyczne. I wali w najczulszy punkt. Czy listy na zamówienie sprawiają, że czyjaś miłość staje się mniej prawdziwa? A może odwrotnie? Gdzie przebiega granica pomiędzy prawdziwym uczuciem, a sytuacją, w której to tylko puste słowa? Czy jest coś poza nimi? Oczywiście listy to tylko przygrywka do sytuacji, w której znajdzie się sam Twombly, stopniowo zakochujący się w konwersacjach ze swoim nowym systemem operacyjnym.

Cała rzecz dzieje się w przyszłości, na tyle jednak nieodległej, że premiera kilku produktów z branży nowych technologii mogłaby zamienić ją w teraźniejszość. To może stać się za dekadę, ale i jutro. Komputery są w tym filmie wszechobecne, ale i niemal nieobecne. Tym samym „Ona” problematyzuje dokonującą się wokół nas, rozmytą w drobnych nowinkach zmianę. Samantha, inteligentny system operacyjny zakochujący się w swoim właścicielu i rozkochujący go w sobie, jest z innego porządku, niż sztuczne twory z filmów takich jak „Matrix”, czy – gdyby poszperać dalej w przeszłości – „Metropolis”? Nie jest ani efektowna, ani niebezpieczna, ani tym bardziej – dramatycznie inna. Dzięki temu „Ona” to film nie tylko o tym, co pod wpływem technologii dzieje się wokół nas. W większym stopniu opowiada o tym, co zmienia się w nas samych.

Nad naszymi rozmowami o mediach wciąż unosi się duch „Wirtualnej Rzeczywistości” – koncepcji sztucznego, wykreowanego komputerowo świata, będącego czymś radykalnie mniej prawdziwym, niż świat rzeczywisty. Przenoszeniu się kolejnych sfer naszego życia do Sieci towarzyszy nastrój paniki moralnej. Rodzice niepokoją się o spędzające godziny przed ekranem dzieci, starsi piłkarze martwią się o bawiących się iPadami młodszych piłkarzy, wymieniać można długo. Pośrednictwo mediów ma sprawiać, że coś, co jest autentyczne, zostaje zdegradowane do roli sztucznego i nieprawdziwego. „Ona” kwestionuje ten powtarzany bezrefleksyjnie banał. Pyta o granice człowieczeństwa, nie bojąc się żadnej z możliwych odpowiedzi.

„Wczesny” Foucault pisał, że człowiek – tak jak go rozumiemy dzisiaj, czyli kreatywna, samostanowiąca o sobie jednostka – został „wynaleziony” na przełomie XVIII i XIX wieku. Jesteśmy konceptem związanym z porządkującym rzeczy dyskursem danego miejsca i czasu – i jeśli ten dyskurs się zmieni, możemy zniknąć. Wyraz tej myśli dobitnie dało słynne ostatnie zdanie książki „Słowa i rzeczy”: „człowiek zniknie, niczym oblicze z piasku na brzegu morza”. „Późny” Foucault pisał o wpływie „technologii siebie” na naszą refleksję nad samymi sobą, powołując się choćby na praktyki takie jak spowiedź czy pisanie pamiętników. W swojej historycznej analizie zatrzymał się jednak na piśmie, którego znaczenie przecież zaczęło maleć od pojawienia się mediów technicznych. A to one – jak twierdzi kontynuujący i przetwarzający myśl Foucaulta niemiecki badacz Friedrich Kittler – ponownie zmieniły myślenie ludzi o sobie samych. I nie jest przypadkiem, że wraz z pojawieniem się filmu i zapisu dźwięku, pojawiła się psychoanaliza. Bez nowych mediów służących nam jako model myślenia o świecie, nie potrafilibyśmy pomyśleć siebie jako istot, które da się sprowadzić do poziomu zapisu pozbawionego głosu ruchomego wizerunku czy przeciwnie, wyłącznie głosu. Media zdezintegrowały koncepcję „ja”, otwierając drogę dla wyobrażeń o psychologicznych i kognitywnych funkcjach człowieka jako podlegających regulacji mechanizmach. Zapis słów pacjenta i możliwość zyskania lepszego wglądu w siebie były więc częścią tych samych procesów, które prowadziły do obawy przed dehumanizacją.

Bohaterka filmu Jonze’a, Samantha, nawet jeśli jest córką apple’owskiej Siri, to jej babką jest Eliza, która narodziła się pół wieku temu. Stworzony przez Josepha Weizenbauma program był krokiem w kierunku pokonania testu Turinga. Sam Weizenbaum mówił o niej, że to parodia pierwszego spotkania z psychoanalitykiem – a anegdota głosi, że testująca wczesną wersję programu asystentka naukowca, po zaledwie kilku zdaniach poprosiła go, by wyszedł z pokoju. Intymność z algorytmu okazała się zaskakująco łatwa do uzyskania. Skutecznie konwersująca w języku naturalnym aplikacja, która byłaby w stanie pokonać test Turinga, ma być dowodem, że komputer może myśleć jak człowiek. Pośrednio prowadzi to oczywiście do pytania, czy jeśli komputer może przekonująco udawać człowieka, to czy istnieje między nami jakaś istotna różnica? Czy Samantha w istocie nie prowadzi terapii Twombly’ego, pomagając mu dojść do siebie po nieudanym małżeństwie? A jeśli terapeutą może być komputer, to kim jest pacjent?

„Ona” pokazuje, że technologie można pokazywać nie tylko w kontekście inwigilacji, społeczeństwa kontroli czy nawet wpływu na relacje my-inni. Dotyka tego, co komputery zmieniają w nas samych, udanie unikając przy tym starych klisz. Kino wreszcie dogoniło literaturę. Duchowy ojciec cyberpunka, William Gibson, od przeszło dekady koncentruje się na teraźniejszości, futurystyczne gadżety zastępując nie mniej przełomowymi, ale znacznie lepiej oswojonymi i przez to niewidocznymi wynalazkami w rodzaju wyszukiwarki Google. Film Jonze’a w miejsce agresywnej technologii proponuje sprawny i przyjazny system operacyjny. Przecież każdy z nas chciałby taki mieć.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. A ja nieoryginalnie polecę także ciekawy serial animowany – Futurama o twórców Simpsonów. Ciekawie i z żartem przedstawiona przyszłość.