Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

1.02.2014
sobota

Otwartość w nauce: nie tylko kasa?

1 lutego 2014, sobota,

Temat nie jest nowy, ale jeśli pojawia się na blogu afiliowanym przy London School of Economics, warto o tym wspomnieć. Eric Kansa pisze o tym, że w argumentacji na rzecz otwartości w nauce nie można ograniczać się do finansów. Dodaje, że propagatorzy Open Acces, Open Data i Open Science muszą uważać, aby ich działania nie zostały wykorzystane zgodnie z logiką neoliberalnego kapitalizmu.

Punkt wyjścia dla tekstu „It’s the Neoliberalism, Stupid: Why instrumentalist arguments for Open Access, Open Data, and Open Science are not enough” stanowi stwierdzenie, że miniony rok był dobry dla otwartości w nauce – i pewnie z polskiej perspektywy też można mu przytaknąć. Jest jednak małe „ale”:

I’m increasingly convinced that advocating for openness in research (or government) isn’t nearly enough. There’s been too much of an instrumentalist justification for open data an open access. Many advocates talk about how it will cut costs and speed up research and innovation. They also argue that it will make research more „reproducible” and transparent so interpretations can be better vetted by the wider community. Advocates for openness, particularly in open government, also talk about the wonderful commercial opportunities that will come from freeing research.

Kansa przypomina – i absolutnie się z nim zgadzam – że otwartość w nauce ma być przypomnieniem o podstawach idei uniwersytetu i kontrą dla utowarowienia badań – a nie elementem terapii szokowej, której poddawane są uczelnie na całym świecie. Chodzi o ułatwienie przepływu idei, a nie o ułatwienie przedsiębiorcom dostępu do wyników badań finansowanych przez kogoś innego. Jak już wspominałem, to wątki, które pojawiały się i na tym blogu, i przy okazji konferencji Kultura 2.0, i w setkach innych kontekstów. Wydaje mi się jednak, że wciąż jest tego zbyt mało – z prozaicznych jak sądzę przyczyn: przeciwnicy otwartości przedstawiają świat w czerni i bieli, więc żeby skutecznie się im przeciwstawiać, lepiej unikać niuansów. Co więcej, wejście do politycznego mainstreamu zaklęć o kreatywności i innowacyjności pomaga w promowaniu otwartości i czasem trudno po prostu krzyczeć, że to nie do końca tak; łatwiej siedzieć cicho i patrzeć, jak sprawy przybierają korzystny obrót. Problem jednak istnieje. Nie wiem, jak go rozwiązać – być może jednak czas pomyśleć nad wprowadzeniem choćby do pakietu licencji Creative Commons rozwiązań inspirowanych nienowymi przecież propozycjami, jak choćby „copyfarleft” Dmitriego Kleinera. Kleiner uważa, że czynnikiem kluczowym dla licencji nie powinien być charakter użycia (np. komercyjne/niekomercyjne), ale charakter korzystającego z niej podmiotu (np. oddolny kolektyw/firma).

To oczywiście problem, bo nie wszyscy miłośnicy otwartości pod takim wywodem chętnie się podpiszą. Sytuacja jest też skomplikowana dlatego, że napędzanie przedsiębiorczości samo w sobie nie jest złe, a w Polsce być może problemem jest to, że niewiele jest badań, które ktoś chciałby komercjalizować – nie o to jednak chodzi. Wyzwaniem są za to czytelne reguły współistnienia różnych podmiotów zainteresowanych wytwarzaną na uczelniach wiedzą. Koniec końców wracamy do tego samego problemu, co zwykle – kwestii równości. A dokładniej: do pytania, czy sprawiedliwość oznacza równy dostęp (np. do danych) rozumiany jako dostępność dla wszystkich na tych samych zasadach, czy raczej równość szans wykorzystania udostępnianych treści. Wtedy np. coś, co byłoby dostępne bezpłatnie dla naukowca czy studenta, nie byłoby darmowe dla biznesu. Krytyczna korekta dyskursu wokół Sieci – w pewnym uproszczeniu będącej teraz „internetem po Snowdenie” – to być może dobry moment, żeby porozmawiać i o tym.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Nie bardzo rozumiem. Dane publikowane w tradycyjnych czasopismach naukowych, które nie należą do nurtu Open Access są tak samo dostępne dla naukowców z uniwersytetu jak tych z afiliacją komercyjnych firm. Koszt prenumeraty czasopisma, czy też koszt zakupu wybranego artykułu jest dla firmy raczej marginalny. Jeśli dane naukowe pojawiają się w domenie publicznej to bez względu na formułę ich publikowania mogą być używane w celach komercyjnych. Open access niczego tu nie zmienia. Open access zwiększa tempo przepływu informacji w środowisku naukowym i to jest jego wartość. Ktoś jednak musi za to usprawnienie płacić. Tutaj można poszukiwać nowych rozwiązań. Jednak pomysł na różnicowanie zasad dostępu do domeny publicznej dla różnych podmiotów jest najzwyczajniej w świecie głupi.

  2. Nie zawsze – czasem różna jest cena np. dla podmiotów akademickich i komercyjnych. To jest oczywiście kwestia także np. surowych danych z badań. Zdaję sobie jednak sprawę, że to sprawa kontrowersyjna.

  3. Musi się poprawić ten styk biznesu i uczelni w Polsce. Żeby biznes robić na uczelni i żeby uczelnia była obecna w biznesie. Może nowa Minister coś zaradzi. Choć wątpię…